- Bibula – pismo niezalezne - http://www.bibula.com -

Fajny Kościół odpycha

Na zakończenie XV Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów poświęconego młodzieży Ojciec Święty nakazał zgłębiać owoce jego obrad: wczytywać się w nie, rozeznawać ich treść, pozwolić im działać w sercach. Od chwili usłyszenia tych słów praktycznie nie przestaję tego czynić.

Szczególnie mocno nurtuje mnie zdanie z papieskiej homilii wygłoszonej podczas uroczystej Mszy Świętej w Bazylice Świętego Piotra na zakończenie synodu. Chciałbym powiedzieć ludziom młodym – odczytał wówczas Ojciec Święty – w imieniu nas wszystkich dorosłych: przepraszam, jeśli często was nie wysłuchaliśmy; jeśli zamiast otwierać dla was serce, napełnialiśmy wasze uszy.

Ile słów, tyle pytań. Już nawet nie o to, skąd w dzisiejszym Kościele taka skłonność do przepraszania za niepopełnione grzechy – na ten temat nikt nie ma ochoty rzeczowo a logicznie rozmawiać. Dziś znacznie bardziej interesuje mnie, czy mówienie – jak każe się domyślać powyższy cytat – wyklucza słuchanie? Czy nauczanie zakłada trzymanie serca zamkniętego na cztery spusty? A w ogóle cóż to znaczy: napełniać uszy? Czy Jezus Chrystus napełniał uszy swoich uczniów? 

Przez uszy do duszy

O tak, Jezus Chrystus napełniał uszy Izraelitów aż do bólu. Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać? (J 6, 60).

Jezus Chrystus mówił dużo. Wspomnijmy chociażby rozpiętość tematyczną kazania na górze.

Jezus Chrystus mówił długo. Pamiętamy wszak, co się stało, gdy ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce niemające pasterza. I zaczął ich nauczać. A gdy pora była już późna, przystąpili do Niego uczniowie (Mk 6, 34–35) z propozycją, aby już kończył, bo miejsce jest puste, a pora już późna. Wynika stąd, że Nauczyciel mówił przez wiele godzin (a słuchaczom najwyraźniej wcale to nie przeszkadzało, skoro dopiero praktyczni apostołowie musieli ich obudzić z zasłuchania). Kiedy indziej z kolei zatroszczył się o słuchających Słowa: Żal mi tego tłumu, bo już trzy dni trwają przy mnie, a nie mają co jeść (Mk 8, 2). Trzy dni napełniania uszu, a ludzie wcale nie wydają się znużeni – dopiero Pan musi im przypominać o doczesnym pokarmie!

Tak, powtórzmy, Jezus Chrystus napełniał uszy licznie gromadzących się wokół niego – jak choćby tych, których było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci (Mt 14, 21) – a cały lud słuchał Go z zapartym tchem (Łk 19, 48).

A przecież Jezus Chrystus mówił o rzeczach niełatwo przyswajalnych Jego współczesnym. Jak On może nam dać swoje ciało do spożycia? (J 6, 52).

Jezus Chrystus mówił autorytatywnie, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę (Mk 1, 22).

Jezus Chrystus niejednokrotnie rzucał wyzwanie zakamieniałości intelektualno‑duchowej narodu, który zapomniał, skąd się wywodzi i dokąd ma zmierzać. Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo (J 2, 19).

Co więcej, wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił (Mt 13, 34), zmuszając umysły słuchaczy do wysiłku przetworzenia fabularnej formy w teologiczno‑moralny konkret.

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha – powtórzył Jezus Chrystus co najmniej kilkakrotnie. Bo ze słuchania rodzi się wiara. Nie inaczej wszak uczy wielki jej krzewiciel, święty Paweł, gdy w Liście do Rzymian podkreśla z naciskiem, iż wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz 10, 17).

Synod towarzyszy

Podczas XV Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów poświęconego młodzieży słyszało się głównie o towarzyszeniu. Czasownik „towarzyszyć” oraz jego forma rzeczownikowa tchnęły ze wszystkich synodalnych komunikatów: czy to na konferencjach prasowych, czy podczas innych wydarzeń związanych z synodem – zarówno w wypowiedziach oficjalnych, jak i w przeciekach. Na kartach samego Instumentum laboris występują one ponad stukrotnie.

