Benedykt XVI i „tonąca Łódź Piotrowa”

Aktualizacja: 2017-07-19 7:49 pm

Gdy 15 lipca arcybiskup Georg Ganswein, najbliższy współpracownik Benedykta XVI, zaczął czytać list napisany przez papieża emeryta na okoliczność ostatniego pożegnania kardynała Joachima Meisnera, mało kto spodziewał się, że ten, który sam siebie nazywa „niedoskonałym narzędziem w rękach Pana” raz jeszcze przedstawi swoją diagnozę współczesnego Kościoła. 

W poruszającym słowie pozdrowienia Benedykt XVI zarysował sylwetkę zmarłego kardynała. Wspomniał o jego miłości do Kościoła w krajach, które cierpiały katusze pod czerwonymi flagami z sierpem i młotem. Przypomniał również o wewnętrznej radości i ufności odnalezionymi w dwóch fundamentalnych dla każdego wyznawcy Chrystusa aspektach – sakramencie pokuty oraz kulcie eucharystycznym.

W ostatnim akapicie listu papież senior zawarł opis okoliczności śmierci niemieckiego kardynała. Przypomniał (lub nawet poinformował), że oto emerytowany arcybiskup Kolonii udał się przed Boży Trybunał dzierżąc w dłoni brewiarz, a zatem „umarł modląc się, patrząc na Pana, w rozmowie z Panem”. Ten rodzaj śmierci Benedykt XVI nazwał „podarowaną”.

Tym, co jednak wywołało największa falę komentarzy były słowa autora stwierdzającego w liście, że tym co go poruszyło był ostatni okres życia kardynała Joachima Meisnera, gdy „nauczył się odpuszczać i żył coraz bardziej w głębokim przekonaniu, że Pan nie opuści swojego Kościoła, nawet gdy czasem łódź napełniona jest tak, że już prawie się wywraca”. Słowa te – spotęgowane dodatkowo szumem medialnym – wybrzmiały w katolickim świecie zdecydowanie najgłośniej.

Pierwsze wersje listu tłumaczone z języka niemieckiego na angielski sugerowały, że papież Ratzinger stwierdził wprost, iż Kościół już prawie zatonął. Dopiero kolejne tłumaczenia naświetliły kontekst i uwypukliły tryb przypuszczający. Wtedy też grono mediów podjęło w ogóle temat listu Ojca Świętego, bazując na pierwszej oficjalnej (bo opublikowanej przez Katolicką Agencję Informacyjną) translacji na język polski zawierającej lapsusy językowe (jak choćby ten o kardynale, który „modlił się martwy”).

W tym czasie obowiązującą narrację stanowiła ta, twierdząca, że Benedykt XVI w żadnym stopniu nie uważa, iż Kościół „tonie”. Myślenie to jest życzeniowe i wskazuje na brak znajomości nauki i przesłania zostawionych nam przez wybitnego teologa jakim bez wątpienia jest profesor Ratzinger/Benedykt XVI. Dość powiedzieć, że słowa takie z jego ust już padły, gdy w trakcie Drogi Krzyżowej w 2005 roku jako kardynał, prefekt Kongregacji nauki Wiary stwierdził: „Panie, tak często Twój Kościół przypomina tonącą łódź. Łódź, która nabiera wody ze wszystkich stron. Także na Twoim polu widzimy więcej kąkolu niż zboża. Przeraża nas brud na szacie i obliczu Twego Kościoła”.

W niemal całym swym dorobku naukowym papież Ratzinger z żelazną konsekwencją przekonuje, iż każda próba zamachu na uznanie pierwszeństwa Boga jest największą klęską człowieka, co potwierdzają wszystkie krwawe reżimy – komunistyczny, nazistowski czy faszystowski – programowo zwalczające Stwórcę, co jest przyczyną a nie jedynie skutkiem nieszczęść. Zdaniem Benedykta XVI każda osobista detronizacja Boga kończy się dla świata katastrofą.

Wizja Ratzingera dotycząca bezbożności nie miała jedynie charakteru szczegółowego (w odniesieniu do pojedynczego człowieka) lub ogólnego (gdy Pan zrzucany był z tronu przez niedookreślonych – dajmy na to – komunistów). On większość swojej uwagi skupiał na konkretnym przykładzie – Kościele, Mistycznym Ciele Chrystusa, który coraz bardziej odżegnuje się od swego Mistrza. Podczas rozmowy przeprowadzonej z dziennikarzami w trakcie lotu na obchody 93. rocznicy objawień fatimskich powiedział wprost: „Dzisiaj największe prześladowania Kościoła nie pochodzą z zewnątrz, ale z grzechów, jakie są wewnątrz jego samego”.

Nie było to novum, gdyż już wcześniej Joseph Ratzinger dał się poznać jako „pesymista” (choć niektórzy nazywają to realizmem): wymieniając grzechy i bolączki Kościoła; dostrzegając wszechobecną dewaluację wartości; alarmując, że zawłaszczono i zredefiniowano pojęcia takie jak prawda, wolność, postęp, piękno i miłość. W oczach teologa mało kiedy winnymi tego stanu rzeczy byli „oni”, źli ludzie, wrogowie Boga; zazwyczaj odpowiedzialność za błędy braliśmy „my” – Lud Boży.

