Apel do “Prezydenta Komorowskiego” o państwowy pogrzeb z honorami dla żołnierzy niepodległości

Aktualizacja: 2013-08-26 11:53 am

Oni zasłużyli na państwowy pogrzeb z honorami!

“Miał trzydzieści lat, pięć miesięcy i 11 dni. Wyglądał jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra. Zerwane paznokcie. My nigdy nie poddamy się! – krzyknął, przekazując przez współwięźniów swe ostatnie posłanie” – napisała Ewa Kurek w książce “Zaporczycy”. Po “Zaporze” w pięciominutowych odstępach od strzału w tył głowy ginęli jego żołnierze: “Ryś”, “Źbik”, “Mundek”, “Biały”, “Junak” i “Zawada”.

Tak w więzieniu na Rakowieckiej 7 marca 1949 r. zginął major “Zapora” – Hieronim Dekutowski, cichociemny, niezłomny żołnierz dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej. Przeprowadził ponad 100 akcji bojowych i odwetowych, chronił ludność przed represjami. Metodą katyńską uśmiercił go ubek Piotr Śmietański. Teraz dzięki IPN szczątki “Zapory” zostały wydobyte z bezimiennego dołu śmierci na “Łączce”, w którym miały pozostać na zawsze.

Ten sam kat Mokotowa zabił 25 maja 1948 r. do dziś nieodnalezionego rtm. Witolda Pileckiego, a 8 lutego 1951 r. zidentyfikowanego teraz razem z “Zaporą” majora Zygmunta Szendzielarza “Łupaszkę”. Ten o 10 lat starszy dowódca 5. Wileńskiej Brygady AK, który po “wyzwoleniu” przeniósł walkę swoich szwadronów na Białostocczyznę i Pomorze, w ulotce z marca 1946 r. napisał: “Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. (…) My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”. Czy o taką Polskę, jaką mamy dziś, walczył? Sprawiedliwą? Bo wolna jest na pewno w tym sensie, że oddani sprawie pracownicy IPN mogli odnaleźć “Łupaszkę”.

Wcześniej zidentyfikowali dwóch żołnierzy “Zapory” – “Rysia” (Stanisława Łukasika) i “Junaka” (Tadeusza Pelaka).

Przed nami kolejne ekshumacje. Wierzę, że wszystkim zbezczeszczonym szczątkom uda się przywrócić imiona i nazwiska.

Czeka na to jeszcze ok. 300 żołnierzy niepodległości, wyrzuconych na “Łączkę”, gdzie zrobiono potem śmietnik.

Czekają wyklęte w PRL rodziny. Ich pogrzeb, wreszcie we własnych grobach, ale we wspólnej kwaterze na Powązkach wyobrażam sobie jako wielką patriotyczną manifestację.

Msza w katedrze, uroczystości na pl. Piłsudskiego z udziałem najwyższych dostojników kościelnych i państwowych. Potem kondukt żałobny przez całe miasto na Powązki.

Tam nie może zabraknąć głowy państwa.
Przecież Oni walczyli i ginęli za Polskę.

Dlatego apeluję do Pana, Panie Prezydencie: obejmij patronat nad uroczystościami.
Niech to będzie narodowe święto. Święto ponad podziałami, bo Oni mieli przecież różne poglądy – od prawicy do lewicy.

Oni zasłużyli na państwowy pogrzeb z honorami!

Tadeusz Płużański

• se.pl • fot. Paweł Supernak / PAP

Apel Tadeusza M. Płużańskiego do Prezydenta RP o godny i państwowy pochówek Źołnierzy Wyklętych

Pol

Za: Strona • byłych działaczy • Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża (24 Sierpień 2013) -‘Tadeusz Płużański : : Panie Prezydencie, oni zasłużyli na państwowy pogrzeb !’ 

Niezłomny „Zapora” powrócił

7 marca 1949 r., po trwającym ponad rok brutalnym śledztwie, stracony wraz z sześcioma podkomendnymi – żołnierzami WiN u – w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Po katyńskim strzale w tył głowy wyrzucony na śmietnik obok Cmentarza Wojskowego na Powązkach. W bezimiennym dole śmierci miał pozostać na zawsze. Diabelski plan komunistów jednak się nie powiódł. Hieronim Deku-towski „Zapora” właśnie został zidentyfikowany.

