Koniec pieriedyszki – Stanisław Michalkiewicz

Od 1986 roku, kiedy pojawiła się wiarygodna zapowiedź ewakuacji imperium sowieckiego z Europy Środkowej, zimna wojna zaczęła zbliżać się ku końcowi, a zamiast niej rozpoczął się okres – jak to nazywają Rosjanie – pieriedyszki. W krajach Europy Środkowej rozpoczęła się transformacja ustrojowa, to znaczy – dawni bezpieczniacy podzielili się władzą nad „swoimi” narodami ze środowiskami osób zaufanych, które zagwarantowały im odpowiednią pozycję społeczną i materialną w nowych warunkach ustrojowych – jak to zostało wynegocjowane w trakcie ustaleń amerykańsko-sowieckich. Związek Radziecki przestał istnieć, a jego agonia rozpoczęła się w ten sposób, że Borys Jelcyn, prezydent Rosyjskiej Federacyjnej Republiki Sowieckiej, największe w ZSRR, pewnego dnia przejął w imieniu tej Republiki wszystko, co znajdowało się na jej terytorium; wojno, przemysł, infrastrukturę, finanse, słowem – wszystko. Usunął w ten sposób ziemię spod nóg Michałowi Gorbaczowowi, który był prezydentem ZSRR – ale został kimś w rodzaju Jana Bez Ziemi. Epilog rozegrał się w Puszczy Białowieskiej, gdzie Borys Jelcyn w imieniu Rosji, Stanisław Szuszkiewicz w imieniu Białorusi i Leonid Krawczuk w imieniu Ukrainy, podpisali porozumienie o likwidacji ZSRR. Dawni bolszewicy zareagowali na ten krok puczem, który przeszedł do historii, jako ”pucz Janajewa”. Został on stłumiony przez Borysa Jelcyna, ale nie od razu, tylko dopiero wtedy, gdy „grupa intelektualistów i biznesmenów” zwróciła się listownie do pancernej dywizji tamańskiej z prośbą o interwencję. Co to za „intelektualiści” i „biznesmeni”, których listy uruchamiają motory czołgów dywizji tamańskiej – tego nie wiemy – ale możemy się domyślać, że każdy z nich miał jakiś związek z GRU i KGB.

Borys Jelcyn został prezydentem Rosji, a wokół niego pojawili się „oligarchowie”. Ci „oligarchowie” nagle zaczęli przejmować kluczowe segmenty rosyjskiej gospodarki, niby to w imieniu własnym, ale tak naprawdę – za pieniądze starego żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa, który wcześniej zainstalował w Moskwie swój instytut. Borys Jelcyn, który – jak się okazało – do wódki miał już nie to, że skłonność, tylko prawdziwą zapamiętałość, w coraz mniejszym stopniu był w stanie kontrolować „oligarchów”, którzy w osobach Borysa Abramowicza Bieriezowskiego, Włodzimierza Gusińskiego i Michała Chodorkowskiego – wszyscy z pierwszorzędnymi korzeniami – stopniowo przejmowali kontrolę nad Rosją, a ponieważ stan Borysa Jelcyna w sposób widoczny, a w dodatku – kompromitujący – się pogarszał, zaczęli się rozglądać za nowym wezyrem. Generał Aleksander Lebiedź, który pierwotnie był upatrzony na następcę Borysa Jelcyna, zginął z powodu słynnego „błędu pilota”, a w tej sytuacji kandydatem „oligarchów” został dawny czekista Władimir Putin. Główną jego zaletą było to, że sprawiał wrażenie, jakby nie potrafił policzyć do trzech – a w każdym razie tak uważali „oligarchowie”. Toteż w Sylwestra 1999 roku Borysł Jelcym wystąpił w rosyjskiej telewizji z oświadczeniem: „Ja uchażu w adstawku” – w zamian za gwarancję bezkarności dla siebie i rodziny. Rządy w Riosji objął Władimir Putin.

Okazało się, że pod maską mazgaja ukrywa się zimny ruski czekista. Do fundacji Sorosa zaczął jednego po drugim wprowadzać swoich agentów, a kiedy nie było już tam ani jednego normalnego człowieka, nieznani sprawcy pewnej nocy skradli twarde dyski wszystkich tamtejszych komputerów w ten sposób, następnego ranka, całe „społeczeństwo otwarte” leżało z rozłożonymi nogami na biurku Putina. Borys Abramowicz i Gusiński zorientowali się, że nie jest bezpiecznie i udali się za granicę, podczas gdy Michał Chorkowski nie zorientował się, że przestało być bezpiecznie i został – co później przypłacił 10-letnim pobytem w kolonii karnej. W tym okresie największym inwestorem zagranicznym w Rosji okazał się… Cypr. Wyjaśnienie tego fenomenu jest takie, że do pomniejszych oligarchów, którzy cieszyli się życiem na Cyprze, przybyli z wizytą posłańcy Putina, którzy przedstawili im propozycję nie do odrzucenia. W ten sposób jelcynowski okres „smuty” powoli dobiegał końca.