Towarzyszenie pojawiło się również w przywołanej powyżej papieskiej homilii – w dosyć zresztą dziwnej formie. Ojciec Święty sugeruje, iż Kościół ma towarzyszyć podróży. Dreszcz przechodzi na samo skojarzenie – wszak towarzysz podróży (w oryginalnym brzmieniu: paputczik) to termin z arsenału bolszewickiego, autorstwa Anatola Łunaczarskiego, szerzej znany głównie dzięki Lwu Trockiemu…

Porzućmy jednak niewczesne asocjacje, by powrócić do owiec i pasterzy. Narracja ostatniego synodu w całej rozciągłości potwierdzała rysującą się coraz wyraźniej w ciągu ostatnich kilku lat tendencję do wyrzekania się przez znaczącą część instytucjonalnego Kościoła roli nauczyciela Prawdy na rzecz roli – właśnie – towarzysza podróży. Pasterza, który bynajmniej nie chce wieść owiec za sobą, lecz – przeciwnie – woli podążać ich śladem. Notabene zupełnie nie zważając na ogromne niebezpieczeństwo wiążące się z taką postawą. Co bowiem, gdyby tak na przykład owce ruszyły pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze (Mk 5, 13). Skoro zdarzyło się to świniom w kraju Gerazeńczyków, dlaczego owce miałyby być wolne od podobnego zagrożenia? I cóż wtedy poczną pasterze kroczący za ogonem trzody?

Dobry pasterz organizuje życie owiec, a nie czeka, co też one zaproponują. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim (J 10, 4). Dobry pasterz pasie swe owce, a nie towarzyszy im.

„Towarzyszyć” bowiem znaczy – zacytujmy Słownik Języka Polskiego – być obecnym przy kimś, przebywać z kimś gdzieś, asystować komuś. Jezus Chrystus nigdy nikomu nie towarzyszył. Nikomu nie asystował. Przeciwnie, to Jemu zazwyczaj towarzyszył wielki tłum ludu (Mt 20, 29) – jak pod Jerychem, jak nad Jeziorem Tyberiadzkim, jak w Jerozolimie. Jak wszędzie, gdzie tylko się pojawił – zawsze szły za Nim liczne tłumy z Galilei i z Dekapolu, z Jerozolimy, z Judei i z Zajordania (Mt 4, 25).

Narracja synodalna

A narrację synodalną oparto na jedynej scenie z Ewangelii, w której Jezus nie wiedzie ludzi za sobą, lecz dołącza do już maszerujących – chodzi, rzecz jasna, o spotkanie w drodze do Emaus. Ale i wówczas przecież przez całą drogę (czyli nieco ponad dwie godziny, bo Emaus dzieli od Jerozolimy dystans jedenastokilometrowy) napełniał uszy swych towarzyszy, gdy zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego (Łk 24, 27).

Przez cały okres swej publicznej działalności Jezus Chrystus napełniał uszy mieszkańców Galilei i Judei, a tłum cisnął się do Niego, aby słuchać słowa Bożego (Mk 1, 1). Ponieważ wiara – nie zapominajmy – rodzi się z tego, co się słyszy (Rz 10, 17).

Papież Franciszek zaś w posynodalnej homilii podkreślił, iż wiara przychodzi przez życie. Czyżby więc życie miało nas uczyć wiary? Owszem, ale wyłącznie życie Jezusa Chrystusa, Jego Najświętszej Matki oraz Jego świętych. A to nie unosi się w powietrzu, dostępne dla każdego, kto tylko zechce wdychać. Wiary trzeba się nauczyć. Bo wiara to sprawa rozumu i woli, a nie emocji. Wierzę, aby rozumieć, i rozumiem, aby głębiej wierzyć – uczy święty Augustyn.

Istnieje tylko jedna skuteczna droga ku temu: nauczanie Kościoła – wyłącznego depozytariusza Bożego Objawienia. Jeżeli Kościół nie napełni uszu swych wiernych – zwłaszcza tych jeszcze nieuformowanych – nieskażoną doktryną, ich dusze pozostaną puste (ale tylko przez chwilę, gdyż natychmiast przeniknie je aż do najgłębszego zakamarka duch tego świata).

Co to będzie za Kościół?

Synod na temat młodzieży był potrzebny Kościołowi jak ożywczy deszcz krzewowi usychającemu na pustyni. Nie trzeba bowiem być wybitnym eklezjologiem, aby dostrzec, że młodzież uchodzi dziś z Kościoła szerokim strumieniem, jak wino z rozprutego bukłaka. I nad tym faktycznie należy się pochylić, by znaleźć skuteczne remedium na ten największy bodaj kryzys w historii katolickiej wspólnoty.