Będąc profesorem z charakterystycznym dla siebie zacięciem proroka przewidział kryzys wiary z jakim będzie zmagał się Kościół. Jak zawsze w tego typu kwestiach silniejszą od „pesymizmu” Ratzingera była jego nadzieja. Wiedział bowiem, że Pan nie pozostawi swojego ludu bez opieki. – Z dzisiejszego kryzysu wyjdzie Kościół jutra. Kościół, który wiele utracił, stanie się maluczkim i będzie musiał zaczynać od początku. Nie będzie już mógł wypełnić wiernymi świątyń, które zostały zbudowane w okresach wielkiej „koniunktury”. Wraz z liczbą swoich zwolenników utraci wiele przywilejów w społeczeństwie, ale będzie się czuł silniejszy niż dotychczas, bo będzie dobrowolną wspólnotą, złożoną ze zdecydowanych ludzi. (…) W wierze i modlitwie pozna znowu swoje właściwe centrum, a sakramenty przeżywać będzie znowu jako służbę Bożą – pisał w niewielkiej publikacji pod tytułem „Wiara i przyszłość”.

Zatem wszystko wskazuje na to, że Ojciec Święty Benedykt XVI zarówno przed swoim pontyfikatem oraz w jego trakcie alarmował o słabej kondycji moralnej i duchowej Kościoła. Dlaczego więc – zdaniem komentatorów – miałby nie zauważać tych samych problemów po swoim ustąpieniu? Tym bardziej, że po 28 lutego 2013 niektóre problemy omawiane przez niego w kontekście zagrożeń Kościoła (używając metafory Kościoła-łodzi możemy je nazwać dziurami w kadłubie) urosły do pokaźnych rozmiarów i dołączyły do nich nowe.

Tak jest między innymi w przypadku zamachu na rodzinę będącej kolejnym oczkiem w głowie papieża seniora, który pisał o niej w adhortacji Sacramentum Caritatis: „Małżeństwo i rodzina są instytucjami, które powinny być wspierane i bronione przed każdą możliwą dwuznacznością w pojmowaniu prawdy o nich”, a kardynałów pouczał: „W walce o rodzinę stawką jest sam człowiek!”. Profesor Ratzinger, z właściwym sobie profetycznym i analitycznym umysłem przewidział zamach na instytucję rodziny charakteryzując go jako bezbożny nurt nazwany później przez księdza profesora Jerzego Szymika, wybitnego znawcę nauczania Benedykta XVI, wprost: destructio familiae (zniszczenie rodziny). – Małżeństwo i rodzina przestają być podstawowymi wartościami dla nowoczesnego społeczeństwa – wieszczył papież Niemiec w publikacji „Europa. Jej podwaliny dzisiaj i jutro”.

Co zatem czuć może ukryty przed światem za watykańskimi murami wybitny intelektualista widząc chaos związany z próbą wywrócenia do góry nogami nauczania o małżeństwie? Co może powiedzieć człowiek poświęcający znaczną część swojego życia na bronienie nierozerwalności sakramentalnego węzła zwracając się do obecnych na pogrzebie kardynała – jednego z sygnatariuszy listu zawierającego prośby o wyjaśnienie wątpliwości związanych z postrzeganiem małżeństwa skutkujących dodatkowo dopuszczeniem do niegodnego przyjmowania Najświętszych Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa?

Odrzucanie a priori możliwości delikatnej „interwencji” papieża seniora jest błędem. Nie w opozycji do obecnego Następcy Świętego Piotra, a z wielkiego oddania. Benedykt XVI już nie raz dał się bowiem poznać jako ten, który z miłości do Pana i Jego Kościoła (w tym do kościelnych hierarchów) nie boi się wchodzić w spory. Postawa ta zupełnie nie kojarzy się z jego – prawdziwym skądinąd – wizerunkiem cichego intelektualisty, stąd być może, bazujące na powierzchowności, niedowierzanie w każde dosadniej zaprezentowane zdanie wychodzące z ust papieża seniora.

W 1977 w artykule pod wymownym tytułem „Szczerość i posłuszeństwo” pisał: „Służalczość pochlebców, tych, którzy unikają i obawiają się wszelkiego starcia, którzy cenią nade wszystko święty spokój, nie jest prawdziwym posłuszeństwem. To, czego Kościół dzisiaj potrzebuje, tak jak zresztą zawsze potrzebował, to nie pochlebcy pomagający zachować święty spokój, ale ludzie gotowi stanąć twarzą w twarz wobec każdego nieporozumienia i ataku, które może sprowokować ich postawa, jednym słowem ludzie, którzy bardziej kochają Kościół niż wygodne i bezkonfliktowe życie”. W tym kluczu należy interpretować słowa o tonącym Kościele wypowiedziane podczas pogrzebu kardynała Joachima Meisnera.

Kościół tonie. Brud wydostający się z jego wnętrza jest faktem. Nie jest to pierwszy raz, gdy Łódź Piotrowa znajduje się w takim położeniu. Zamiast jednak udawać, że nic się nie dzieje należy przeciwstawić się błędnym prądom i zacząć łatać dziury w kadłubie, by z nadzieją oczekiwać ostatecznego zwycięstwa „drużyny Pana”.

Mateusz Ochman

Tags: ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=96800 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]