Ale stary żydowski grandziarz nie mógł przeboleć utraty rosyjskich alimentów, a ponieważ uważał, że prezydent Bush (młodszy) ma wobec niego dług wdzięczności, jako że gdy jeszcze jako przedsiębiorca naftowy, „szedł on bankrutować”, Soros podał mu pomocną dłoń w postaci posady za 100 tys dolarów rocznie – toteż zwrócił się do niego, by wpłynął na Putina, by ten „oligarchów” przywrócił do łask. Ale prezydent Bush dość obcesowo odmówił, co Sorosa tak wzburzyło, że na chwilę aż odjęło mu mowę. Kiedy przyszedł do siebie, sypnął złotem, żeby tego Busha rozsmarować na podłodze. W rezultacie powstały takie śmieszne filmy jak np. „Fahrenheit 9/11”, a prezydent Bush przekonał się, że lepiej nie przeciągać struny i rozejrzeć się za jakąś rekompensatą dla grandziarza. W rezultacie w Gruzji w listopadzie 2003 roku wybuchła „rewolucja róż”, w następstwie której tamtejszy prezydent Edward Szewardnadze, został zastąpiony przez Michała Saakaszwiliego. Następnego dnia po tym politycznym przesileniu, na lotnisku w Tblilisi wylądował samolot z Londynu, na którego pokładzie był gruziński biznesmen i występujący pod fałszywym nazwiskiem Borys Aramowicz Bieriezowski – żeby zobaczyć, co się z tej całej Gruzji da wyciągnąć. Lustracja chyba nie wypadła zbyt dobrze, w związku z tym w roku 2004 na Ukrainie wybuchła „pomarańczowa rewolucja”, na którą – jak pisał brytyjski „Guardian”, stary grandziarz miał wyłożyć 20 mln dolarów w następstwie której rządy nad Ukrainą przejął prezydent Wiktor Juszczenko w towarzystwie „pięknej Julii”, czyli Julii Tymoszenko, która wcześniej dokazywała z premierem Pawłem Łazarenką, który dostał się do amerykańskiego więzienia, ale Piękna Julia okazał się niewinna, jak kryształ. Borys Abramowicz, który zaraz potem też przybył na Ukrainę, był zadowolony do tego stopnia, że nawet chciał ubiegać się o tamtejsze obywatelstwo – bo nigdzie tak dobrze nie było „oligarchom”, jak na Ukrainie. W międzyczasie prezydent Saakaszliwi też się rozdokazywał w południowej Osetii, wskutek czego rosyjskie wojsko natychmiast skorzystało z okazji i pomaszerowało na Tbilisi, ale tam nie dotarło dzięki interwencji francuskiego prezydenta Mikołaja Sarkozy’ego, który przekonał zimnego ruskiego czekistę, by nie przeciągał struny. Dzięki temu prezydent Lech Kaczyński mógł przejść do historii jako ten, co płomiennym przemówieniem zagrodził Putinowi drogę do Gruzji.

Ale 17 września 2009 roku prezydent Obama ni z tego, ni z owego dokonał słynnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, w następstwie którego, 20 listopada 2010 roku na szczycie NATO w Lizbonie zostało proklamowane strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Rosja przestała być wrogiem NATO i odwrotnie, dzięki temu, że zgodnie ze strategicznym partnerstwem niemiecko-rosyjskim, które było najtwardszym jądrem strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, Europa została podzielona na niemiecką i rosyjską strefę wpływów. Wydawało się, ze klamka zapadła na sto lat – ale pod koniec 2013 roku prezydent Obama rozsierdzony niepowodzeniami w Syrii, wysadził ten cały lizboński porządek polityczny ze strategicznym partnerstwem NATO-Rosja na czele, zapalając zielone światło i sypiąc złotem na „Majdan” na Ukrainie. W następstwie tego prezydentem został czekoladowy oligarcha Piotr Poroszenko, a Ukraina została przez Rosję, która nie omieszkał skorzystać z okazji, że porządek lizboński został wysadzony, pozbawiona Krymu, a w jej organizmie państwowym Rosja otworzyła krwawiącą ranę w postaci zbuntowanych obwodów donieckiego i ługańskiego. I taki stan – ni wojny ni pokoju – może trwałby do dzisiaj, gdyby nie ubiegłoroczna, europejska podróż prezydenta Bidena, podczas której dwukrotnie spotkał się z zimnym czekistą. Czego od niego chciał – tego oczywiście nie wiem, ale może było to coś takiego, co zachciało czekistę do rekonkwisty na Ukrainie, by odebrał władzę prezydentowi Zełeńskiemu z pierwszorzędnymi korzeniami, który – mówiąc nawiasem – jest wynalazkiem „oligarchy” Igora Kołomojskiego, co oprócz obywatelstwa ukraińskiego, ma też cypryjskie i izraelskie. W rezultacie mamy tam wojnę, wobec której cały Zachód groźnie kiwa palcem w bucie, co skłania mnie do podejrzeń, że wszystko mogło być dogadane z tym, ze ten prezent dla Putina za żadne skarby nie może wyglądać na prezent, tylko na dopust Boży. No to właśnie tak wygląda, a odgłosy wybuchów, strzałów i łuny pożarów pokazują nam, że zapoczątkowany w drugiej połowie lat 80-tych okres pieriedyszki właśnie dobiega końca, ustępując miejsca etapowi surowości.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    serwis „Prawy.pl” (prawy.pl)    3 marca 2022

Skip to content