Byłam przekonana, że oprawcy tak go poćwiartowali, spopielili, posypali wapnem, żeby nigdy nie udało się go odnaleźć. Potem, w miarę ekshumacji na „Łączce”, nadzieja, że wróci do nas, była coraz większa. Aż wreszcie stało się – wspomina Krystyna Frąszczak, siostrzenica majora „Zapory”.

W czasie niemieckiej okupacji zrzucony do kraju jako cichociemny, przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Zasłynął jako obrońca mieszkańców Zamojszczyzny przed represjami. Po „wyzwoleniu” nie złożył broni. Jako jeden z najsłynniejszych dowódców antysowieckiej partyzantki na Lubelszczyźnie był tropiony przez szwadrony NKWD i UB. Aresztowany wskutek zdrady we wrześniu 1947 r. podczas próby przedostania się na Zachód. Mord usankcjonował krzywoprzysiężny stalinowski sąd.
My nigdy się nie poddamy!

„Był ranek. Pułkownika, który podpisywał zgody na widzenie, nie było. Siadam więc i czekam na niego, a tymczasem sekretarki, młode dziewczyny, krzątały się wśród akt. Czerwone teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona teczka!”. Tak swoją wizytę w biurze przepustek na ul. Suchej w Warszawie wspominała Irena Siła-Nowicka, żona Władysława Siły-Nowickiego, który był politycznym przełożonym Dekutowskiego, inspektorem Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie.

Z więziennego biura przepustek Nowicka poszła do aresztu przy Rakowieckiej: „Wchodzę ze strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie niosący na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło to na mnie okropne wrażenie. […] Po jakimś czasie słyszymy stukot drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi? Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu nie powiem o tych teczkach na Suchej. […] Jak się okazało, tego właśnie dnia, 7-go marca 1949 r., rozstrzelano na Mokotowie siedmiu wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały, żegnał się z przyjaciółmi…”.

„Miał trzydzieści lat, pięć miesięcy i 11 dni. Wyglądał jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra. Zerwane paznokcie. – My nigdy nie poddamy się! – krzyknął, przekazując przez współwięźniów swoje ostatnie posłanie. Według dokumentów, wyrok wykonano przez rozstrzelanie [o godz. 19.00]. Mokotowska legenda głosi jednak, że ubowscy kaci zapakowali majora »Zaporę« do worka, worek powiesili pod sufitem i strzelali, sycąc swoją nienawiść widokiem płynącej spod sufitu niepokornej krwi. Potem, w pięciominutowych odstępach, mordowali jego żołnierzy: »Rysia«, »Źbika«, »Mundka«, »Białego«, »Junaka« i »Zawadę«” – czytamy w książce Ewy Kurek „Zaporczycy”.

„Pluton egzekucyjny” stanowił st. sierż. Piotr Śmietański – to on uśmiercał skazańców strzałem w potylicę. Ten sam kat Mokotowa, który zabił zidentyfikowanego teraz razem z „Zaporą” mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” i do dziś nieodnalezionego rtm. Witolda Pileckiego.

Wybitny dowódca

Hieronim Dekutowski, rocznik 1918 r., był w Tarnobrzegu harcerzem drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członkiem Sodalicji Mariańskiej. Podczas wojny obronnej 1939 r. ochotnik, 17 września po przekroczeniu granicy z Węgrami internowany. Po ucieczce z obozu przedostał się do Francji, a następnie do Wielkiej Brytanii. W marcu 1943 r., zaprzysiężony jako cichociemny, przyjął pseudonimy „Zapora” i „Odra” (używał głównie tego pierwszego).

W nocy z 16 na 17 września 1943 r. zrzucony do Polski na placówkę „Garnek” 103 (okolice Wysz­kowa). Początkowo dowodził oddziałem AK w Inspektoracie Zamość, broniąc ludności Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu 1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy. Siła-Nowicki zapamiętał: „Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy. Cechowała go odwaga, szybkość decyzji, a jednocześnie ostrożność i ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym, umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir. Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat”.

