Cejrowski: Ruskich to ja się boję

Ruskich to ja się boję. Pogarda jest odmianą lekceważenia, a ja nie lekceważę tej uzbrojonej wrogiej Polsce potęgi – mówi Wojciech Cejrowski, w wywiadzie dla portalu hoga.pl

Ana Miler: Wie Pan, że są tacy, którzy dzielą Pana na podróżnika i katolika. Mało tego Oni odrębnie traktują te części jakby były w Panu dwie antagonistyczne natury, jedną akceptują, drugą wykluczają. Cejrowski podróżnik. Cejrowski katolik.

Wojciech Cejrowski: – Wiem. Takie dzielenie to bzdura. Zupełnie jakby Wałęsa miał się zdecydować czy jest elektrykiem, czy działaczem związkowym, Kwaśniewski czy jest pijakiem, czy prezydentem, a Paderewski pianistą, czy polskim patriotą. W moim przypadku ważniejsze jest to, że jestem katolikiem, a podróżowanie jest na drugim miejscem. No bo nie jestem zawsze w podróży, a w Kościele Katolickim owszem – zawsze; nawet, gdy śpię. (…)

Wiemy, co się Panu nie podoba w kraju, że rząd za bardzo ingeruje w prywatne życie, że podatki, że śnieg. Ale co się Panu tu podoba, musi Pan choć trochę lubić Polskę.

Kocham Polskę, lubić to można chłodnik albo pierogi. Kocham Polskę i traktuję ją jak matkę. Dlatego właśnie nie podoba mi się, gdy ktoś tę moją Matkę okrada, popycha, traktuje jak towar, jak dojną krowę. W krytykowanie rządu, podatków i innych rzeczy angażuję się właśnie, dlatego że kocham Polskę, że mi na niej zależy jak na Matce. Proszę mi, więc nie mieć za złe tego mojego angażowania się. Proszę nie przysyłać propozycji, bym zajmował się wyłącznie pisaniem o podróżach. Miłość do Ojczyzny ważniejsza jest, niż zamiłowanie do podróżowania. Bo zamiłowanie do podróżowania to samolubstwo, a miłość do Ojczyzny jest odmianą miłości bliźniego, a do tego spełnieniem przykazania Czcij Ojca swego i Matkę swoją.

„Boso przez świat” jest fascynujące, cudowne, niezwykłe prowadzone ze swadą i dystansem, a jednak gdyby się przyjrzeć ma się wrażenie, że trochę się Pan w tym programie naśmiewa z tych prostych ludzi, z ich nieucywilizowania. Nie jestem pierwszą osobą, która ma takie wrażenie, z całą sympatią proszę zaprzeczyć, albo też nie…

Zaprzeczam. Wcześniej mówiłem, że za dużo się śmieję. To są właśnie te momenty. Śmieję się ciągle, wesoło mi, że tam jestem, z nimi. Śmieję się bez przerwy do nich, oni do mnie, ja z nich, oni ze mnie… Ja tam jestem u siebie – dlatego w pewnym sensie „wolno” mi się śmiać z pewnych rzeczy, z których Pani nie wypadałoby żartować. Wolno mi oznacza, że oni mi na to pozwalają, że się nie obrażają. Mam też taką unikalną zdolność, którą wykorzystujemy w filmach – wyciągam im z rąk różne rzeczy a oni się nie denerwują. Potrafię Indiance odjąć dziecko od piersi, pokazać do kamery najpierw to dziecko, potem pierś, następnie oddać dziecko, a Indianka nadal przyjazna i uśmiechnięta. Widz odnosi wrażenie, że to nadużycie, przekroczenie bariery prywatności, a Indianka jakoś wyczuwa, że jednak nie, że jeszcze tyle mi wolno. POZWALA przecież na to wszystko, choć mogłaby się nie zgodzić, zrobić obrażoną minę. Ja tam jestem dłużej niż trwa film. Oswajamy się ze sobą nawzajem. Ja im najpierw pozwalam naruszać moją prywatność, kiedy to oni przychodzą grzebać w naszych rzeczach zanim zabierzemy się do filmowania. Zaglądają nam pod ubranie – jacy jesteśmy biali – zaglądają do garnków, wchodzą do namiotów… Pani tego widzi i o tym nie wie, bo wtedy kamery są jeszcze niewłączone. A potem ja „odbieram” to, co wcześniej zabrali. Przychodzę z kamerą i robię w ich szałasie to, co oni robili w moim. Ale… jest w tym też ten unikalny dar z nieba, podstawowa kwalifikacja każdego antropologa, który bada Dzikich nie w bibliotece, lecz w terenie. My po prostu mamy tzw. dobrą rękę do ludzi. Otwierają się przy nas i dają „obłaskawić”. (…)

