Wywiad z FYM-em: Meandry dokumentacji smoleńskiej

Brakowało bardzo Twojego głosu w dyskusjach, jakie rozgorzały o dalszych perspektywach badań smoleńskich po II Konferencji Smoleńskiej, głównie w kontekście ustaleń prof. Ch. Cieszewskiego.  Owszem, często komentowałeś ważniejsze wydarzenia konferencyjne na swoim blogu, gdzie publikujesz kolejne swoje analizy, ale jakiejś pełniejszej oceny sytuacji w tym szerszym aspekcie z Twojej strony dotąd nie było. Dziękuję więc, że znalazłeś wolną chwilę i zgodziłeś się na tę rozmowę.

Proponowałabym omówić 3 grupy zagadnień: II KS, krąg ostatnich Twoich badań i hipotez oraz to co można nazwać „smoleńskim trójkątem bermudzkim”, a co w konsekwencji powoduje , że zapętlona sprawa badań nad 10.04.2010. nie może dzisiaj ruszyć z miejsca.

 

1. II Konferencja Smoleńska

 

Czy jest zauważalna – w Twoim odbiorze – jej odmienność od I KS? 

Publicznie na pewno nie jest zauważalna. Gdybyś spytała kogoś na ulicy któregokolwiek z polskich miast, to, sądzę, że nie wiedziałby nawet, że była i II KS, i I KS, i że czymś się one różniły. Obserwowałem to, jak media prorządowe relacjonują tę ostatnią konferencję i można było dostrzec dwie wzajemnie uzupełniające się tendencje: najpierw uporczywe przemilczanie, potem iście burleskowe ośmieszanie z pomocą takich wybitnych znawców nauki jak tow. L. Miller, tow. red. J. Paradowska i wielu im podobnych dyżurnych autorytetów – choć, rzecz jasna, wybijały się w tym tłumie „święcie oburzonych na konferencję” również głosy fachowców związanych z KBWLLP, jak dr M. Lasek, który wprawdzie brzozy osobiście nie widział ani nie dotykał, bo tak się złożyło, że w Smoleńsku nie był, jak też żadnych badań teledetekcyjnych „okolic Siewiernego” nie prowadził, ale „skądsik” wiedział, iż „to nie brzoza, to śmieci”, a więc, że prof. Chris Cieszewski się po prostu pomylił i sprawa jego analiz załatwiona, nie ma w ogóle o czym gadać (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/wywiady/kontrwywiad/news-lasek-to-nie-brzoza-to-smieci-blad-smolenskiego-eksperta,nId,1046756).

Inny głos wybitnego eksperta – tym razem od radiotelegrafii, o ile się nie mylę, jak pisali autorzy Zbrodni smoleńskiej – to mgr. inż. E. Łojek – jeden z moich ulubieńców (obok mgr. inż. Lipca: http://freeyourmind.salon24.pl/547217,paryska-prezentacja-mgr-inz-lipca), jeśli chodzi o KBWLLP i „komisję Laska”, spadkobierczynię dorobku intelektualnego i badawczego „komisji Millera”. On chyba jako pierwszy się odezwał dla TVN24 świeżo po wykładach Cieszewskiego, dlatego należy o nim wspomnieć. Łojek skomentował odkrycie Cieszewskiego jako „kolejną fantastyczną teorię” i odwołał się do niezawodnego świadectwa N. Bodina (http://www.tvn24.pl/ii-konferencja-smolenska-zgniecione-puszki-i-inne-eksperymenty,364902,s.html). Wprawdzie ów Łojek, tak jak i Lasek, swojej szacownej stopy przy słynnej brzozie, a więc też i na „działce Bodina” (o ile nie jest to po prostu teren wojskowy przy lotnisku XUBS, a „działka Bodina” to legenda na potrzeby katastrofologii smoleńskiej) nie miał okazji postawić, a Bodina to zna pewnie z telewizji, bo nie sądzę, by kiedykolwiek tenże Łojek z nim rozmawiał choćby przez telefon – ale czy to może mieć jakiekolwiek znaczenie? Grunt, że Łojek dla TVN24 okazuje się lepszym znawcą teledetekcji niż Cieszewski, nieprawdaż? Nie wchodzę już przy tej okazji w szersze, ocierające się o tragifarsę, spory między Łojkiem (ewentualnie całą „komisją Laska”) a „komisją Macierewicza” (http://www.fakt.pl/edward-lojek-przeprasza-kola-gospodyn-wiejskich,artykuly,423180,1.html).   

Ale czy media antyrządowe podjęły wątki z II KS? Myślę, że odpowiedź na to pytanie nie jest trudna, wystarczyło przejrzeć niedługo po II KS  „tygodniki opinii” nazywające się prawicowymi, konserwatywnymi, niepokornymi i Bóg wie jeszcze jakimi, by wyrobić sobie osąd. Wywiad z Cieszewskim przeprowadzony przez red. J. Lichocką, koncentrujący się na sprawach historyczno-sentymentalnych, a nie na istocie badań samego indagowanego, można traktować jako „kwiatek do kożucha” jedynie (http://niezalezna.pl/48087-prof-chris-cieszewski-dla-gp-o-zlamanej-brzozie-pracy-naukowca-i-surrealistycznej-polsce; por. też http://wpolityce.pl/wydarzenia/65203-chris-cieszewski-smolenska-brzoza-byla-zlamana-juz-5-kwietnia-przelomowa-analiza-zdjec-satelitarnych-ze-smolenska). Tak więc „zasługa”, iż II KS tak szybko przeszła do „niepamięci” społecznej – leży po obu stronach, a więc i mediów zależnych, i niezależnych, a więc całego mainstreamu. I to nie przypadek.

 

Czy słusznie typuje się II KS jako przełom w badaniach smoleńskich?

Słowa „przełom” można by użyć, gdyby na samej II KS tak potraktowano odkrycia Cieszewskiego. Tak się nie stało. Nie zmieniono porządku obrad, nie urządzono jakiegoś nadzwyczajnego panelu naukowego transmitowanego na żywo, nie podjęto wątku, a przecież to, co ogłosił Cieszewski, diametralnie zmieniało postać rzeczy – także dla uczestników II KS (no i dla oficjalnego śledztwa, ma się rozumieć, stąd też wnet posypało się „dementi” za „dementim” ze strony przeróżnych szacownych instytucji zajmujących się „katastrofą smoleńską”, z NPW na czele: por.http://freeyourmind.salon24.pl/543280,ekspertyza). Oglądałem oba wykłady Cieszewskiego (udostępniane online) na II KS (dyskusja u mnie na blogu toczyła się niemal równolegle z poszczególnymi wystąpieniami na tej konferencji, pod notkąhttp://freeyourmind.salon24.pl/541428,priwod) i pamiętam, jak w okolicach godz. 11-tej pierwszego dnia październikowej konferencji padły te słowa dotyczące złamania brzozy przed 10-tym Kwietnia i na sali zapadła martwa cisza świadcząca o sporej konsternacji. Tak bardzo chyba to, co odkrył Cieszewski, było „pod prąd” narracji, do której środowiska otaczające ZP się przyzwyczaiły. To znaczy o wiele łatwiej było przyjąć, iż to „niemożliwe” aniżeli, że to może być po prostu prawda.

Na marginesie zresztą dodam, że Cieszewski po II KS sam sobie zaszkodził, pokazując się z wykładem na posiedzeniu ZP w sejmie. Gdyby wygłosił wykład otwarty w jakimś neutralnym miejscu – najlepiej na sali uczelnianej lub ewentualnie jakiegoś instytutu badawczego (czemu nikt z ZP nie wpadł na to, by taki nadzwyczajny wykład dla studentów i innych naukowców w Warszawie zrobić?) – to sprawa byłaby pozbawiona politycznego kontekstu. Jeśli jednak Cieszewski zawitał do polskiego parlamentu, czyli samego centrum życia politycznego nad Wisłą, czyli do „polskiego piekiełka”, a wokół samego badacza utworzył się wianuszek ludzi Macierewicza, no to niestety, nie mógł oczekiwać (Cieszewski), iż nie zostanie to wykorzystane przeciwko niemu, a więc, że środowiska (tu zwłaszcza dyżurne autorytety moralno-naukowe) Czerskiej Prawdy spojrzą przychylnym okiem na tego rodzaju sytuację. Macierewicz, wciągając Cieszewskiego w swoje gry polityczne (a przecież ZP to jest w rękach Macierewicza wyłącznie instrument politycznego nacisku na rząd, a nie żadnego badania tragedii polskiej delegacji), zapewnił tym samym „twarde lądowanie” Cieszewskiemu, ponieważ to był dopiero początek awantury wokół tego naukowca rozpętanej przez media szkoły Michnika, awantury, która dotarła nawet do amerykańskiej uczelni, na której Cieszewski pracował. Macierewicz klasycznie wystawił Cieszewskiego.  

 

Jakie w Twojej ocenie były najważniejsze referaty i opracowania na II KS?

Oprócz tych wspomnianych wyżej, kapitalna była analiza „dźwięku uderzenia w drzewo” przeprowadzona przez prof. A. Gruszczyńską-Ziółkowską. Analiza ta pokazała, jak skoncentrowanie się na jednym detalu oficjalnej narracji pozwala wykazać fałszywość tejże narracji i/lub fałszywość materiału dowodowego (ściślej: przedstawianego oficjalnie jako dowodowy, bo czy on jest dowodowy, to osobna sprawa – do dziś wszak polska strona nie ma oryginałów zapisów CVR, ale jak wiemy, mało kogo to martwi). Wykład dr. J. S. Wiśniowskiego związanego z Wojskowym Centrum Geograficznym też był intrygujący (nawiasem mówiąc, docenił ten wykład nawet Lasek, chwaląc Wiśniowskiego w mediach) – zwłaszcza w jednym aspekcie, takim, że teledetekcyjna analiza dokonana przez zespół, któremu przewodniczył Wiśniowski, analiza (obszaru Siewiernego) wykonana jesienią 2010, została utajniona. Informację o takim utajnieniu otrzymujemy wprawdzie trzy i pół roku po „katastrofie”, właśnie na październikowej (2013) konferencji, pytanie zatem, kiedy taka analiza (i przez kogo) zostanie odtajniona:). No ale ja na to pytanie nie znam odpowiedzi.