Dwustuosobowy oddział „Zapory” brał udział w akcji „Burza” na Lubelszczyźnie, po czym bezskutecznie próbował przedrzeć się na pomoc walczącej Warszawie.
„Trzęśli” Lubelszczyzną

Po wejściu Sowietów Dekutowski kontynuował walkę. Dla Ojczyzny poświęcił nawet prywatne życie. „Idę do lasu, nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem” – powiedział narzeczonej.

W odpowiedzi na czerwony terror jego oddział WiN dokonał wielu brawurowych akcji odwetowych na NKWD, UB, KBW i MO. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą przynależność do PPR u czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą działalność. Rozbijał także więzienia, uwalniając aresztowanych. Dzięki zdobycznym pojazdom zaporczycy potrafili przeprowadzić w ciągu doby kilka akcji nawet w dwóch czy trzech powiatach i błyskawicznie odskoczyć. Ze względów bezpieczeństwa ciągle zmieniali kwatery, nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce. Dlaczego byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni? Siła-Nowicki: „Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie, »trzęsło« połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy Powstania Styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, w terenie zaś istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji”.

Ostatni rozkaz

Po kolejnej amnestii z lutego 1947 r. i nieudanych rozmowach z przedstawicielami MBP o ujawnieniu się, Dekutowski podjął próbę przedostania się na Zachód. 12 września 1947 r. wydał – jak się później okazało – swój ostatni rozkaz, przekazując dowództwo kpt. Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi”. W prywatnym liście do „Uskoka” napisał: „Ja dziś wyjeżdżam na angielską stronę – jestem umówiony z chłopakami co do kontaktów, jak będę po tamtej stronie. Stary – najważniejsze nie daj się nikomu wykiwać i bujać, jak tam wyjadę, załatwię nasze sprawy pierwszorzędnie – kontakt będziemy mieć i tak. Czołem – Hieronim”. (W 1949 r. „Uskok” zdetonował pod sobą granat, nie chcąc wpaść w ręce UB podczas obławy). Ludzie „Zapory”, docierając kolejno (w połowie września 1947 r.) do punktu przerzutowego w Nysie na Opolszczyźnie, trafiali bezpośrednio w ręce katowickiego UB. Wydanych przez konfidenta zaporczyków przewieziono na Rakowiecką.

W mundurach Wehrmachtu

Stefan Korboński, delegat rządu na kraj, zapamiętał: „O tym, że »bandyta Zapora« to Hieronim Dekutowski, »opinia publiczna« dowiedziała się dopiero po rozpoczęciu procesu”.

3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie oprócz Dekutowskiego na ławie oskarżonych zasiedli jego podkomendni: kpt. Stanisław Łukasik ps. Ryś, por. Jerzy Miatkowski ps. Zawada, por. Roman Groński ps. Źbik, por. Edmund Tudruj ps. Mundek, por. Tadeusz Pelak ps. Junak, por. Arkadiusz Wasilewski ps. Biały i ich polityczny przełożony Władysław Siła-Nowicki.

Siła-Nowicki wspominał, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu: „Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy podczas procesu”. Źaden z oskarżonych nie przyznał się do absurdalnych zarzutów, nie pokajał się. „Zapora” wziął na siebie całą odpowiedzialność. Pytany, dlaczego zamiast się ujawnić, pozostał ze swoimi żołnierzami, odpowiedział: „Byłem związany ze swoimi ludźmi trudem i walką, byłem ich dowódcą. Nie mogłem umyć rąk i zostawić ich jak grupy bandyckiej w terenie, bez dowództwa”.

15 listopada 1948 r. „sąd” skazał siedmiu zaporczyków na kilkakrotne kary śmierci. Po rozprawie przewieziono ich ponownie na Rakowiecką, również w niemieckich mundurach i pod silnym konwojem. Dekutowski znów został poddany brutalnemu śledztwu (co było częstą praktyką stalinowskich oprawców).

W celi dla kaesowców, w której siedziało ponad sto osób, zaporczycy podjęli próbę ucieczki – przez kilka tygodni wiercili dziurę w suficie i przez strych chcieli się dostać na dach jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik Rakowieckiej. Wsypał ich jeden z więźniów kryminalnych, licząc na złagodzenie swojego wyroku. Skuty w kajdany „Zapora” trafił na kilka dni do karceru.

