Aby nie rozpierzchli się z obawy przed wilkami

Od kilkunastu miesięcy obserwujemy duszpasterskie wzmożenie polskich biskupów. Coraz śmielej stawiają oni czoła wyzwaniom współczesności, z otwartą przyłbicą sprzeciwiając się ateizującemu się światu, pogrążonemu od dawna w odmętach moralnej degrengolady. W naszej wielkoczwartkowej modlitwie za kapłanów pamiętajmy więc szczególnie o naszych pasterzach. To przecież między innymi dzięki ich oporowi nie zapanowało jeszcze w Polsce satanistyczne prawodawstwo rodem z Europy Zachodniej.

Nie sposób określić kryzysu, w którym pogrążony jest Kościół święty, inaczej, jak głębokim i dojmującym. Rzesze katolików w różnych krajach ze zdumieniem obserwują niezrozumiałą apatię swoich biskupów, rezygnujących z misji ewangelizowania świata na rzecz „dialogu ze współczesnością”, coraz częściej polegającego na abdykacji z głoszenia Dobrej Nowiny i oddania się bezkrytycznemu umiłowaniu liberalnej demokracji.

Porzucony kult „świętego spokoju”

Polscy biskupi stanowią na tle swych braci w kapłaństwie z krajów Europy Zachodniej swoistą awangardę Kościoła Walczącego. Można to było dostrzec szczególnie łatwo w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, kiedy nadwiślańscy pasterze odważnie sprzeciwiali się barbarzyńskim zakusom polskich władz oraz heretyckim odstępstwom od Magisterium w łonie Kościoła powszechnego. Kult „świętego spokoju”, tak żarliwie wyznawany choćby przez duchownych zza zachodniej granicy naszego kraju, wydaje się być obcy polskim pasterzom. Przynajmniej od pewnego czasu.

Jaskółką wskazującą na znacznie baczniejszą niż w spokojnych czasach pontyfikatu Papieża Polaka obserwację współczesności przez hierarchię był zdecydowany opór postawiony przez biskupów genderyzmowi. Za sprawą arcybiskupa Henryka Hosera do oficjalnego języka Kościoła wróciło słowo „herezja”, kiedy to metropolita warszawsko-praski pod koniec roku 2013 określił ideologię gender mianem „herezji groźniejszej niż marksizm”. Liczni członkowie Konferencji Episkopatu Polski w następnych miesiącach szeroko potępiali propagatorów genderyzmu, nie pozostawiając wiernym złudzeń, że założenia tej ideologii są nie do pogodzenia z katolicyzmem.

W ostatnich miesiącach władze III RP przyspieszyły marsz w kierunku cuchnącego wzorca Zachodu, próbując aplikować w naszym kraju przepisy demontujące świętość ostatnich zachowanych w Polsce elementów cywilizacji zachodniej – wartości rodziny i życia. Rządy Donalda Tuska i Ewy Kopacz jako swe główne cele uznały bowiem między innymi upowszechnienie pigułki wczesnoporonnej, procedury sztucznego zapłodnienia pozostawiającej tysiące ludzkich istnień w lodówkach, legalizację związków osób tej samej płci i wyrugowanie katolików z tak zwanych zawodów zaufania publicznego. Polski Kościół twardo, zdecydowanie i znacznie konkretniej niż to jeszcze niedawno bywało, sprzeciwiał się tym poronionym pomysłom rodem z lewackich programów politycznych.

Tylko w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy biskupi stanowczo protestowali przeciw legalizacji „homomałżeństw” i ukrytej ich formule, zwanej dla niepoznaki „związkami partnerskimi”. Gorliwie bronili zwolnionego przez władze Warszawy profesora Bogdana Chazana, którego jedyną przewiną był sprzeciw sumienia wobec planów zamordowania chorego nienarodzonego dziecka. Odważnie podkreślali barbarzyństwo dopuszczania do sprzedaży tabletek wczesnoporonnych. Sprzeciwili się wreszcie promowanej z rozmachem godnym hollywoodzkich filmów tak zwanej Konwencji antyprzemocowej. Wszystkie te akty wymagały od biskupów odwagi – wspomniane pomysły nie stanowiły wszak wizji marginalnych środowisk politycznych, ale stały się podstawą agendy rządów PO-PSL.