Strategia wymyślona przez ojców synodalnych polega na uczeniu się od młodych. Podczas synodu wielokrotnie to podkreślano. W ogóle biskupi wydawali się świetnie bawić, zachwyceni odkryciem duszpasterskiego klucza do przyszłości: młodzi powiedzą nam, czego mamy ich nauczać, a my się bez problemu dostosujemy i razem stworzymy Najfajniejszy Kościół Ever.

Tak to wygląda. I jakoś nikt nie zadaje sobie pytania, czy fajny Kościół aby na pewno będzie Kościołem Chrystusowym. Albowiem Jezus Chrystus w żadnym zdaniu, żadnym słowie Księgi Dobrej Nowiny nie jest fajny. Ani Bóg Ojciec w całej Księdze Prawa i Proroków nawet przez chwilę nie jest fajny. I Duch Święty również ani przez sekundę dwutysiącletniej Księgi Dziejów Kościoła nie był (i nie jest, i nigdy nie będzie) fajny.

Ale też w istocie młodzi ludzie wcale nie szukają Kościoła fajnego, lecz prawdziwego – Kościoła, w którym da się bez pamięci zakochać. A że kochać można jedynie osobę, przeto Kościół musi być w pełni tożsamy z Bogiem (stanowi wszak Mistyczne Ciało Chrystusa) i przekazywać taki Jego obraz, jaki On sam od dwóch tysięcy lat mu objawia, nie zaś ten, który przyśnił się dwudziestowiecznym fenomenologom. Musi to być Kościół, który nie rywalizuje z atrakcjami tego świata, nie stara się być rozrywkowym klubem, galerią handlową, dyskoteką, względnie instytucją charytatywną. Musi to być Kościół, który zna własną wartość i jasno – bez światło‑cienia, jak pisze Norwid – uczy swych odwiecznych prawd. Bez obciachu – jak mawia młodzież.

Albowiem nieodłączną cechą młodego wieku jest radykalizm, bezkompromisowość i entuzjazm, i albo wszystko, albo nic. Dlatego tylko taki Kościół – radykalny w postawie, bezkompromisowy w nauczaniu i tak, tak; nie, nie (Mt 5, 37) – młodzi ludzie są w stanie docenić i zaakceptować, ba, pokochać, a nawet życie zań oddać. Od Kościoła rozmemłanego i niepewnego siebie odwrócą się z obrzydzeniem (zauważmy wszak, że świat się do nich nie łasi, tylko bierze ich podbojem – i idą za nim).

Jak świat światem i Kościół Kościołem, młodzież nieodmiennie, zawsze i wszędzie – bez względu na czasy i okoliczności, mniej lub bardziej świadomie, niekiedy wręcz instynktownie – szuka i pragnie jednego: autorytetu. Przewodnika, który jej wskaże drogę życia. Zdecydowanie, niezachwianie, odważnie i poważnie. Bo ludzka droga to poważna sprawa – życia i śmierci (po tej i po tamtej stronie).

Matka zawsze młoda

Do mniej więcej połowy minionego stulecia Kościół był właśnie taki – młody. Był to Kościół Dominika Savio, Stanisława Kostki i Marii Goretti, królowej Jadwigi i królewicza Kazimierza, Agnieszki Rzymianki, Małej Tereski i Piotra Jerzego Frassatiego. Był to Kościół tych, co ku zgorszeniu starych Żydów robili raban w świątyni, wrzeszcząc entuzjastycznie: Hosanna Synowi Dawida! (Mt 21, 15), i Józefa Sáncheza del Río, który zakończył młode życie okrzykiem: Niech żyje Chrystus Król! I wielu tysięcy innych, którzy przez ostatnie dwa milenia swoje kilkanaście czy dwadzieścia parę lat oddawali wiecznie młodemu Bogu.

Obecny Kościół zaś, niestety, wydaje się bardzo stary. Szczególnie mocno „posunął się w latach” w ciągu ostatniego półwiecza. A to za sprawą nadmiernego ulegania duchowi tego świata, który dążąc dziś przede wszystkim do wywrócenia wszystkich sfer życia na lewą stronę, wiekowych usiłuje zamienić w nieodpowiedzialną młódź, młodych zaś – w zblazowanych starców. Ale nasza Matka Kościół wcale nie musi mu w tym towarzyszyć. I nie powinna. Wręcz jej nie wolno. Niech za to napełnia nasze uszy czystą Ewangelią. Aż do bólu. Bo Chrystusowe jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie (Mt 10, 30).

Jerzy Wolak

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]