Chimczak, Kędziora, Badecki

Na śmierć Hieronima Dekutowskiego pracował cały sztab ludzi – agentów, śledczych, sędziów i prokuratorów. Jego głównym „śledziem” był (zmarły w październiku 2012 r.) Eugeniusz Chimczak, który nawet wśród kolegów z bezpieki miał opinię wyjątkowego sadysty. Drugim – nie mniej okrutnym – żyjący do dziś w Warszawie Jerzy Kędziora, oprawca z Mokotowa i Miedzeszyna.

Rozprawie przed warszawskim WSR przewodniczył Józef Badecki, który wydał co najmniej 29 wyroków śmierci na polskich patriotów, co plasuje go w czołówce najbardziej krwawych stalinowskich sędziów. Pod dyktando bezpieki wyrokował też podczas procesu „grupy szpiegowskiej” Witolda Pileckiego. Badecki, potem sędzia Sądu Najwyższego i wykładowca Oficerskiej Szkoły Prawniczej, zmarł w 1982 r. Spoczął na Powązkach Wojskowych, niedaleko… „Łączki”.

W PRL u „Zapora” był przemilczany i opluwany, doceniany był jedynie na Zachodzie. Rząd RP na uchodźstwie przyznał pośmiertnie mjr. Dekutowskiemu Srebrny Krzyż Virtuti Militari, a w 1989 r. awansował go do stopnia pułkownika. III RP sądownie go zrehabilitowała – na wniosek Światowego Związku Źołnierzy Armii Krajowej – dopiero w 1994 r. Teraz, odkopany z dołu śmierci, po 64 latach od skrytobójczego mordu, Hieronim Dekutowski doczeka się swojego grobu. Tak jak dwaj jego podkomendni, zidentyfikowani przez IPN już wcześniej: Stanisław Łukasik ps. Ryś i Tadeusz Pelak ps. Junak.
 

Tadeusz Płużański


Tadeusz Płużański, publicysta, szef działu Opinie „Super Expressu”, autor książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych: „Bestie”, „Bestie 2” i „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”

Źródło:

Za: niezalezna.pl (25.08.2013)

 

Nie zasłużył nawet na oplucie

Rozmowa z Tadeuszem M. Płużańskim

Bestialski, sadysta, człowiek ze zwierzęcym instynktem zabójcy – tak o ubeckim oprawcy, Eugeniuszu Chimczaku mówi PCh24.pl Tadeusz M. Płużański, publicysta, autor książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych: „Bestie”, „Bestie 2”, „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, szef działu Opinie „Super Expressu”.                                                       

Nie zasłużył nawet na oplucieCo wiadomo na temat pochodzenia Eugeniusza Chimczaka? Tacy ubeccy sadyści często pochodzili z nizin społecznych a ich kariery były efektem szybkiego awansu.

– Chimczak urodził się w 1921 r. w małej wiosce Steniatynie w województwie lubelskim. Pochodził z prostej rodziny chłopskiej. I rzeczywiście było tak, że komunistyczna, okupacyjna władza zapewniła mu szybki awans społeczny. Od chłopa do „oficera”. Nie miało to, oczywiście, nic wspólnego z prawdziwym oficerskim szlifem, jaki znamy na przykład z II Rzeczypospolitej, poprzedzonym odpowiednią edukacją i kwalifikacjami, również moralnymi.

Chimczak był prymitywnym mordercą. Ale tak jak inni ubecy czuł się figurą, panem życia i śmierci więźniów. Nobilitowało go to, że mógł prowadzić najważniejsze śledztwa przeciwko wrogom „ludowego” państwa, „bandytom”, „szpiegom”. Tak jak inni towarzysze z bezpieczeństwa myślał zapewne, że ta ich „dyktatura proletariatu” nigdy się nie skończy. Dlatego Chimczak w swoim bestialstwie czuł się bezkarny, a potem był bardzo zdziwiony, że III RP stawia pytania o jego niechlubną przeszłość.

Jakie wykształcenie miał Chimczak?

Niewiele wiadomo na ten temat, prócz tego, że przed 1939 r. uczęszczał do jakiejś szkoły we Lwowie. Można przypuszczać, że jej nie skończył. Zresztą do bicia i innych tortur nie trzeba było mieć przecież studiów. Wystarczyło oddanie przełożonym z bezpieki oraz partii, i oczywiście zwierzęcy instynkt zabójcy.