Kościół przeciwko bałamutnym politykom

Na początku bieżącego roku rozpoczęły się prace nad ustawą o in-vitro, a jednocześnie tempa zaczęła nabierać kampania prezydencka. Duchowni nie wahali się w dosadnych słowach wypowiadać się na temat tworzenia dzieci z probówki, mimo, iż cieszący się, z niezrozumiałych zupełnie przyczyn, szerokim poparciem społecznym prezydent Komorowski opowiadał się „za życiem, czyli za in vitro”. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskup Stanisław Gądecki, uznał argument głowy państwa za „bałamutny” przypominając, że in-vitro to w rzeczywistości „jedno życie kosztem kilku istnień, a więc życie za śmierć”. Czy przypominają sobie Państwo jakiekolwiek wcześniejsze polemiki tego typu podejmowane przez najwyższych hierarchów z władcami III RP? I to w dodatku polemiki zarzucające władzy niemal wprost okłamywanie Polaków?

W Wielkim Tygodniu biskupi znów przypomnieli politykom bajdurzącym o konieczności masowej produkcji dzieci z probówki, że poparcie przez katolika ustawy o in-vitro grozić może wykluczeniem ze wspólnoty Kościoła.

Wspomniany arcybiskup Gądecki, w imieniu polskiego episkopatu broni nie tylko świętości życia ludzkiego, ale także małżeństwa. Stał się jednym z symboli sprzeciwu wobec heretyckich tez zachodnich biskupów podniesionych w trakcie ostatniego synodu. Pozostali hierarchowie polskiego Kościoła podpisali się pod Komunikatem KEP podkreślającym świętość i nierozerwalność sakramentalnego związku kobiety i mężczyzny. „Z nauczania i tradycji Kościoła wynika, że osoby żyjące w związkach niesakramentalnych pozbawiają się możliwości przyjmowania Komunii świętej” – napisali biskupi wbijając kij w szprychy rozpędzonego pojazdu grupowo prowadzonego przez licznych hierarchów Zachodu.

Jeśli z satysfakcją odnotowujemy, że w Polsce wciąż, w większości przypadków, zakazana jest aborcja, jeśli homoseksualiści nie mają praw równym małżeństwom, jeśli drzwi wszystkich państwowych szkół nie są szeroko otwarte na zdemoralizowanych seksedukatorów, jeśli starych ludzi nie uśmierca się u nas w majestacie prawa niczym chorych zwierząt, jeśli dzieci z domów dziecka nie trafiają do męsko-męskich konkubinatów podających się za rodzinę, to jest to w jakiejś mierze zasługą naszych biskupów.

Hierarchię katolicką w Polsce atakuje się z coraz większym rozmachem. Jawnymi przeciwnikami nauczania Kościoła są największe media, wykreowane przez nie autorytety oraz liczniejsi z roku na rok politycy-ćwierćinteligenci. Ostatnio zainspirowani przez lewackie środowiska furiaci zaczęli nawet ciągać biskupów po sądach. Okazuje się, więc, że – wbrew pozorom – nie jest łatwo być biskupem na początku XXI wieku. Módlmy się za naszych pasterzy, by nigdy nie rozpierzchli się z obawy przed wilkami.

Krystian Kratiuk

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2015-04-02)

KOMENTARZ BIBUŁY: Twierdzenie, iż „Polscy biskupi stanowią na tle swych braci w kapłaństwie z krajów Europy Zachodniej swoistą awangardę Kościoła Walczącego„, jest raczej literacką przenośnią i nie za bardzo odpowiada rzeczywistości. Mamy bowiem w Polsce 135 biskupów, jednak głos o nieco ostrzejszym tonie zabiera tak naprawdę trzech czy pięciu z nich. Ale i ich postawa, czy jest jakimś heroicznym aktem, jeśli „ośmielają się” głosić to co nakazuje im Katechizm i zwykły zdrowy rozsądek? Poza tym, bazują często swoje rozumowanie na błędnych podstawach pseudo-dogmatyki i pastoralnej de-formacji wynikających z litery i ducha Soboru Watykańskiego II. A te podstawy są kruche i zawsze prowadzą w końcu do dezorientacji.

Za: |

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content