Gość rangi Leonida Breżniewa

Ach – jakże bolesne bywają powroty do rzeczywistości – ale mówi się: trudno, bo prędzej, czy później – trzeba przecież wracać. Zatem wielkim samolotem singapurskich linii lotniczych wystartowałem do 8-godzinnego lotu z Sydney do Singapuru, skąd tymi samymi liniami, tylko samolotem nieco mniejszym – 13 godzin nad Półwyspem Malajskim, Indiami, wzdłuż Himalajów, nad Pakistanem, Afganistanem, Turkmenistanem, Uzbekistanem, Kazachstanem, Rosją, Litwą i Bałtykiem do Kopenhagi, skąd już tylko skok do stolicy naszego nieszczęśliwego kraju, który najwyraźniej musiał podejmować jakiegoś gościa rangi co najmniej Leonida Breżniewa – sądząc po rozmiarach miasta wyłączonego z ruchu. Starsi pamiętają, że jak tylko do Polski z przyjacielsko-gospodarską wizytą przybywał Leonid Breżniew, to z ruchu wyłączone było całe miasto, a na ulicach, zwłaszcza skrzyżowaniach ważniejszych arterii od milicjantów i ubeków aż się roiło.

Ciekawe, że mimo sławnej transformacji ustrojowej ten bizantyjski obyczaj przetrwał – co utwierdza mnie w podejrzeniach, że okupująca nasz nieszczęśliwy kraj razwiedka wprawdzie się przewerbowała do naszych nowych sojuszników („niech żyją nasi sojusznicy, Amerykanie i Anglicy”…) , ale zwyczajów nie zmieniła – zgodnie ze spostrzeżeniem pewnego starożytnego Rzymianina, który cesarzowi Wespazjanowi zwrócił uwagę, że „wilk zmienia skórę lecz nie obyczaje”. Jakoż okazało się, że w Warszawie bawi z przyjacielsko-gospodarską wizytą wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden – prawdopodobnie by trochę podkręcić premiera Tuska w sprawie Ukrainy.

Patrząc z Antypodów odnosiłem wrażenie, że premier Tusk znalazł się w potężnym dysonansie poznawczym; z jednej strony Nasza Złota Pani, co to realizując linię kanclerza Bismarcka, najwyraźniej bardziej ceni sobie strategiczne partnerstwo z Rosją, a z drugiej – odradzające się gwałtownie, Niezależne i Samorządne Stronnictwo Amerykańskie, którego w patriotycznej retoryce prześcignąć niepodobna – chociaż z drugiej strony nietrudno zauważyć, że bardziej nienawidzi ono Putina, niż kocha Polskę, bo dla tej nienawiści gotowe powołać Rząd Obrony Narodowej – niechby nawet i na emigracji. W tej sytuacji premieru Tusku musi być szalenie niewygodnie, zwłaszcza, że z racji swojej marionetkowej funkcji musi się również akomodować do Stronnictwa Ruskiego, które przecież powierzyło mu kiedyś zewnętrzne znamiona władzy. Kto wie, czy takiej sytuacji sprostałby sam dwulicowy Janus, więc myślę, że bardziej celowe jest nawiązanie do Światowida, którego kult w naszym nieszczęśliwym kraju propagują tzw. rodzimowiercy.

Sytuacja szalenie się bowiem napięła od kiedy zimny rosyjski czekista Putin po krymskim referendum podpisał „traktat” o przyłączeniu Krymu do Federacji Rosyjskiej. Stany Zjednoczone i Unia Europejska, co oznacza, że nasz nieszczęśliwy kraj też – ani jednego, ani drugiego „nie uznaje” i groźnie kiwa palcem w bucie z powodu naruszenia terytorialnej integralności Ukrainy. Ale jeśli przejęcie Krymu naruszyło integralność terytorialną Ukrainy, to teraz ewentualne odebranie Krymu przez Ukrainę naruszyłoby terytorialną integralność Rosji. Co tu ukrywać; i tak źle i tak niedobrze, toteż wiceprezydent Joe Biden podkręca premiera Tuska obietnicą zainstalowania w naszym nieszczęśliwym kraju tarczy antyrakietowej.

Jak pamiętamy, tarcza ta miała chronić nie tylko nasz nieszczęśliwy kraj, ale również inne nieszczęśliwe kraje przed rakietami wystrzeliwanymi z Teheranu. Jak pamiętamy, tylko Rosja nie chciała w to wierzyć – i 18 sierpnia 2009 roku izraelski prezydent Szymon Peres, zwany przez korespondenta „Najwyższego Czasu!” z Tel Awiwu „oszustem pokojowym” w trakcie rozmów w Soczi obiecał był rosyjskiemu prezydentowi Miedwiediewowi, że „namówi” prezydenta Obamę do wycofania elementów tej tarczy nie tylko z Polski, ale w ogóle – z Europy Środkowej. Co mu prezydent Miedwiediew za to obiecał – tego nie wiemy, ale coś przecież musiał, bo czy prezydent Peres zrobił kiedyś cokolwiek bezinteresownie?

Pewne światło na tę sprawę rzuca zagadkowa deklaracja Henry Kissingera, że za 10 lat Izraela już „nie będzie”. Parafrazując pana pułkownika Szeląga z Prokuratury Wojskowej, co to na wieść o śladach trotylu na szczątkach samolotu rozbitego w Smoleńsku oświadczył, że ślady wprawdzie wykryto, ale nie znaczy to, że tam „były” – deklaracja, iż za 10 lat Izraela „nie będzie” nie musi wcale oznaczać, że nie będzie go naprawdę, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych, których wprawdzie też „nie ma”, ale ta nieobecność jest tylko wyższą formą obecności. Nie jest zatem wykluczone, że Izrael zostanie po prostu przeniesiony do Europy Środkowej, gdzie przybierze nazwę Judeopolonii.

Warto przypomnieć, że pisał o tym przed kilkoma laty w niemieckiej prasie pewien malarz, a ponieważ w Niemczech malarze dochodzą niekiedy do wielkiego znaczenia politycznego, to nie powinniśmy tego sygnału lekceważyć. Dopiero w tym kontekście możemy lepiej ocenić skutki ewentualnej realizacji żydowskich roszczeń majątkowych, do czego niedawno zachęcali Polskę angielscy lordowie. Realizacja owych roszczeń, szacowanych na 60-65 mld dolarów oznaczałaby, że środowisko dysponujące majątkiem tego rzędu dominowałoby w Polsce zarówno gospodarczo, jak i politycznie. Czy pan premier Tusk, albo czy pan prezes Jarosław Kaczyński zaproponowali wiceprezydentowi Bidenowi, żeby w zamian za nasze groźne kiwanie palcem w bucie w sprawie integralności terytorialnej Ukrainy, rząd amerykański obiecał Polsce, że zaniecha wszelkich na nią nacisków w tej sprawie? Jeśli nie, to po cóż było wyłączać pół miasta z ruchu?

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.

Felieton    tygodnik „Nasza Polska”    26 marca 2014

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3062

Skip to content