Kiedy Chimczak rozpoczął pracę w UB?

Jego kariera rozpoczęła się w grudniu 1944 roku w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Tomaszowie Lubelskim. Musiał wyróżniać się skutecznością (sadyzmem), skoro już we wrześniu 1945 roku został przeniesiony do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie.

Przeszedł wszystkie szczeble kariery, począwszy od prostego wywiadowcy, przez naczelnika, aż do pułkownika SB. „Służbę” skończył w warszawskiej centrali MSW w 1984 roku. Czyli nawet gomułkowska „odwilż” mu nie zaszkodziła, podczas gdy niektórzy jego koledzy z UB, stalinowskiej prokuratury i sądownictwa zostali – oczywiście propagandowo – wymienieni jako ci, którzy „łamali socjalistyczną praworządność”, a część skazano i odsiadywali kilkuletnie wyroki. Tak jak szefowie bezpieki Józef Różański (Goldberg) i Roman Romkowski (Natan Gruszpan Kikiel).

Chimczak ma na swoim koncie wiele ofiar. Wszystkich nie sposób wymienić. Które z nich były najgłośniejsze?

Chyba najbardziej znane śledztwo, w którym brał udział, to sprawa grupy Witolda Pileckiego. Chimczak torturował rotmistrza, a także jego współpracowników, w tym mojego tatę, Tadeusza Płużańskiego, kuriera Witolda z Warszawy do włoskiej Ancony, gdzie stacjonowało ich dowództwo: II Korpus Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Andersa.

Chimczak znęcał się nad Pileckim i członkami jego „siatki szpiegowskiej” już od pierwszych chwil po ich aresztowaniu w maju 1947 roku. Zachowała się część protokołów przesłuchań z jego podpisem. Ten początek „wczasów” na UB był jednym z najgorszych momentów prawie rocznego śledztwa, bo wtedy bezpieka chciała szybko zmaltretować aresztantów, aby ich złamać. Wystarczyły dwa, trzy dni , aby broczyli we krwi. Pilecki i jego przyjaciele nie dali się jednak złamać. Potwierdzali tylko to, co ubecy już o nich wiedzieli, a wiedzieli dużo, gdyż mniej więcej od roku grupa była rozpracowywana przez wprowadzonych do niej konfidentów (Leszek Kuchciński), jak i pracowników MBP (Wacław Alchimowicz).

Pojawiające się ostatnio zarzuty, że rotmistrz poszedł na współpracę i wydawał swoich współpracowników, są haniebne i wynikają z nieznajomości tematu i realiów tamtych mrocznych czasów. Ale takie oskarżenia są nieprzypadkowe. Ich celem jest szarganie pamięci bohaterów walki o wolną Polskę. Rację miał ojciec tenisistek Radwańskich, który w jednym z wywiadów stwierdził, że trwa obecnie walka między trzecim pokoleniem AK i trzecim pokoleniem UB. Spadkobiercy sowieckich kolaborantów najwyraźniej boją się zmiany władzy w Polsce. Ubecy i ich dzieci, czasem podszywający się pod patriotów i próbujący na przykład zawłaszczyć osobę Pileckiego, są wśród nas… Służby, którym okrągły stół zapewnił abolicję i miękkie lądowanie w tzw. III RP, aktywnie działają… Myślę, że dziś szczególnie powinniśmy wziąć sobie do serca słowa Józefa Piłsudskiego, który ostrzegał: „Podczas kryzysów – powtarzam – strzeżcie się agentur. Idźcie swoją drogą, służąc jedynie Polsce, miłując tylko Polskę i nienawidząc tych, co służą obcym”.

Wracając do Chimczaka, inną jego ofiarą był Kazimierz Moczarski, szef BIP KG AK, który wymienił czterdzieści dziewięć sposobów znęcania się nad nim przez ubeków. Większość z tych metod stosował na nim właśnie Chimczak. Jakie to były tortury? Bicie po całym ciele gdzie popadnie i czym popadnie, również różnymi pałkami i prętami, obelgi, łącznie z groźbami pozbawienia życia aresztowanego i jego rodziny, wyrywanie włosów, także z intymnych części ciała, przypalanie ich, wyrywanie paznokci, sadzanie ofiary na nodze odwróconego stołka.