Bez wątpienia również wystąpienia pp. M. Wassermann i S. Zagrodzkiego były czymś, co wnosiło nową jakość, ponieważ dotyczyły oficjalnej dokumentacji medyczno-sądowej sporządzanej przez ruską i polską stronę. Niestety, referat Zagrodzkiego został zakończony awanturą wokół sprawy pokazywania drastycznych zdjęć i tematyka stanu ciał po „katastrofie” nie została należycie podjęta na II KS – tak więc znowu wątkiem wiodącym podczas październikowej konferencji okazała się (jałowa w gruncie rzeczy, jeśli części „wraku” nie zostały poddane kryminalistycznej analizie w Polsce i nie wiadomo, czy kiedykolwiek do niej zostaną przewiezione) problematyka zniszczeń fragmentów samolotu i – co oczywiste – hipoteza z „eksplozją w przestworzach”. W tym więc względzie II KS stanowiła kontynuację I KS.   

 

Jak oceniasz rolę ustaleń prof. Ch. Cieszewskiego i ich historię? (sam analizowałeś wcześniej na swoim blogu jego zdjęcia satelitarne) 

Cieszewski przeszedł prawie niezauważony na I KS pewnie dlatego, że miał wystąpienia po angielsku i nie zajmował się „niszczeniem tupolewa w wyniku wybuchów” (bo przecież dla mediów należących do szkoły Macierewicza, tylko ten temat I KS był istotny i tylko ten nagłaśniały) – choć już wtedy Cieszewski przedstawiał dwa wątki swoich badań: dziwny śnieg na pobojowisku w „miejscu katastrofy” na zdjęciu satelitarnym z 5-04-2010 oraz kwestię zniszczeń samej brzozy, wskazujących, iż nie zaszły one w sposób dynamiczny (gdyby zaszły dynamicznie, a więc np. w wyniku zderzenia się z brzozą samolotu, widać byłoby na drewnie np. świeże soki po uszkodzeniu). Wątek brzozy, jako eksploatowany do granic niemożliwości przez dendrologów zarówno od hipotezy wypadkowej (przypomnijmy sobie, jak wiele – chyba należałoby liczyć w tysiącach – prac napisano na temat, pod jakim kątem tupolew uderzył w brzozę i co się potem stało; ileż ścisłych umysłów przeprowadziło drobiazgowych wyliczeń, ile pięknych wzorów nam pokazano na przebieg całego zderzenia), jak i tych od „eksplozji w przestworzach”, nie interesował mnie specjalnie, natomiast analizy teledetekcyjne jak najbardziej.

 

To, na co zwracał uwagę Cieszewski, a propos zdjęć satelitarnych Siewiernego, to była wyjątkowa aktywność obserwacyjna, teledetekcyjna, jeśli chodzi o kwiecień 2010 i o to „nieczynne” smoleńskie północne lotnisko – aktywność nie tylko w okresie „po katastrofie”, lecz także w dniach przed. Pisałem obszernie o tym w Topologii smoleńskiej (2), więc odsyłam zainteresowanych do lektury uzupełniającej (tu do znalezienia:http://freeyourmind.salon24.pl/393348,komplet). Drugą sprawą sygnalizowaną przez Cieszewskiego (już na I KS), było to, iż zdjęcie sat. z 9-04-2010 (przynajmniej to, do którego on miał dostęp) nie obejmuje wschodniej części Siewiernego, a więc i polanki samosiejek. Trzecią, że na fotografiach wykonanych „po katastrofie” nie widać buldożerów, koparek, dźwigów i innego ciężkiego sprzętu pokazywanego w mediach z okresu „sprzątania wrakowiska”.

Jeśli chodzi o „historię” wystąpień Cieszewskiego, to już chyba ten wątek wcześniej omówiliśmy, więc nie będę go ciągnął. Natomiast rola odkryć Cieszewskiego, podkreślę, jest olbrzymia, lecz zapewne z tego właśnie powodu tak skrupulatnie pomniejszana lub przemilczana przez „wypadkowców” i „wybuchowców” – kładą bowiem one (odkrycia Cieszewskiego) kres obu tym hipotezom, jak też wymagają rewizji i badań, i śledztwa, gdyż wskazują na nieprawdopodobną wprost skalę oszustwa, jakie towarzyszy temu, co zostało nazwane „katastrofą smoleńską”.

 

Czy mógłbyś zinterpretować nagonkę medialną na ZP (sprawa prof. Rońdy) i rolę prof. Kleibera przed II KS? Jak to widzisz? – w tych sprawach w ogóle się chyba nie wypowiadałeś…

Nie wiem, czy pamiętasz, ale to prof. Rońda miał zrazu otwierać II KS (http://wpolityce.pl/artykuly/65091-ii-konferencja-smolenska-przedstawiamy-szczegolowy-program-dwudniowego-spotkania-ekspertow-w-warszawie). To taka ciekawostka na początek mojej odpowiedzi. Nie znam ani jednego, ani drugiego z naukowców, ale kiedyś (w owym gorącym okresie) rozmawiałem na temat prof. Rońdy ze znajomymi, którzy byli tego zdania, jakie pojawiło się w mediach, tzn. że Rońda nie powinien był blefować/oszukiwać/kłamać etc. występując publicznie i dyskutując z dziennikarzem. Z pozoru takie postawienie sprawy wydaje się całkiem słuszne, odpowiedziałem, wszak ethos naukowca ewidentnie kłóci się z jakąkolwiek formą głoszenia nieprawdy. Ale:).

Ale to nie jest wcale właściwe postawienie sprawy (abstrahuję od samego Rońdy w tym miejscu, chcę powiedzieć coś ogólniejszej natury). W przypadku 10 Kwietnia mamy przecież do czynienia z wszechogarniającym kłamstwem, oszustwem, blefem, a nawet oficjalnym, instytucjonalnym poświadczaniem nieprawdy – mamy sfałszowane dokumenty medyczne, mamy sfałszowane dokumenty wojskowe, mamy sfałszowane ekspertyzy, sfałszowane stenogramy etc. nie licząc multum fałszywych informacji, spekulacji, wizualizacji etc., które przewalały się przez media od pierwszych godzin po ogłoszeniu „katastrofy” i co rusz powracają do dziś. Tak więc w przestrzeni publicznej panuje „wolna amerykanka” i ja się wcale nie dziwię, że Rońda nieco sfaulował zawodnika, którego spotkał na boisku. Ileż to dziennikarze wypisywali na temat naukowców w ogóle ośmielających się brać za temat „Smoleńska” w inny sposób niż by to nakazywała Czerska Prawda? Czy więc naukowcy nie mają prawa czasem odwinąć się na odlew dziennikarzom? A nawet politykom, którzy kłamią bez mrugnięcia okiem do kamer? Ależ jak najbardziej. I nawet powinni naukowcy iść na udry z dziennikarzami i politykami – bo to naukowcy (obok duchowieństwa i ludzi sztuki) stanowią elitę intelektualną narodu (a nie pożałowania godni politycy czy podporządkowani im żurnaliści). Tylko że naukowcy obudzili się dopiero długo ponad rok po fakcie. I KS była spóźniona o rok – należało takimi badaniami się zająć już w pierwszych miesiącach po „katastrofie”.  

Natomiast prof. Kleiber miał jeden intrygujący pomysł – tj. aby na dyskusję w PAN-ie, oprócz strony KBWLLP i ZP, zaprosić też jakąś „trzecią stronę, jak się wyrażał w mediach. Kogo jednak miał na myśli, nigdy nie sprecyzował, a przynajmniej ja nie słyszałem takiego dookreślenia. Czyżby zwolenników całkowitej rewizji śledztwa, kwestionujących zaistnienie lotniczego zdarzenia na Siewiernym z udziałem „prezydenckiego tupolewa”? Jeśli tak, to cała sprawa mogła zostać spalona na panewce właśnie z tego względu. Zrobiono więc w mediach dym wokół ekspertów ZP i samego Rońdy, od którego (w klasycznym już swoim stylu) natychmiast odcięła się szkoła Macierewicza jak od trędowatego – ale w ten sposób nie dopuszczono do otwartej dyskusji z udziałem naukowców, którzy zadaliby kłopotliwe pytania i przedstawicielom KBWLLP, i ZP. Może tu jest pies pogrzebany?

Całkiem niedawno (27 listopada 2013) do sprawy ekspertów ZP i samego Rońdy powrócił prof. A. Zoll, którego do tej pory nie kojarzyłem z kręgiem osób zajmujących się katastrofami lotniczymi, w rozmowie z wybitną znawczynią katastrof, red. A. Kublik (http://wyborcza.pl/1,75478,15029882,Prof__Zoll__Czas_odrzucic_moralny_szantaz_Macierewicza.html#MT). Jak możemy się domyśleć (warto wywiad poczytać), Zoll ubolewał nad działalnością „naukowców smoleńskich”, nad „blefami i kłamstwami szkodzącymi polskiej nauce”, ale słowem się nie zająknął, jako profesor nauk prawnych, na temat prawnych podstaw „badań smoleńskich” i prawnych podstaw powołania „komisji Millera”, dajmy na to, choć to temat-rzeka, chciałoby się rzec, właśnie dla prawnika. W tej zaś materii mógłby Zoll powiedzieć o wiele więcej aniżeli na temat zasadności takich czy innych podejść w katastrofologii. Oczywiście Kublikowej też nie przyszło do głowy, by o takie kwestie Zolla zapytać.

Do tego portretu warto dorzucić jeszcze jeden – także profesora nauk prawnych. Oto odchodząca ze stanowiska ministra nauki i szkolnictwa wyższego prof. B. Kudrycka wpadła na kongenialny pomysł unieważniania w pewnych przypadkach tytułów naukowych, a ściślej, tytułu profesorskiego (http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-kontrowersyjny-pomysl-kudryckiej-na-pozegnanie-z-resortem,nId,1064205). Chodzi o odbieranie tytułu osobie, która po prostu była nierzetelna – wyjaśnia K. Melcer (por. teżhttp://www.naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,392656,nowy-rzecznik-resortu-nauki.html), który wprawdzie jeszcze nie ma tytułu profesora, lecz na pewno wie, jak odróżnić rzetelnego profesora od nierzetelnego – wedle jakiego klucza. Zwłaszcza na jakich podstawach prawnych. Pomysł ten jest jednak nieco spóźniony, należało go zastosować już w 1989 r. unieważniając prace habilitacyjne, doktorskie i magisterskie pisane z (pseudonauki) marksizmu-leninizmu – co na pewno ożywiłoby sytuację na dziesiątkach polskich uczelni w III RP, gdzie najrozmaitsze peerelowskie sitwy przetrwały rozmaite „burze i napory” w stopniu nienaruszonym. I znakomicie miewają się do dziś.

