Gdzie był i co widział Jan Karski?

Okazuje się, że z autorytetami moralnymi trzeba ostrożnie. Niestety „Wirtualna Polska” chyba nie zachowała dostatecznej ostrożności, publikując 17 kwietnia br. fragmenty „Tajnego państwa” autorstwa Jana Karskiego. Jan Karski, który tak naprawdę nazywał się Kozielewski, twierdzi tam, że w przebraniu estońskiego strażnika obejrzał obóz dla Żydów w Bełżcu. Ale zanim tam dotarł i zanim obejrzał, pisze tak oto: „Wczesnym rankiem w ustalonym dniu wyjechałem z Warszawy w towarzystwie pewnego Żyda, który działał poza obrębem getta w żydowskim ruchu podziemnym. Pojechaliśmy pociągiem do Lublina. Tam czekał na nas wóz z sianem. Skręciliśmy wyboistą drogę, ponieważ chłop, który nas wiózł, wolał się nie pokazywać na ruchliwej szosie z Zamościa. Dotarliśmy do Bełżca wkrótce po dwunastej w południe i udaliśmy się wprost do miejsca, gdzie miał na mnie oczekiwać Estończyk…” – i tak dalej. Wszystko – jak powiadają gitowcy – „gra i koliduje”, to znaczy – może by i grało, gdyby nie jeden drobiazg.

Otóż Jan Karski pisze, że z owym „Żydem” wyjechał z Warszawy „wczesnym rankiem”, a więc nie wcześniej, niż o godzinie 5 rano, bo dopiero wtedy kończyła się w Generalnym Gubernatorstwie godzina policyjna. Dystans z Warszawy do Lublina pociąg pośpieszny z elektryczną lokomotywą nawet dzisiaj pokonuje w czasie co najmniej 2,5 godziny, a w okresie okupacji, gdy pociąg ciągnięty był przez parowóz, musiały to być co najmniej 3, jeśli nie 3,5 godziny. Zatem w najlepszym razie Jan Karski mógł dotrzeć do Lublina o godzinie 8 rano. Tam zaraz przesiadł się na konny wóz z sianem, który jechał „wyboistą drogą”, a więc prawdopodobnie stępa, bo wóz z sianem jadący szybciej po wyboistej drodze na pewno by się wywrócił. Tymi „wyboistymi drogami” na wozie z sianem Jan Karski miał dotrzeć do Bełżca „wkrótce po dwunastej w południe”, a więc po mniej więcej czterech godzinach.

Jest to absolutnie niemożliwe, ponieważ odległość z Lublina do Bełżca wynosi W LINII PROSTEJ 114 kilometrów, a po bocznych, wyboistych drogach z pewnością jest jeszcze większa. Ale gdyby to było nawet tylko 100 kilometrów, to i tak przebycie w cztery godziny takiej trasy konnym wozem wyładowanym sianem byłoby niemożliwe. Konny dyliżans pokonywał milę polską, a więc dystans około 7 kilometrów w ciągu półtorej godziny. Z Lublina do Bełżca w linii prostej jest 114 km, a więc co najmniej 16 mil polskich. Poruszając się z szybkością dyliżansu – co jest zresztą mało prawdopodobne – Jan Karski z Lublina do Bełżca musiałby jechać bez przerwy co najmniej dobę, a praktycznie – znacznie dłużej, ponieważ jest mało prawdopodobne, by jechał nocą, kiedy obowiązywała godzina policyjna, tj. między godziną 23, a 5 rano, no i poza tym – koń, czy konie – jeśli była para – też musiałyby trochę odpocząć. I w ogóle – dlaczego właściwie Jan Karski z Lublina miałby jechać do Bełżca konnym wozem, skoro Bełżec leży nieopodal linii kolejowej Lublin-Lwów, więc mógł dojechać koleją całkiem blisko – bo obóz zlokalizowany był w odległości zaledwie pół kilometra od stacji. Wypływa z tego jeden wniosek; Jan Karski nie dotarł do Bełżca, tylko gdzieś indziej. A gdzie? Niektórzy autorzy twierdzą, że do Zamościa lub Izbicy – ale przedstawiony przez Jana Karskiego opis podróży sprawia, że i to przypuszczenie ze względu na odległość Zamościa i Izbicy od Lublina jest nieprawdopodobne. Zatem – gdzie dotarł – o ile w ogóle gdzieś dotarł – i co naprawdę tam zobaczył – o ile w ogóle coś zobaczył?

Stanisław Michalkiewicz

Komentarz    specjalnie dla www.michalkiewicz.pl    22 kwietnia 2014

Za: michalkiewicz.pl

 


 

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

 


 

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content