Chimczak miał wyjątkowo złą sławę wśród więźniów. O jego bestialstwie mówili również jego resortowi koledzy. Jeden z nich, sąsiad z ul. Madalińskiego w Warszawie, Marian Krawczyński twierdził, że Chimczak był wyjątkowym draniem. Oczywiście Krawczyński mógł w ten sposób wybielać siebie, co nie zmienia faktu, że Chimczak budził na Rakowieckiej powszechny strach.

Czy Pana ojciec, Tadeusz Płużański wspominał Chimczaka?

Mimo, że tata był przesłuchiwany przez całą bandę ubeckich „śledzi”, zapamiętał szczególnie dwóch zwyrodnialców: Józefa Goldberga-Różańskiego i właśnie Eugeniusza Chimczaka. Podczas ostatniej „rozmowy” Różański mówił tacie: „Ty masz u mnie dwa wyroki śmierci, ciebie nic nie uratuje. Przyjdą, wyprowadzą, pier… ci w łeb i to będzie taka zwykła ludzka śmierć”. Słowa ober-ubeka potwierdziły się potem na sali sądowej, co świadczy o tym, kto tak naprawdę wydawał wyroki. Robił to Różański w porozumieniu z Romkowskim, Bermanem i Bierutem. A pewne przesłanki wskazują na to, że los Pileckiego i współpracowników został przesądzony w Moskwie – przecież tam było centrum dowodzenia podbitą przez Sowietów Polską.

A z Chimczakiem łączą się dwie inne historie. Tata, po tym, jak krzywoprzysiężny sąd skazał go na podwójną karę śmierci (za szpiegostwo i „próby zamachów na czołowe osobistości MBP” – to są te dwa paragrafy, o których mówił Różański) i spędzeniu 73 dni w celi śmierci w oczekiwaniu na wykonanie wyroku, został ułaskawiony przez „prezydenta” Bieruta. Z ciężkiego więzienia we Wronkach wyszedł na wolność na fali „odwilży” 1956 roku.

Po kłopotach ze znalezieniem pracy – jako polityczny wróg był zresztą inwigilowany przynajmniej do 1990 r. – udało mu się ukończyć (w wieku 41 lat) studia filozoficzne. Potem zrobił doktorat i habilitację. I wtedy, w latach 70-tych, rozpoznał na Nowym Świecie Chimczaka. Przez chwilę zastanawiał się, co zrobić, ale nie zrobi nic. Po latach opowiadał mi: „mogłem mu najwyżej napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Nawet na to nie zasłużył”. Myślę, że duży wpływ na postawę taty miał fakt, że pochłonęła go filozofia chrześcijańska.

Druga historia to już Polska pookrągłostołowa. W latach 90-tych postawiono przed sądem tzw. parszywą dwunastkę – brutalnych śledczych bezpieki z Adamem Humerem i Eugeniuszem Chimczakiem na czele. Tata dostał „zaproszenie” do sądu – miał zeznawać jako główny świadek oskarżający Chimczaka o znęcanie się nad nim w śledztwie. Kiedy zobaczył jednak medialne relacje z rozpraw, jak ofiary są traktowane, odmówił przyjścia do sądu. Uważał, że jest to kpina z wymiaru sprawiedliwości. Odczytano jednak jego zeznania złożone wcześniej prokuratorowi.

Kpina? W jaki sposób traktowano świadków?

Świadkowie byli traktowani „z buta”, czyli niewiele lepiej niż oskarżeni. Sąd był przede wszystkim zainteresowany potwierdzeniem wiarygodności świadków. Sędzia wypytywał tych starszych ludzi – maltretowanych w stalinowskich więzieniach, a potem wegetujących w PRL jako obywatele drugiej kategorii – czy na pewno byli więzieni na Rakowieckiej, dlaczego tam trafili. Pojawiały się też wobec nich sugestie, że konfabulują, mylą osoby, które ich prześladowały i tak dalej. Słowem – ignorancja i brak szacunku dla tych, gnębionych przez lata, ludzi. Tata w takiej farsie nie chciał uczestniczyć.