 

Ale chyba nie o to chodziło Kudryckiej. Więc może o pseudonaukę jaką jest psychoanaliza (tę ocenę podzielam za prof. K. Popperem) albo tak popularne obecnie gender studies? Czy też celem zmian legislacyjnych jest zwalczanie nierzetelności w postaci kwestionowania wiarygodności np. „raportu MAK”? Tak czy tak trzeba przyznać Kudryckiej, że odchodzi w wielkim stylu – choć ta proponowana przez nią poprawka ma nikłe szanse powodzenia w środowisku akademickim. Pytanie tylko, czy na to kongenialne rozwiązanie wpadła Kudrycka tak sama z siebie, czy też pomysł podsunął jakiś polityk w stopniu jakiegoś magistra (ciekawe z jakiej dziedziny i z jakiej problematyki) chcący sobie „pomajstrować przy nauce”? Od razu jednak, gdy poczytałem o tym pomyśle, nasunęła mi się analogia z dekadami komunizmu, kiedy pepeerowcy, a potem pezetpeerowcy wywalali ludzi z profesorskimi tytułami z uczelni za niewłaściwe poglądy. Nierzetelne zwłaszcza w stosunku do marksizmu-leninizmu i do bieżącej linii Partii. Czy o taki ideał chodziło Kudryckiej?

 

Jak oceniasz przyczyny jednoznacznego odcięcia się grona naukowców od ZP na II KS? 

Może to odcięcie się nie było aż tak jednoznaczne, wszak konferencję podsumowywał nagrodzony oklaskami szef ZP:). Raczej chodziło, sądzę (w tym deklarowaniu się naukowców, iż II KS nie jest organizowana przez „komisję Macierewicza”), o to, że nadwiślańskie media z iście maniackim uporem tak przedstawiały II KS, a więc jako konferencję „naukowców Macierewicza” – co na pewno nie każdemu z występujących na niej mogło/musiało się podobać (taka stygmatyzacja wszak ciągnie się potem w życiorysie zawodowym).

Gdyby jednak chciano urządzić otwartą debatę wokół dokumentacji związanej z „katastrofą smoleńską” – no bo tak należy ujmować sytuację, w jakiej się znajdujemy: analizujemy dokumentację, nie mamy zaś dostępu do materiałów dowodowych – to zaproszono by chociaż prof. M. Dakowskiego, który zgłaszał się w ub. roku ze swym referatem na I KS, zaprosić do uczestnictwa w organizowaniu konferencji i do wzięcia w niej udziału z jakimś wystąpieniem. Ale Dakowski pewnie zacząłby stawiać publicznie za dużo trudnych pytań i atmosfera jednomyślności panującej wśród badaczy (przekonanych, że jeśli nie wypadek to „eksplozja w przestworzach”) mogłaby na tym bardzo ucierpieć. Jestem zresztą przekonany, że Dakowski podjąłby zaraz wątki przedstawiane przez Cieszewskiego, zaś gdyby Dakowskiego wziął do studia telewizyjnego jakiś kulturoznawca, jak ten dansingbubek z Polsat News, to Dakowski pogoniłby mu w dyskusji przed kamerą takiego kota, że gość nie wiedziałby jak się nazywa (Cieszewski i tak łagodnie i zgoła po dżentelmeńsku się obszedł z tym żurnalistą:http://www.youtube.com/watch?v=UmAOo1kS8CU).

 

Jak oceniasz szanse naukowców na rozwój badań smoleńskich – czy będą chcieli i czy będą mogli wyjść poza rządową narrację?

Wydaje mi się, że teraz czeka nas decydujący ruch ze strony NPW, na który zwracałem swego czasu uwagę w Wizji lokalnej (3) (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2013/06/FYM-WL3.pdf, por. komunikat NPW podany pod koniec czerwca 2013, s. 29). Jeśli biegli współpracujący z NPW stwierdzą z całą powagą, że smoleńska brzoza została zniszczona przez tupolewa 10 Kwietnia i że w drzewie tkwią kawałki polskiego Tu-154M 101, to będzie to jednoznaczny sygnał, iż zachodzi swoiste „zamknięcie tematu” i zarazem „zatrzaśnięcie wieka historii” – tj. że do wierzenia przekazuje się „szaremu człowiekowi”, załganą do niemożliwości moskiewską wersję losów Delegatów jako obowiązującą, usankcjonowaną prawnie i instytucjonalnie. Jeśli (przy takim rozwoju zdarzeń, a więc i wtedy rychłym umorzeniu śledztwa, być może w dn. 10-04-2014) nie nastąpi jakiś wyciek w postaci publikacji utajnianych dokumentów, zdjęć, filmów, ekspertyz, nagrań, zobrazowań radarowych etc. – to może nastąpić okres „zamrożenia sprawy” i udawania przez wiele zainteresowanych stron, że „Polacy nic się nie stało”. I brania nas (mam na myśli osoby żywo zainteresowane wyjaśnieniem tragedii Delegatów, a nie sposobu uszkodzenia fragmentów wraku pokazanych na zdjęciach z Siewiernego) na przeczekanie.

Może jednak zajść coś, co sprawi, iż oficjalna narracja przestanie być moskiewska. Wiele tu zależy od samych ludzi. Na przykład od oficerów i żołnierzy eks-36 SPLT, którzy kiedyś mieli zakaz wypowiadania się do mediów, a którzy wiedzą dużo więcej niż powiedzieli. Od osób pracujących w IES-ie. Od osób, które dokonywały ekspertyzy „filmiku Koli” dla NPW, od osób pilnujących rozmaitych depozytów z materiałami dowodowymi. I tak dalej.

 

Jak oceniasz szanse hipotez inscenizacyjnych: w ich przebiciu się do szerszej świadomości społecznej, w znalezieniu się tego nurtu w oficjalnych badaniach, w prokuratorskim śledztwie? 

Nie wiem, czy myślenie w kategoriach „przebijania się do świadomości społecznej” jest właściwe. Albo inaczej: skąd Twoja pewność, że „hipotezy inscenizacyjne”, jak to nazywasz, się nie przebiły do tej pory? Ja jestem przekonany, że się właśnie przebiły, lecz istota rzeczy polega na tym, że „dopóki nie ogłosi tego pan/pani w telewizji”, dopóty nie ma to statusu oficjalnej wersji zdarzeń. Tak działa „magia telewizji” (jeszcze od czasów peerelu). Oczywiście do tego stanu rzeczy, jeśli chodzi o 10-04, przyczyniły się media mainstreamowe – te prorządowe i te antyrządowe, które współzgodnie utrwaliły dogmatykę smoleńską, niemal całkowicie przemilczając, ewentualnie spychając na margines, ośmieszając lub łącząc z ruską agenturą (to już patent stygmatyzowania stosowanego przez szkołę Macierewicza, której wcale nie przeszkadza korzystanie z ruskich źródeł i to nawet z takich źródeł jak FSB) wszelkie próby kwestionowania „zdarzenia lotniczego na XUBS z 10-04”.

Powiem teraz trochę jak belfer od medioznawstwa, ale już w drugiej połowie lat 40. odkryto funkcję mediów polegającą na nadawaniu statusu (osobom, instytucjom, wydarzeniom, opiniom etc.). Funkcja ta polega przede wszystkim na tym, iż to, co jest podawane w mediach, traktowane jest przez odbiorców jako ważne – a to, czego nie ma w mediach, jako nieważne. Jeśli Ty sobie złamiesz rękę, to ekipa TVP/TVN itd. nie przyjedzie Cię filmować, ale jeśli złamie sobie rękę premier lub prezydent, to na pewno zainteresuje się tym TVP/TVN. Jeśli jednak pokazano by Ciebie w telewizji w wiadomościach z jakiegoś powodu, to widzowie automatycznie potraktowaliby to, jako coś ważnego (skoro zainteresowały się tym media) – bo np. kogoś uratowałaś, albo popełniłaś jakieś przestępstwo, albo odniosłaś jakiś niezwykły sukces i stąd „jesteś w TV” itd. Oczywiście, gdyby to było prawdą (że media nagłaśniają sprawy ważne i że to, co nagłaśniają media, to sprawy ważne), to moglibyśmy spać spokojnie, czekając aż żurnaliści dorwą się do jakiegoś gorącego tematu i prześwietlą go na wylot.

Niestety, dziennikarze, ludzie mediów, funkcjonariusze medialni, redaktorzy prowadzący etc. nad Wisłą, doskonale wiedząc (uczą się tego na studiach), że media mogą właśnie nadawać status, wykorzystują z premedytacją ten potencjał mediów do wyolbrzymiania rzeczy błahych (tu masz gigantyczną ilość plotek i pogłosek w mediach każdego dnia – zwłaszcza na portalach informacyjnych, które są obecnie podstawowym źródłem newsów dla przeciętnego zjadacza chleba), a pomijania rzeczy naprawdę ważnych. Zapycha się odbiorcom dzień szumem medialnym i śmieciami newsowymi – by ci ludzie „nie zawracali sobie głowy” sprawami istotnymi. Ten proces równoczesnego wyolbrzymiania/pomijania pewnych aspektów rzeczywistości można obserwować wszędzie – od łamów Czerskiej Prawdy i Rzepy po łamy Naszego Dziennika – wszędzie, podkreślam, bez wyjątku. Różnica jest może w skali – gigantyczną (i właściwie nie do strawienia w ciągu dnia) ilość śmieciowych wiadomości znajdziesz na informacyjnych portalach najbardziej „obleganych” przez odbiorców (te śmieciowe newsy są też po to, by podnosić klikalność strony, co przekłada się na zainteresowanie reklamodawców daną stroną).

Poza tym musimy pamiętać, że dziennikarze tych czy tamtych mediów są zaangażowani politycznie (nie kryją się z tym szczególnie), co przekłada się nie tylko na sposób „widzenia świata” (zgodny z daną szkołą medialną – Michnika, Macierewicza etc.) – ale również na rutynę nadawania statusu. To, co jest dla danego medium ważne, podlega podwójnej korekcie w ramach tzw. polityki redakcyjnej – 1) „dajemy to”, bo to ważne z punktu widzenia naszego środowiska politycznego i 2) jest to ważne, o ile nie szkodzi naszemu środowisku politycznemu. Jeśli szkodzi, trzeba to bagatelizować, przemilczać, wyszydzać, deprecjonować, mieszać z błotem itd. Te mechanizmy działają po obu stronach pozornej barykady (między środowiskami rządowymi a opozycyjnymi) – dzięki temu tak szczelna jest blokada obejmująca „hipotezy inscenizacyjne”. Na szczęście nie wydaje mi się, by o wszystkim mogły decydować te właśnie środowiska. Sprawa 10-04 ma charakter międzynarodowy i zapewne dopiero na tym poziomie zostanie rozstrzygnięta kwestia, co i kiedy „ujawniać dalej”. Także jeśli chodzi o tragiczne losy Delegatów.    