Można było również odnieść wrażenie, że sąd daje wiarę zeznaniom oskarżonych, ich kłamstwom, że są niewinni jak baranki, że nikogo nawet palcem nie dotknęli i w ogóle nie słyszeli o torturach na UB. Chimczak zeznawał przed sądem: „nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to kłamstwa, sprawa polityczna”.

Pragnę podkreślić, że Chimczak, prócz fizycznego znęcania się, stosował bardzo ostry nacisk psychiczny. Podczas kolejnego etapu śledztwa, kiedy tata odmawiał zeznań, Chimczak powiedział: „My wiemy, że ty masz twardą d…, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wyciśniemy”. I rzeczywiście, ubeckie „badania” doprowadziły żonę taty – Stanisławę Płużańską – do stanu przedagonalnego. Wrzucona przez morderców do karceru poroniła, a oni jeszcze kazali jej leżeć w kałuży krwi i odchodach innych więźniów. Dlatego tata nie chciał zbyt dużo opowiadać o śledztwie na Mokotowie, to musiało być dla niego zbyt bolesne.

O swoich prześladowcach – „oficerach” śledczych, sędziach i prokuratorach wypowiadał się jednak bez ogródek: „Słabość moralna i polityczna tych ludzi czyniła z nich po prostu szmaty, którymi można było wytrzeć każdą podłogę, nawet najbrudniejszą. Słabość jest najstraszniejszą cechą charakteru. Ludzie słabi są zdolni do każdej zbrodni”.

Wracając do procesu Humera, mam wrażenie, że sadzając „parszywą dwunastkę” na ławie oskarżonych i bardzo nagłaśniając medialnie tę sprawę – inaczej niż inne procesy nie mniej „zasłużonych” stalinowców – III RP chciała pokazać, że jest państwem prawa, że potrafi rozliczyć się z komunistyczną przeszłością. To jednak przede wszystkim pozory i propaganda.

Chimczak był sadystą, bił swoje ofiary, dręczył je psychicznie. Ile przesiedział w więzieniu za popełnione zbrodnie?

No właśnie, choć wyroki kilku lat więzienia w procesie Humera mogą wydawać się wysokie, większość tych sadystów nie trafiła za kraty choćby na jeden dzień. Od razu zaczęli przysyłać zaświadczenia lekarskie, że są zbyt starzy i chorzy, aby odbywać karę. I tak na przykład Adam Humer znalazł się na Rakowieckiej tylko na chwilę. Tu zresztą ponura ciekawostka – słyszałem, że niektórzy starsi funkcjonariusze więzienni odnosili się do „pana pułkownika” z honorami. Musieli pamiętać swojego przełożonego z dawnych czasów.

A Eugeniusz Chimczak, który też załatwił sobie papiery wskazujące na zły stan zdrowia, żył jeszcze przez prawie 20 lat. Zmarł w październiku ubiegłego roku i został pochowany na Cmentarzu Północnym w Warszawie.

Ja też uczestniczyłem w tej ostatniej ziemskiej drodze oprawcy mojego taty. Kiedy już po uroczystości spytałem jego żonę, Stanisławę Chimczak, czy zdaje sobie sprawę, co jej mąż robił po wojnie, usłyszałem: „skoro zadaje pan takie pytania, musi być pan synem jakiegoś bandyty, a my z taki robiliśmy po wojnie porządek”. Te ubeckie rodziny, potomkowie sowieckich kolaborantów, opluwają nadal polskich patriotów. A jeśli chodzi o sądzenie stalinowskich zwyrodnialców cofnęliśmy się nawet do czasów sprzed 1956 roku. Ale co tu się dziwić, skoro komunizm w Polsce nie został nawet uznany za zbrodniczy system totalitarny. Jeśli nie nazwie się rzeczy po imieniu, co tu mówić o rozliczeniu…

Rozmawiał: Krzysztof Gędłek

Tekst jest kolejnym z cyklu o nieznanych funkcjonariuszach UB. Na łamach portalu PCh24.pl przypominamy życiorysy tych, którzy mordowali i katowali Polaków, wysługując się w ten sposób sowieckiemu najeźdźcy. Przeczytaj tekst Krystiana Kratiuka „Kulawy pułkownik”. 

Za: Polonia Christiana – pch24.pl (2013-08-23)

Tags: , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=70007 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]