2. Twój krąg badań:

Wiele ostatnich tygodni spędziłeś na analizach danych zapisanych w rejestratorach. Po raz pierwszy to Ty właśnie porównałeś równocześnie wszystkie 3 stenogramy ścieżek dźwiękowych rozmów w kokpicie (CVR 1-3), FMS, zająłeś się również – jako pierwszy – korespondencją wieży smoleńskiej z załogą Ił-76 i pokazałeś wagę tych rozmów w zakresie możliwości porównania ich z korespondencją, jaką kontrolerzy prowadzili z Jakiem-40 i z załogą Tu-154. 

Jak przedstawia się Twoja ocena tego materiału? Na czym polega odmienność pytań, które Ty postawiłeś, w porównaniu z metodami zastosowanymi przez MAK i KBWLLP? Jak oceniasz wiarygodność tej grupy materiałów? Gdzie leżą podstawowe wątpliwości?

 

Trudno tu właściwie podejmować wątek wiarygodności, bo poruszamy się po bardzo zabagnionym terenie (nie mam na myśli polanki samosiejek, a sferę badań). Zacząłbym od tego, że podstawową cechą oficjalnej dokumentacji „smoleńsko-powypadkowej” jest jej niejednorodność, a dokładniej niespójność. Te wszystkie dokumenty na różnych poziomach nie są koherentne ani zewnętrznie (względem siebie), ani wewnętrznie (same w sobie). Nie chodzi tu w żadnym wypadku o „przesunięcia czasowe”, czyli że w jednym dokumencie jest inny moment jakiegoś zdarzenia, a w drugim inny. To są drobiazgi, które katastrofologiczni badacze zbywają wzruszeniem ramion. Jak się coś komuś nie zgadza (gdy czyta o czymś w jednym dokumencie i porównuje z odpowiednim miejscem w drugiej bumadze), to trzeba dodać ileś sekund lub odjąć i będzie się zgadzało, wyjaśniają ze spokojem. W ten zaś sposób w analizie krytycznej nie można ich złapać za rękę, bo zawsze mogą stwierdzić, że źle coś dodaliśmy albo źle odjęliśmy, albo nie podstawiliśmy do właściwego wzoru, albo też błędnie przeliczyliśmy jakieś parametry, albo nie uwzględniliśmy jeszcze jakiejś danej. Albo się po prostu nie znamy.

Chodzi więc o poważne rozbieżności w ustaleniach, wypowiedziach (przypisywanych załodze lub „kontrolerom”), danych rejestratorów, danych urządzeń pokładowych, chronologii, przebiegu poszczególnych zdarzeń, w odczytach itd. Tego jest tak wiele, że można dostać kręćka. Jednocześnie masz w tej dokumentacji niezmierzone wprost połacie autentycznej makulatury – tj. kitowania, słowotoku, zapychania watą stronic papieru (skandalem jest, że w dokumentacji KBWLLP ani ruskie bumagi włączone w oryginalnym zapisie, ani amerykańskie raporty UASC nie są przetłumaczone i dokładnie omówione), że o pseudoanalizach z gatunku „psychologii lotniczej” (tu raczej parapsychologii, bo badacze odtwarzają stany świadomości członków załogi „sprzed katastrofy”) nie wspomnę. Ma to odstraszać potencjalnego czytelnika od zagłębiania się w to, co jest podane w „raportach” i/lub „załącznikach”, tak by nie zostało dostrzeżone to, czego faktycznie brakuje. Zniechęcony do lektury czytelnik nie będzie zwracał uwagi na poważne braki w dokumentacji, gdyż i tak będzie mu się ona wydawała „za obszerna”). Katastrofologom na tym właśnie zależy, byśmy machnęli ręką i zajęli się własnymi sprawami, bo czas działa poniekąd na korzyść oficjalnej narracji. Idzie o to wszak, by sprawa tragedii polskiej delegacji uległa przedawnieniu i stopniowemu zapomnieniu.

Tymczasem (wymagająca wielkiej cierpliwości i wytrwałości) drobiazgowa analiza oficjalnej dokumentacji (do której to analizy zachęcałbym także innych blogerów) pozwala odkryć „białe plamy” w bumagach. Prosty przykład z dwiema kartami podejścia na Siewiernyj, którymi miały dysponować załogi 36 SPLT, a więc i załoga PLF 101. Nigdzie w oficjalnej dokumentacji nie zostały one obie opublikowane, jakimś niezwykłym zaś zbiegiem okoliczności, a może nieprzypadkowo, pojawiły się tylko na stronie rządowej telewizji pod lipcowym (2010) wywiadem z R. Musiem (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/dostalismy-zgode-na-50-metrow-tu-154-i-il-tez,138702.html). A i tak przeszły bez echa. Publikowano wyłącznie jedną kartę (a i tę chyba skonstruowaną już na potrzeby „MAK-u” w związku z 10-04) obrazującą schematycznie wschodnie podejście na XUBS (kursem 259). W oficjalnej narracji zapewniano nas, że od zachodu nie można było lądować i nie dało się lądować, mimo że 10 Kwietnia lądowały od zachodu w godzinach popołudniowych (lokalnego czasu) różne samoloty. W związku z tym „zniknięto” w oficjalnym przekazie kartę podejścia dostarczającą danych przy zachodnim kierunku lądowania (KM 79, 81 etc.).

Gdyby brak dwóch kart podejścia był wyłącznie w ruskiej bumadze zwanej „raportem MAK”, to jeszcze można by to potraktować jako typowy wypadek przy pracy moskiewskich uczonych, którym wiele materiałów, zapisów, urządzeń itd. zwyczajnie „poginęło” po drodze do „wniosków badawczych”. Tych dwóch kart nie opublikowano jednak również ani w polskich Uwagach, ani w „raporcie Millera” (z załącznikami), ani w „raportach Macierewicza”. Nie ma tych kart w książkach „śledczo-badawczych” ani w żadnym filmie „smoleńskim”. Nie pojawiły się w czasopismach wojskowych, które „analizowały przebieg i przyczyny katastrofy prezydenckiego tupolewa”. Jeśli to przypadek, to ja jestem święty turecki. Przyznać trzeba, że zatajenie istnienia tych kart to rzecz nie tyle kuriozalna, co wołająca o pomstę do nieba, w sytuacji, w której mjr A. Protasiuk miał Plusninowi zgłosić o godz. 8:23 (wg ofic. danych), że zniżają się na priwod, tj. na dalszą prowadzącą radiolatarnię Siewiernego, a w FMS-ie miał być wklepany po ASKIL punkt DRL1 oznaczający dalszą zachodnią NDB (http://freeyourmind.salon24.pl/546341,raport-problem-danych-fms-a-plf-101). Zachodnią, powtarzam. Mamy o tym informację i w raporcie UASC dot. FMS-a, i w „raporcie MAK”, który wybiórczo do amerykańskiego opracowania podchodzi, i w dokumentacji KBWLLP.

 

W ten sposób nawet przez ułamek sekundy w tej oficjalnej narracji i w oficjalnych omówieniach tego, co się miało dziać 10-04 z „prezydenckim tupolewem” w okolicach Siewiernego, nie pojawił się wątek możliwego podejścia PLF 101 na to lotnisko właśnie od zachodu i właśnie tylko po to, by dokonać rekonesansowego zajścia do wysokości decyzji – i odejścia na „zapasowe”. Tak – całkiem racjonalnie – mogłaby postąpić polska załoga, jeśli ani mińska kontrola obszaru, ani potem moskiewska, nie poleciłyby jej skierować się od razu na lotnisko zapasowe (zamiast udawać się do Smoleńska). Protasiuk informuje zresztą parę minut po rozmowie z Plusninem, bo o godz. 8:26: Spróbujemy podejść, zrobimy jedno zajście, ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. (I dodaje po chwili: Możemy pół godziny powisieć i odlecieć na zapasowe – dopuszcza zatem możliwość wykonywania holdingu na kręgu nadlotniskowym.). Pisałem już o tym w notce Priwod (http://freeyourmind.salon24.pl/541428,priwod), lecz powtórzę: załodze PLF 101 Plusnin nie podaje w żadnej ze swych wypowiedzi kursu podejścia 259, zaś kwestią tego, którą dalszą NDB ma na myśli Protasiuk też się Plusnin w ogóle nie interesuje. Ciekawe, prawda? Z kolei polska załoga nie komunikuje „kontrolerom” smoleńskim, że chce dokonać lądowania (nie padają wyrażenia posadka, posadocznyj, zachod s posadkoj itd. – które pojawiają się w korespondencji „Frołowa” z XUBS i „Wosztyla”).

Istniało zatem całkiem sporo przesłanek do wzięcia pod uwagę wariantu z „zachodnim zajściem”, zostały one jednak skrzętnie przemilczane, bo przy założeniu z zachodnim zajściem ciężko byłoby taki scenariusz pogodzić ze schematem rozkładu szczątków za murem Siewiernego po wschodniej stronie. Jak może pamiętasz, G. Kwaśniewski, kierowca amb. J. Bahra, relacjonował w prokuraturze (http://polska.newsweek.pl/smolensk–nieznana-relacja-oficera-bor,68588,1,1.html), iż Ruscy stwierdzili zrazu, że „tutka przejechała pas” i pognano autami w okolice… ogrodzenia lotniska po wschodniej stronie:

Mgła ma to do siebie, że trochę tłumi dźwięki. My nic nie słyszymy, ale oni się dziwnie zachowują, więc szybko wracam do samochodu. „Panie ambasadorze, coś jest nie tak”. Jak dojechaliśmy do Rosjan, oni już odjeżdżali. „Co jest?” ”” krzyczę. „Tutka przejechała pas!”. Tak powiedzieli ”” przejechała pas. Znaczy ”” nie wyhamowała. Ruszyli wzdłuż lotniska, na koniec pasa, my za nimi. W pewnym momencie zatrzymali się. Powiedzieli, że teren grząski i zawrócili. Ale skoro „tutka” przejechała pas, to musi tam być! Jakoś docieramy do końca pasa. Muszą być ślady kół. Przejechaliśmy z 50 metrów po trawie. Nie ma nic, żadnego śladu. Zawracamy, wyjeżdżamy z lotniska na drogę. Tam widzimy jakby dywan ze ścinków drzewnych, mnóstwo kawałków drewna. Cała jezdnia nimi usłana. Widzimy stojących nieruchomo Rosjan. Stoją jak wryci i wpatrują się w niebo. Potem dowiedzieliśmy się, że chwilę wcześniej tuż nad ich głowami, nad jezdnią przeleciał samolot.

W celu uzupełnienia dodam relację P. Kraśki, który zapewne widział to z okna hotelu, bo wspomina o limuzynach (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/oko-zaby-4.html):

Wozy strażackie skręcały pod stację benzynową i płot z tyłu lotniska. Do pasa startowego był stąd kilometr, do głównej bramy następne dwa. Dlaczego przyjechała tu straż? Zobaczyliśmy limuzyny, które miały przewieźć delegację spod samolotu do Katynia. Też skręciły pod płot, po czym zawróciły w stronę centrum miasta. Pobiegliśmy do wyjścia.

Nawiasem mówiąc, to pytanie Kraśki: dlaczego przyjechała tu straż? – jest niezwykle interesujące. To, co – nic się nie pali, nie widać żadnego pożaru ani choćby dymu (z okna hotelowego), do których zwykle jeździ straż? Por. też relacje rus. milicjantów znalezione przez M. Pyzęhttp://freeyourmind.salon24.pl/471086,fakty-smolenskie-i-warszawskie.   

Wracamy jednak do kwestii dokumentacji i jej „białych plam”. Przykład z kartami podejścia to taki mocno rzucający się w oczy. Bardziej wyrafinowany byłby przykład ze szkoleniami lotniczymi, którym tak wiele w bumagach poświęcono uwagi i miejsca. Niby szkolenia i poprzednie przeloty różnymi statkami powietrznymi, wykonywane przez członków załogi, to ważna rzecz, zwłaszcza jeśli chodzi o pilotów, których oficjalnie posądza się o spowodowanie wypadku lotniczego (CFIT), ale czemu w dokumentacji nie ma analizy żadnych poprzednich lotów do Smoleńska? O najprzeróżniejszych międzynarodowych (i krajowych) trasach i ich przebiegu możemy się dowiedzieć, lecz akurat nie o smoleńskiej. Niesamowite, ale prawdziwe. Protasiuk miał wykonać kilka lotów do Smoleńska – żaden z tych poprzedzających ten z 10-04 nie jest w dokumentacji przeanalizowany. Przypadek? Przeoczenie?

Nie są zamieszczone dane o smoleńskich lotach innych załóg (jak wykonywane były podejścia, jak funkcjonowało lotnisko i jego pomoce nawigacyjne etc.). Nie mamy nawet szczegółowych informacji o locie Tu-154M z 7-04-2010, a przecież w nim także brał udział Protasiuk (brak stenogramów z pracy „wież” na Siewiernym z 7-04, choć ponoć zapisy były; informuje o tym E. Klich w swojej książce)! Mało tego, brak danych z lotu (a ściślej dwóch, bo i z 7-04-, i 10-04) „Wosztyla”. Zapisy CVR wprawdzie się „nadpisały” ponoć w drodze powrotnej: Smoleńsk-Warszawa, ale czy zapisy parametrów lotu nie dałyby się „odzyskać”? Taśm z jaka-40, rejestrujących ponoć korespondencję PLF 101 z XUBS, jak nie było, tak nie ma i lada moment upłyną dwa lata, jak zapowiadano ich przełomowe dla śledztwa opublikowanie (http://niezalezna.pl/22682-tajemnica-czarnej-skrzynki-jaka-40).

I to jeszcze nie koniec – wszak do badań „powypadkowych” miała KBWLLP wykorzystywać (niekoniecznie w takich celach, jak te zaprezentowane na tupolewie przez słowackich pilotów:http://www.youtube.com/watch?v=HlVnx1sfkhI) tutkę o numerze bocznym 102 (kwestię obu tupolewów i ich kokpitów niedawno przypomniałem w notce:http://freeyourmind.salon24.pl/549943,iluzja). Czy nie można było również z urządzeń 102-ki zaczerpnąć nieco danych na temat działania FMS-a i TAWS-a (http://www.wprost.pl/ar/231114/Tupolew-102-nie-poleci-przez-TAWS/) i opisać je w raporcie lub załącznikach, skoro ten właśnie samolot brać miał udział w lotach tupolewów do Smoleńska w 2008 r. (zgodnie z tym, co twierdził M. Wierzchowski:http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska)?

Przypomnę tę wypowiedź z posiedzenia ZP (grudzień 2010):

 

MW: Dwa lata wcześniej ja przyleciałem, bo wtedy były dwa tupolewy… które, które przyleciały na te uroczystości… W jednym była delegacja oficjalna, a w drugim były Rodziny Katyńskie i… wtedy tak naprawdę nasz, yyy, przynajmniej mój udział… w obecności na tym lotnisku wyglądał następu… Ten samolot wylądował, yyy, bo one się minęły w powietrzu. Najpierw wylądował samolot z Rodzinami, wysiedliśmy, one wsiadły do autokarów, oczekiwały. Potem przyleciał… wylądował drugi samolot z p. Prezydentem. Wsiedliśmy do autokarów i po prostu pojechaliśmy na uroczystości.  

(Posłanka): Na Siewiernym?

MW: Tak, tak, tak, tak. To… było to samo lotnisko i… wysiedliśmy z samolotu, wsiedliśmy do autokarów i różnica to była dziesięciu minut, tak? Powiedzmy, piętnastu. Ląduje samolot, drugi już robi sobie… gdzieś podejście do, do, do lądowania, ląduje, podjeżdżają s…, on kołuje na, na miejsce postojowe, podjeżdżają schody, delegacja wysiada, p. Prezydent jest witany. Wsiadamy w kolumnę i po prostu udajemy się na uroczystości na cmentarz.

 

W ogóle zatem loty smoleńskie polskich załóg (i samego Protasiuka) nie stanowią tu (tj. dla „komisji badawczych”, zarówno moskiewskiej, jak i warszawskich) żadnego kontekstu badawczego (!), a przecież na ich tle powinno się analizować „wypadek na Siewiernym” (jeśli do niego by faktycznie doszło) – powinna zatem być zgromadzona cała dokumentacja z wszystkich lotów na XUBS i podane, co jak kto wykonywał przy jakich warunkach etc., by można było dokonać porównawczych ocen. Wspominam o tym w związku z głośnymi tezami o błędach załogi, o błędnych współrzędnych, o błędnych ustawieniach przyrządów (por.http://freeyourmind.salon24.pl/549471,dwie-wysokosci-plf-101-smolenska-wieza-cisnien), o błędnie wklepanej zachodniej NDB, o nieznajomości okolic lotniska, o nieumiejętności ustawienia TAWS-a itd.

 

 

Jedną z ostatnich hipotez, które stawiasz, jest podejrzenie, że Tu-154 mogło próbować podejść rozpoznawczonad Siewiernyj od strony zachodniej. Jak wygląda uzasadnienie tego istotnego domniemania? Co jest takiego w odczytach zapisów rejestratorów, co zwraca na to uwagę?

 

Co innego rejestratory, a co innego „urządzenia pomocnicze”, jak to rozgraniczyła „komisja Laska”, a więc takie jak FMS i TAWS (por.http://faktysmolensk.gov.pl/pytania-i-odpowiedzi). Pewne kwestie związane z Twoimi pytaniami już chwilę temu podałem – teraz powiem nieco inaczej. Opierając się na oficjalnych danych (np. dotyczących fatalnej pogody na XUBS) zakładamy, iż polska załoga postępowałaby racjonalnie. Nie zdecydowałaby się na żadne lądowanie, bo to naraziłoby wszystkich na pokładzie na niebezpieczeństwo. Mogłaby zaś zdecydować się na zajście mające pomóc w ostatecznej ocenie sytuacji.

Przypomnę, że „Moskwa”, gdy załoga zgłasza się w ASKIL (a jest to już jakiś czas po przekazaniu informacji o TWA w Smoleńsku przez „Mińsk”), niczego załodze nie proponuje, tylko wydaje zgodę na zniżanie i podaje częstotliwość „Korsaża”. Samolot ma być jakieś 70 km od docelowego lotniska, więc dla tupolewa to rzut beretem, jeśli chodzi o przelot i jego czas. PLF 101, lecąc z Polski, zbliża się do Smoleńska od zachodu, o czym chyba nawet nie powinienem przypominać. Co zatem byłoby prostszego, jak dokonanie zajścia na XUBS właśnie od zachodu? Czy temu nie miałoby służyć obranie punktu nawigacyjnego DRL1 po ASKIL („dane FMS-a”)? Czy ku temu nie skłaniałaby załogi komenda Plusnina z godz. 8:30 (wg CVR-1): Polski 101, kurs 79? Po co załoga PLF 101 miałaby dokonywać zajścia od wschodu, nie mając zamiaru lądować? Naturalnie, taki wariant kompletnie unieważnia wersję z wypadkiem, do którego miało dojść we mgle i za sprawą zdradzieckiego jaru smoleńskiego po wschodniej stronie. W tym kontekście można wspomnieć o lutowym (2011) wywiadzie, którego Naszemu Dziennikowi udzielił S. Wieriewkin, były zastępca naczelnika portu Moskwa-Wnukowo  (http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/pytajcie-krasnokutskiego-o-katastrofe-ila/), Wieriewkin, powołując się na rozmowę z kimś z Siewiernego, mówił:

10 lat temu do lądowania podchodził na tym samym kursie Ił-76, z tego samego pułku lotniczego. I przed przyziemiem w dolinie położonej w obszarze podejścia nagle pojawiła się gęsta mgła. Samolot rozbił się. Gdy sprawa była badana, okazało się, że gdy w tej dolinie, czy raczej wąwozie, tworzy się gęsta mgła, w tym miejscu powstaje jakby dziura powietrzna. Dziób ostro pochyla się w dół i ciąg silników nie wystarcza, żeby znowu go podnieść. Samolot jeszcze leci, ale powoli jego pęd (siła nośna) gaśnie, maszyna zniża się. I zamiast podnosić się, leci się z coraz większym przyśpieszeniem do ziemi. Po tym dochodzeniu zostało wydane zalecenie, żeby we mgle nie przyjmować samolotów z tego kursu, tylko z przeciwnego.

Co zaś do rejestratorów i danych z nich pochodzących, to – co zrozumiałe – „nie potwierdzają one” podejścia od zachodu. Trudno jednak by to potwierdzały, skoro miały „potwierdzać” podejście PLF 101 od wschodu i zderzenie z brzozą. Polska strona jednak dysponowała tylko rejestratorem ATM-QAR (gdzie i jak znalezionego diabli smoleńskie wiedzą), co do reszty, to oryginały pozostały w rękach Moskwy, Polakom przekazano kopie zapisów parametrów lotu dopiero pod koniec maja 2010. Z kolei dane z tego rejestratora szybkiego dostępu (dla KBWLLP niepodważalne, ma się rozumieć) budzą wiele wątpliwości, które sygnalizowano w blogosferze. Po szczegóły odsyłam do opracowań maxoo, piko, także moich – natomiast tu może wskażę na jeden taki drobiazg, jak „kurs 72”, o którym wspomina o godz. 8:10 nawigator PLF 101 (wg danych CVR-1), a którego parametrów nie znajdziemy wśród danych zarejestrowanych przez ATM-QAR (por. Zał. 4, s. 616 ihttp://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2013/11/gdzie-kurs-721.png). Jeśli więc zapisy rejestratorów miały „dowodzić” podejścia od wschodu, to musiały być zgodnie z tym scenariuszem zmodyfikowane na potrzeby katastrofologii smoleńskiej. Innymi słowy, dane o podejściu od zachodu nie mogły się „zachować”, że tak powiem.

  

Z tym ostatnim problemem wiąże się kwestia następnej Twojej hipotezy:od wschodu mógł nadlatywać dubler polskiej „101”, którego rejestratory zostały – być może – wykorzystane do zbudowania całej narracji makowo-millerowej. Czego brakuje do zweryfikowania prawdziwości tych podejrzeń?

 

To nie jest do końca moja hipoteza – takie rozwiązanie krążyło w blogosferze, choćby A-Tem je zgłaszał. Można je też znaleźć w książce Zbrodnia smoleńska napisanej przez anonimowych fachowców wojskowych, gdzie wprost mówi się o możliwości 1) zmanipulowania danych pochodzących z rejestratorów i także 2) zarejestrowania przez urządzenia pokładowe innego samolotu (vide przedziwne loty tupolewów przed 10-tym Kwietnia na XUBS, o których nadmieniają autorzy) tych parametrów, które potrzebne byłyby do „badań powypadkowych”. Co więcej, nie tylko „ZNE”, ale i piloci analizujący CVR-1 dla Naszego Dziennika wyrażali przekonanie, iż załoga PLF 101 nie zeszłaby poniżej 100 m (http://www.katolickie.media.pl/katyn-1940-2010/druga-tragedia-katynska-2010/1599-piloci-analizuj-sekunda-po-sekundzie-stenogram-rosyjskiego-midzypastwowego-komitetu-lotniczego). Wydaje mi się to przekonanie jak najbardziej uzasadnione. Tak przy okazji, wspominałaś o Rońdzie, a pamiętasz, o co dokładnie wtedy poszło, o co była cała medialna wojna? Rońda miał twierdzić, że istniał jakiś ruski dokument, że polscy piloci nie zeszli poniżej 100 m. Czy zatem burza wokół samego Rońdy nie miała przesłonić tej nieoficjalnej informacji?

Jeśli więc ktoś jednak dokonałby takiego zejścia poniżej wysokości decyzji, przelatując od wschodniej strony – to musiałby być to ktoś, kto właśnie rejestruje dane mające imitować potem dane PLF 101 (które to dane analizowaliby pieczołowicie katastrofolodzy). Zauważmy, że takich dwóch podejść ocierających się o wypadek lotniczy 10 Kwietnia dokonywać ma na Siewiernym… „Frołow” (por. moje analizy w „raporcie” dot. „zapisów z XUBS”). Nie wiemy, ile podejść wykonał „Frołow” ani jak one dokładnie wyglądały (relacje świadków są tu rozbieżne), wiemy jednak na pewno, iż polskiej stronie nie przekazano danych z rejestratorów „Frołowa”, uznając je za „nieprzydatne” do smoleńskich badań „powypadkowych” (vide polskie Uwagi) – co świadczy dobitnie, iż musiały kryć w sobie jakąś część danych o operacji z maskirowką oraz mistyfikacją katastrofy na XUBS. 

Dubler PLF 101 byłby niezbędny 10 Kwietnia z dwóch jeszcze względów. Nie chodzi wyłącznie o „skonstruowanie danych”, które potem stanowiłyby „materiał dowodowy” świadczący o przebiegu wypadku – te bowiem mogły powstawać na dłuższej przestrzeni czasu niż godziny przedpołudniowe w Smoleńsku (w dn. 10-04). Chodzi o cyrk we mgle urządzany w okolicach Siewiernego, który jakoś został uwieczniony w skrajnie sprzecznych ze sobą relacjach świadków, które potem w narracji oficjalnej ujednolicono jako opowieści o jednym zdarzeniu. To zatem, co np. wyczyniał „Frołow”, mogło być potem przypisywane „prezydenckiemu tupolewowi” – jeden ze smoleńskich leśnych dziadków opowiada w filmie A. Gargas 10.04.10 o ruskim transportowcu. Czy jednak tylko „Frołow” odpowiadałby za dublowanie PLF 101, czy zrobiłby to jeszcze jakiś mały, wojskowy samolot, to wciąż kwestia do ustalenia podczas dalszych przesłuchań świadków – mam na myśli zwłaszcza polskich świadków. Tych zeznań szczególnie brakuje od kilku już lat do zrekonstruowania tego, co się działo tamtego dnia na XUBS.  

 

Do czego sprowadza się kwestia możliwości rozstrzygnięcia o oryginalności zapisów FMS (i pozostałych rejestratorów) oraz ocena ustaleń UASC? Jakie są argumenty na rzecz braku ich wiarygodności, jakie są zastrzeżenia? (dyskusja na ten temat na Twoim blogu toczy się jeszcze obecnie)

 

Myślę, że mamy tu różne możliwości – albo 1) urządzenie takie, jak ów FMS faktycznie pochodzi z PLF 101, tylko zostało „zmodyfikowane” przez Rusków (wariant umiarkowany fałszerstwa), albo 2) nie jest to w ogóle FMS należący do PLF 101 tylko od początku do końca spreparowany komputer pokładowy (wariant radykalny fałszerstwa). Obie te możliwości są zgodne z – wydaje mi się całkiem uzasadnionym – założeniem, iż tego rodzaju urządzenie nie mogłoby przetrwać takiego „kosmicznego kataklizmu”, jakiemu miał ulec „prezydencki tupolew”, z kokpitu którego pozostała totalna miazga. Innymi słowy, taki FMS musiałby być wymontowany (oba jego bloki, ten ze stanowiska Protasiuka, i ten ze stanowiska ppłk. R. Grzywny) po „przejęciu samolotu” (10 Kwietnia) przez jakichś fachowców wojskowych i poddany precyzyjnej „obróbce skrawaniem”, jeśli chodzi o bazy danych i zapisy „końcóweczki”. Jeślibyśmy jednak przyjęli taki wariant, że to w ogóle urządzenie ruskie, a jedynie przedstawiane instytucjom i opinii publicznej jako to pochodzące z PLF 101, to zadziwiające jest to, jak niewiele danych się zachowało i jak są one wewnętrznie niezgodne (starałem się to szczegółowo opisać w moim „raporcie” dot. „danych FMS-a”), jak też kłócące się z oficjalną narracją (vide choćby historia z dalszą zachodnią NDB, oznaczoną jako DRL1 i wklepaną do FMS-a).

Jeśli natomiast zaszedłby wariant pierwszy (oryginalne urządzenie, lecz zmodyfikowane w Moskwie), to… mogłoby ono podlegać kolejnej modyfikacji w USA, w Redmont. Amerykanie więc mogliby Ruskom wyciąć numer z „wydobyciem” takich danych, które nie pasują do moskiewskiej legendy, a które rzucają jakieś dodatkowe, delikatne światło na to, jak faktycznie mogłoby wyglądać działanie polskiej załogi w dn. 10-04. Stąd wzięłaby się owa historia DRL1, której Ruscy nie mogliby już „wykasować” po przekazaniu raportu UASC do Moskwy i Warszawy, a jedynie zakłamywać na wszelkie możliwe sposoby, że załoga wprawdzie wklepała dane nieczynnej (a nawet nieistniejącej, jak dowodził niezmordowany doc. Amielin w swej książce, smoleńska forpoczta „MAK-u”) radiolatarni, lecz wcale nad nią wcale nie przelatywała.

To zaś, że dalsza zachodnia radiolatarnia była nieczynna w „raporcie MAK” jest „dowiedzione” za pomocą jednej ruskich depesz lotniczych, NOTAM-ów typu M, które rzekomo tylko na obszarze „Federacji” są rozpowszechniane (por. s. 60), depeszy informującej, że wyłączone są z użytku pomoce nawigacyjne po zachodniej stronie (WPP, czyli „droga startowa”, 08) smoleńskiego Siewiernego, w tym właśnie tamtejsze dwie zachodnie NDB (tu DPRM, BPRM). Jak to jednak u Rusków bywa, gdy zaczynają oficjalnie łgać, to nowymi kłamstwami muszą zastępować stare i w pewnym momencie zaczynają się gubić w zawiłościach swojej własnej czystej fikcji. Nie kto inny wszak jak „Frołow” chce 10 Kwietnia podchodzić od zachodu – co więcej ma on nadlatywać na Siewiernyj (ponoć z Moskwy) od strony południowo-wschodniej (i to nawet w odniesieniu do lotniska Jużnyj), od punktu OGALI, korytarzem, który, jak czytamy w kolejnym NOTAM-ie M na s. 60 „raportu MAK” jest „wyłączony” z eksploatacji (OGALI-SMOLEŃSK, SMOLEŃSK-OGALI). Załoga „Frołowa” więc najwyraźniej nie zna NOTAM-u, który dopiero pojawi się w „raporcie MAK”.

Wracając do FMS-a, to same amerykańskie opracowania niewiele mogą nam tu pomóc (w uzyskaniu odpowiedzi na pytanie o stopień wiarygodności danych tam upublicznionych) – należałoby przede wszystkim przesłuchać (w odpowiednim rygorze – co mam nadzieję, kiedyś nastąpi) te osoby, które miały styczność z FMS-em, dokonywały czynności związanych z ekstrakcją danych, sporządzały dokumentację itd. FMS, jak i TAWS prowokują do wielu pytań, na które – bez przesłuchań świadków – nie uzyskamy odpowiedzi. Wedle moich ustaleń (na ile definitywnych, trudno mi powiedzieć), jedynie mgr inż. Lipiec (ten od paryskiej prezentacji, na której śmiano się z alternatywnych hipotez dotyczących zniszczenia „prezydenckiego tupolewa”) miał brać udział w przekazaniu FMS-a przez Rusków do badań w Redmont. Lipca więc na pewno czeka przesłuchanie kiedyś w tej sprawie przed nadzwyczajną komisją badawczo-śledczą.        

 

W swoich opracowaniach, o których teraz mówimy, zwracasz uwagę na jeszcze inny typ trudności związanych z niemożnością weryfikacją danych otrzymanych ze smoleńskiej wieży kontroli lotów. Chodzi o zarzut dotyczący niemożności zweryfikowania poprawności identyfikowania przez wieżę poszczególnych statków powietrznych i sprawa ta jest jednym z głównych Twoich pytań.

Co jest potrzebne do ustalenia i uzyskania pewności, że kontrolerzy mieli/ lub nie mieli możliwości dokładnej weryfikacji tego co w rejonie Smoleńska latało rankiem 10.04.2010.?

 

Do tego wystarczyłyby zdjęcia satelitarne okolic Siewiernego z godzin przedpołudniowych 10 Kwietnia. Istnieje wprawdzie mgielny zapis z hotelowego parapetu wykonany przez moonwalkera S. Wiśniewskiego, ale trudno na tej podstawie cokolwiek ocenić i określić (nawet datę i godzinę nagrania).

Czy istnieją jakieś inne źródła z 10-04 zrobione przez kogoś będącego w pobliżu smoleńskiego wojskowego lotniska? Wydaje się zupełnie niemożliwe, by takich źródeł nie było – sporej wielkości miasto i osiedla wokół lotniska, ileś ekip telewizyjnych w pobliskim hotelu (nie wszyscy pojechali do Katynia), zapewne też pełno panów na spacerze długo oglądających wystawy sklepowe lub wiążących sznurówki, plus jeszcze satelity szpiegowskie nad tą całą menażerią. Ale ponieważ mamy do czynienia z operacją wojskową, w której bierze udział kilka państw nienależących do NATO, jak też państwa NATO – to i mnóstwo materiałów ląduje w depozytach i czeka na swoje pięć minut. Kiedy czas „otwarcia depozytów” nastąpi – nie jestem w stanie powiedzieć. Sądzę jednak, że nastąpi, a więc, że nie pozostaniemy w smoleńskim matriksie (jak to blogerzy określili) na następne kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt lat.   

 

Gdyby przyjąć, że hipoteza mistyfikacji na Siewiernym na pewno odpowiada na jedno pytanie: dlaczego nie mogło dojść do katastrofy Tu-154 w Smoleńsku 10.04.2010.?, to jakie przedstawia główne argumenty na swoje uzasadnienie?

Rozgraniczyłbym tu dwie rzeczy, dla jasności: 1) to, co się działo na Siewiernym 10 Kwietnia i co było słyszalne dla przeróżnych świadków (a może i jakoś widzialne, choć tu pozostaje sfera dość mglistych relacji) w przeciągu paru godzin, nim doszło do „ogłoszenia katastrofy” – 2) to, co ogłoszono (w mediach, „raportach”, wizualizacjach, ekspertyzach itd.), że się 10 Kwietnia na Siewiernym stało. Należy mieć to na uwadze, jeśli mówi się o wydarzeniach ze Smoleńska.

Sądzę, że wiele osób zgodziłoby się ze mną, iż do wypadku lotniczego w Smoleńsku mogło dojść – tak jak dochodzi do katastrof tego typu w różnych miejscach na świecie, w różnych okolicznościach. To nie jest więc tak, że niemożliwa była katastrofa. W hipotezie dwóch miejsc chodzi raczej o to, że niemożliwa była taka katastrofa, iż polska załoga, wojskowi piloci elitarnego specpułku, która (wedle ofic. danych, tj. nie rozwijam tu innego wątku, analizowanego w blogosferze, a więc możliwego podziału Delegatów na np. dwa statki powietrzne) ma na pokładzie kilkadziesiąt osób z Parą Prezydencką na czele, zniża się w gęstej mgle, nie zważając ani na TWA, ani na ukształtowanie terenu, ani na przyrządy, ani na alarmy, samolot uderza w brzozę, obraca się na plecy, po czym nie ma ani wielkiego pożaru (dziennikarze „szukają miejsca katastrofy” po przybyciu z Katynia), nie ma ciał, nie ma foteli, nie słychać straszliwego rumoru upadającej maszyny, nie wylatują okoliczne szyby w budynkach itd. itd.

O wszystkim tym pisałem już w Czerwonej stronie Księżyca, więc dociekliwych w tej materii odsyłam do lektury. Przede wszystkim nie ma też ani jednego zdjęcia, ani jednego filmu/filmiku z upadkiem tego tupolewa. Wprawdzie nocą 10 Kwietnia wracający pociągiem Macierewicz opowiadać miał o. Rydzykowi o filmie z upadkiem samolotu (http://freeyourmind.salon24.pl/421550,problem-filmu-z-upadkiem-samolotu), ale do dziś, a mamy już za pasem grudzień 2013, nie odnalazł się ani autor takiego materiału, ani choćby sam ten materiał w drobnym kawałku. Na temat rozbieżności między „filmikami” powstałymi już „po katastrofie”, nie będę już teraz się rozwodził (każdy jednak, kto widział filmik Koli i filmiki Fomina oraz Wiśniewskiego, wie, że ten pierwszy w wielu szczegółach kłóci się z tamtymi dwoma).   

 

Problem podstawowy z wykazaniem fikcyjności (tzn. kreacji medialnej – szerzej o tym pisałem w notce:http://freeyourmind.salon24.pl/470694,obrazowanie-katastrofy-smolenskiej-i-jej-okolicznosci) „katastrofy smoleńskiej” wiąże się z tym, że media dość zgodnie współpracują (od samego początku) z dwiema grupami politycznymi – rządową i antyrządową – konsekwentnie nie dopuszczając do „odejścia” w przestrzeni publicznej od smoleńskiej „dogmatyki”. Z biegiem czasu te więzi (między ludźmi mediów a politykami) się umacniają także z tego względu, iż sami dziennikarze w swej licznej reprezentacji (tak jak i liczni parlamentarzyści PiS, co gromadnie polecieli 10 Kwietnia pociągiem, autami itd. do Smoleńska), to… świadkowie z 10-04, a więc w ich interesie okazuje się nieujawnianie wielu z rzeczy, które widzieli, słyszeli, zaznali. Myślę jednak, że to nie potrwa już długo – ta zmowa milczenia. Sprawa Cieszewskiego tę zmowę zdemaskowała, a zarazem ujawniła, jak kruche jest to porozumienie ponad podziałami, porozumienie wyrażone 10-04 w Katyniu przez konsul L. Putkę (cytuję z pamięci za rozmową): Ludziom nic nie mówimy i musimy zapanować nad sytuacją.

  

Dwa lata temu zbliżałeś się do zamknięcia pierwszych najważniejszych części „Czerwonej strony Księżyca”. Czy są jakieś różnice w widzeniu przez Ciebie wydarzeń 10.04. wówczas i dzisiaj?

Wiesz co, ale to jest tak, że nie możesz zamknąć sprawy, jeśli jej nie podejmują inne instytucje, a jeśli widzisz, że gromadzą się jeszcze jakieś nowe dane do zbadania. Możesz sobie powiedzieć: dobra, to już wypadałoby kończyć – ale nagle pojawia się jakiś nowy dokument, film, książka itd., no i otwierają się nowe perspektywy badawcze. I zwyczajnie „nie możesz” przerwać pracy, tylko musisz się brać za nią na nowo. Może niekoniecznie z wielkim zapałem (w sytuacji, jaką stwarza wokół blogerów od maskirowki szkoła Macierewicza), lecz bez możliwości wyboru. Trzeba tym się zająć i tyle, bo inni się tego nie chcą podejmować. Chyba też po Czerwonej stronie Księżyca napisałem wiele analiz/opracowań, które stanowią pogłębienie problematyki – korespondujące także z pracami innych blogerów, więc nie zmarnowałem czasu:).  

Odpowiadając na Twoje pytanie, rzekłbym może tak: zastanawiam się, jak to będzie się dalej rozwijać, tzn. czy oficjalna narracja tąpnie z dnia na dzień, nagle, czy też będzie kruszeć stopniowo. Poczucie jednak dojścia do pewnej „granicy” może być uzasadnione obecnie – teraz kończę pracę nad „danymi TAWS-a” (jeszcze bardziej skąpymi niż „dane FMS-a”) i – tu także wychodząc naprzeciw postulatom formułowanym w blogosferze – zmierzam w kierunku wykorzystania innego niż tylko publikacje w pdf-ach medium. Potrzebny jest teraz film, który jakoś syntetycznie ujmie najważniejsze aspekty tego, co udało mi się (przy pomocy także innych blogerów) ustalić przez te kilka lat. Tak więc „mega-opracowań” już raczej nie przewiduję (w notce Komplet są wszystkie poza tym o TAWS-ie, a ściślej o oszukiwaniu TAWS-a, jak to mówiło się w ofic. narracji), najwyżej krótkie posty, a wysiłki skieruję na realizację dokumentu Loty do Katynia (http://freeyourmind.salon24.pl/550881,loty-do-katynia).

 

W czym pewność wzrosła, a w czym zwiększyły się wątpliwości?

Nie chciałbym stawiać sprawy na poziomie moich przekonań, wątpliwości, pewności, niepewności. Tak naukowiec nie może argumentować, ponieważ to, co głosi, musi być weryfikowalne – w przeciwnym razie przechodzi on do obszaru szamanizmu, gdzie sprawdzanie tego, co się głosi, jest nieważne, bo należy przyjmować przekaz szamana na wiarę i pokornie chylić przed szamanem głowę.

Zarysowałbym więc dwie sprawy, co do których pojawia się jakieś „przekonanie”, z dużą ostrożnością, bo o wielu z nich wspominałem nie tylko w naszej rozmowie, lecz i w tych obszernych „raportach”, które ostatnimi miesiącami publikowałem w blogosferze. Po pierwsze, nie mogły wylecieć z EPWA tylko statki powietrzne „Wosztyl” i „Protasiuk”, lecz jeszcze „trzeci” – wiele wskazuje na to, iż owym trzecim mógł być tupolew. Czy jednym tupolewem dokonano by dwóch lotów z podzieloną na dwie części delegacją prezydencką (sugerował to kiedyś A-Tem), czy też dwoma tupolewami dokonano by przelotów – to rzecz wciąż do ustalenia. Ja skłaniałbym się ku „sztuczce z tupolewami”, jak to określiłem w Aneksie-3 do Czerwonej strony Księżyca (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/06/FYM-Aneks-3.pdf), a więc ku temu drugiemu wariantowi. Oczywiście oznaczałoby to liczniejszą delegację niż ta, którą nam przedstawiono, prezentując listę poległych. To zaś, że rozmaite osoby „ocalałe z katastrofy”, dbałyby, by w żaden sposób nie został ujawniony ich udział w locie tupolewem-widmem (W-101, jak go kiedyś symbolicznie określiłem), byłoby dodatkowym wyjaśnieniem 1) skali zamataczenia oficjalnego śledztwa, zwłaszcza tej jego części prowadzonej przez ZP oraz 2) blackoutów monitoringów (okęckich i innych). Po drugie wydaje mi się całkiem prawdopodobne i dość dobrze uzasadnione zajście PLF 101 od zachodniej strony i skierowanie Polaków na zapasowe lotnisko.

 

Już te dwie kwestie stanowią całkowite zaprzeczenie oficjalnej narracji i powinny być dalej weryfikowane. Wątpliwości natomiast mam, co do tego, komu może autentycznie zależeć na ujawnieniu prawdy (nie chodzi o blogosferę, lecz instytucje polskiego państwa i o przedstawicieli tych instytucji). To są te moje poważne wątpliwości. Czy „czynniki oficjalne” chcą Polaków trzymać w smoleńskim matriksie przez najbliższe miesiące, lata, czy może rozłożyć to „społeczne więzienie” nawet na dziesięciolecia? Na to pytanie nie znam na razie odpowiedzi, ale wiem jedno, że wielkiego kłamstwa nie da się podtrzymywać przy życiu zbyt długo. Historia komunizmu dowodzi tego na licznych przykładach zbrodni, które chciano głęboko schować, ale które spod ziemi wychodziły – o wiele szybciej niż się spodziewano. Stopniowo bowiem słabnie motywacja oszukujących, słabnie kontrola w instytucjach pielęgnujących nieprawdę, słabnie też szczelność depozytów, w których złożone są „utajnione” materiały. Pomijam już „Bożą interwencję” w ludzkie dzieje i to, jak opatrzność potrafi spłatać figle niejednemu „mocarzowi” tego świata.

W czym można by pomóc jeśli chodzi o popularyzację Twoich publikacji i w uczynieniu z maskirowki wiodącego kierunku dalszych badań smoleńskich?

Jeśli chodzi o stronę z kompletem moich prac, to ilość odwiedzin podana na niej świadczy o tym, iż zainteresowanie cały czas jest. Być może antyreklama robiona blogerom od maskirowki przez szkołę Macierewicza zadziałała też w sposób odwrotny od zamierzeń speców od straszenia blogerami ludzi po parafiach i świetlicach – na spotkaniach publicznych bowiem coraz śmielej stawiane są zagadnienia, które dawno w blogosferze zostały omówione. Nie dziwię się zarazem, że szef ZP robi wszystko, co w jego mocy, by nie doszło do „obalenia” absurdalnej hipotezy dwuwybuchowej czy wielowybuchowej, bo to zarazem prowokowałoby ludzi do podstawowego pytania: co ZP robił na rzecz wyjaśnienia prawdziwych losów Delegatów – nie zaś na rzecz skonstruowania alternatywnej hipotezy na podstawie danych opublikowanych przez „MAK”?

Niewątpliwie należy rozmawiać z naszymi rodakami na temat 10 Kwietnia, ale nie w tonie „wszystko już wiemy na pewno”, jak to robi Macierewicz, tylko ze spokojem stawiać te pytania, które my sobie stawialiśmy, opracowując zręby hipotezy dwóch miejsc. Nie chodzi zresztą, zaznaczam, o popularyzowanie moich publikacji, lecz o wspólne dochodzenie do prawdy o tragedii Delegatów – o przełamanie zmowy milczenia (i psychozy strachu, by o 10-tym Kwietnia „nie mówić głośno”).

 

3. „Smoleński Trójkąt Bermudzki”…

Czy zgadzasz się z oceną, że narracja rządowa – narracja ZP – inscenizacja w Smoleńsku, tworzą taki dramatyczny trójkąt, taką splątaną triadę, która działa jak sprzęgnięte ze sobą w śmiertelnym uścisku trzy siły o wzajemnie przeciwnych wektorach?

Jej elementami składowymi są: „zwykły wypadek lotniczy w Smoleńsku” – „zamach w Smoleńsku” – „inscenizacja w Smoleńsku zamiast prawdy o losach delegacji prezydenckiej”. Dodałabym swoim zwyczajem do tego ostatniego problemu określenie: „zamach stanu w Polsce i inscenizacja w Smoleńsku…”, ale nie wiem, czy możemy to tak szeroko tutaj ujmować…

O tym, że opór przed jednoznaczną rezygnacją z narracji rządowej i z narracji ZP jest jeszcze niezwykle silny, wydaje się świadczyć zarówno zagadkowa ostatnio postawa D. Tuska, jak i przedłużające się milczenie środowisk związanych z ZP, co sygnalizujesz na swoim blogu…

 

Faktycznie, wiele przemawia za tym, że do jakiegoś cichego porozumienia między stroną rządową a opozycyjną jednak doszło. Gentlemen’s agreement. Porozumienie, które się utrwala; porozumienie, by tak naprawdę, co do 10-04 poprzestać na tym, co jest, a więc, że „na dwoje babka wróżyła” (albo wypadek, albo wybuchowy zamach), a „historia pokaże”, jak było. Możliwe bowiem, że śledztwo blogerskie zaszło tak daleko, iż jedynym sposobem (dla pozornie zwaśnionych stron) jest „zawieszenie broni” i udawanie, że nie ma problemu, a kierowanie uwagi na tematy zastępcze, którymi media zależne i niezależne potrafią sypać jak z rękawa (przypomnijmy sobie jak jeszcze przed trzema laty dzień w dzień Nasz Dziennik dostarczał nowych materiałów „smoleńskich” – a jak z czasem zaczął „temat znikać”). Niedawno P. Graś pytany o to, co kiedyś zapowiadał D. Tusk (a propos wyjaśnień ws. 10-04), powiedział:

Premier planował podsumowanie całego dorobku zespołu Macierewicza. Planował konferencje na ten temat, kiedy nastąpiła kumulacja mijania się z prawdą ekspertów Macierewicza, ale potem była śmierć premiera Mazowieckiego i premier Tusk nie chciał poruszać już tego tematu” – tłumaczy niezrealizowane zapowiedzi premiera gość RMF FM. „Do podsumowania działalności zespołu Macierewicza będzie jeszcze pewnie okazja, bo zespół Macierewicza pewnie wciąż będzie zaskakiwał na kolejnymi rewelacjami. Myślę, że taka okazja jeszcze będzie” (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/wiadomosci/news-gras-slowa-kaczynskiego-kompletne-brednie,nId,1057540).

Sytuacja jednak jest dynamiczna i może pojawić się jakiś „element”, który sprawi, że runie domek z kart. Bądźmy dobrej myśli, mając w pamięci choćby „sprawę Cieszewskiego”. Została ona wprawdzie zamieciona pod dywan, ale ten dywan robi się już tak wybrzuszony w różnych miejscach, iż spod niego mogą niedługo wynurzyć się walczące buldogi:).

 

Rozumiem pewną niezręczność pytania, które teraz chcę zadać, ale w obecnej sytuacji ono chyba powinno być postawione.  II KS zdyskredytowała bowiem dwie pierwsze narracje (rządową i ZP) i śmiem przypuszczać, że jednak, pomimo widocznych i ostrych jeszcze oporów, otworzyła na oścież drzwi do zajęcia się głównie reprezentowaną przez Ciebie hipotezą inscenizacyjną.

Tak więc pytanie o szanse wszechstronnego jej badania jest jednocześnie pytaniem o to, jak Ty widziałbyś swoje miejsce w tych badaniach?

Uważam bowiem – i nie jestem na pewno osamotniona w tym przekonaniu – że to właśnie Twoje analizy i prawie 4-letnie badania tysięcy szczegółów, wskazują właśnie na Twoją osobę jako najbardziej kompetentną w koniecznym zarysowaniu dalszych kierunków prac analitycznych.

Cztery lata wnet miną, kto by pomyślał. Wydaje się zarazem, że to szmat czasu, ale w „życiu nauki” lub w Historii pisanej z wielkiej litery to mniej niż mgnienie oka. Nie wiem, czy warto aż tak daleko wybiegać w przyszłość, myśląc np. już o III KS, gdyż do października 2014 jeszcze wiele się może wydarzyć – także w dziedzinie „katastrofologii”. Z tego, co już się nieoficjalnie dowiedziałem, szykowany jest na grudnia 2013, a więc lada chwila, jakiś panel naukowy dotyczący prac Cieszewskiego – czy do niego dojdzie i gdzie (i z czyim udziałem oraz czy będzie transmitowany online), tego nie wiem, ale na pewno mogłaby to być jakaś kolejna jaskółka czyniąca wiosnę.

Co do mnie zaś, to, jak wspomniałem, po zakończeniu opracowywania „raportów” (no, chyba, że pojawi się coś zupełnie ekstra, typu „taśmy jaka-40” albo jakieś nieznane do tej pory zdjęcia z Okęcia, albo jeszcze coś – to na pewno napiszę coś więcej) i zrecenzowania książki T. Torańskiej (z pobieżnego przeglądu widzę, iż tam wywiady są „skorygowane” w stosunku do tych wywiadów, które były publikowane na łamach Czerskiej Prawdy) – biorę się za pracę nad Lotami do Katynia. To masa roboty znowu, ale kto ma taki film zrobić, jak nie blogerzy? 

 

Hipoteza inscenizacyjna potrzebuje mocnego wsparcia promującego jej ustalenia, co zawsze jest sprawą dość trudną. Czy coś w tym zakresie się pojawiło? Wspomniałeś o bardzo ciekawym pomyśle: o filmie… Czy zdradziłbyś ogólny zarys tej koncepcji?

 

Pomysł ten nazwałbym szalonym, a nie ciekawym:), biorąc pod uwagę gigantyczne machiny medialne, jakie mamy przeciwko sobie – szkołę Michnika i szkołę Macierewicza. Takie jednak wyzwania pozwalają osiągać efekty, które czasem mogą przerosnąć oczekiwania samych pomysłodawców. Jak sobie bowiem uświadomimy dość prostą rzecz, tj. że machiny medialne (rządowa i antyrządowa), dysponując tak monstrualnymi pieniędzmi, takim sprzętem, taką oglądalnością – słowem nieporównywalnymi z blogosferą możliwościami – nie są w stanie od paru lat dokonać niczego poza nieustannym mataczeniem wokół sprawy tragedii Delegatów – to idea filmu, który nie stanowi kolejnego suplementu do „raportu MAK”, „raportu Millera” lub „raportów Macierewicza”, jawi się jako wzorzec całkiem łatwy do zrealizowania. Wystarczy przede wszystkim zwrócić uwagę widza na to, czego w owych narracjach nie sposób znaleźć, a więc, co one zgodnie i konsekwentnie pomijają. Co pomijają (poza tym, co już wymieniałem podczas naszej rozmowy)? Np. Okęcie. Zaczniemy więc Loty do Katynia od Okęcia.  

 

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

 

To ja Ci dziękuję.

[amelka222,  28.11.2013.]

Za: Lamelka222 (28.11.2013) | http://lamelka222.salon24.pl/548085,wywiad-z-fym-em-meandry-dokumentacji-smolenskiej

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content