Od dziecka wiedział Pan, że będzie podróżował? Ponoć człowiek przeczuwa podświadomie swój przyszły los, intuicja podpowiada mu, w jakim powinien zmierzać kierunku, ale odkrywa to dopiero po latach, gdy już jest po wszystkim.

Coś mi to zalatuje wróżbiarstwem i new agem – te wszystkie „podświadomie przeczuwa”, „intuicja właściwego kierunku”. Stworzył mnie Bóg, jak każdego. Znał mnie zanim powstałem w łonie mojej Matki. Wyposażył mnie na drogę życia w pewien zestaw narzędzi – talentów. Jest w tym trochę łamigłówki, bo nie każdy talent odkrywamy w sobie od razu, ale generalna zasada jest taka, że Pan Bóg posyła w drogę, a człowiek albo nią idzie, albo kombinuje i skręca na lewiznę. Staram się obracać wszystkimi talentami, które znajduję na mojej drodze, staram się szukać następnych, staram się słuchać wskazówek i rozkazów z góry – pacierz jest rozmową z Przewodnikiem, spowiedź to samo. Mam nadzieję, że zawsze chodzę tam, gdzie Bóg posyła i nie ma to nic wspólnego z przeczuciami i intuicją. Miałem być podróżnikiem to jestem, miałem spotkać Halika – spotkałem, miałem pisać książki – piszę, a jak mi Pan Bóg nagle każe siąść na tyłku, to mam nadzieję, że starczy mi siły woli, by karnie usiedzieć we wskazanym miejscu.

Zawsze przedstawia Pan siebie jako radykalnego katolika jednocześnie pogardzając gejami, Rosjanami i innowiercami. A w Ewangelii przecież napisano: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” (Mt 22,37-40).

Fałszywe oskarżenia! I nielogiczne. Ruskich to ja się boję. Pogarda jest odmianą lekceważenia, a ja nie lekceważę tej uzbrojonej wrogiej Polsce potęgi. Nie „pogardzam” bliźnim, kimkolwiek jest. W katolicyzmie gardzimy grzechem, zwalczamy grzech, nie człowieka. Z kolei miłowanie bliźniego jak siebie samego nie polega na folgowaniu sobie i innym. Czasami z miłości do siebie stosujemy dietę lub wymagające wysiłku ćwiczenia fizyczne, prawda? Niekiedy „katujemy” się gimnastyką ciała i duszy by rzucić palenie, prawda? Nie jesteśmy wtedy mili dla samych siebie. No to wobec bliźniego, z miłości, wolno nam zastosować podobne metody – niemiłe i twarde, ale wynikające z miłości. Miłe uśmieszki i tolerancja dla zboczeń seksualnych to nie jest dobra droga. Zboczenia trzeba zwalczać, leczyć, usuwać, a nie promować jako kolejną dostępną opcję. Miłość bliźniego, nie polega na pozwalaniu mu, by sam siebie niszczył.

Kupuje Pan buty?

No jasne! Proszą mnie o to moje siostry, moja mama, koleżanki. Jakoś tak mam, że patrzę na nogę, a potem na te setki butów wyłożone w sklepie i umiem szybko dobrać odpowiednie. A sobie kupuję najczęściej kowbojki. Kiedy przyjeżdżam do Polski na Boże Narodzenie, to chyba oczywiste, że w butach. Kiedy w listopadzie idę na groby przodków, to też w butach. I nawet w najgorętsze polskie lato, na ślub kolegi zakładam buty, bo przecież w takim dniu to para młoda ma być centrum zainteresowania, a nie jakiś WC z telewizji. Staram się w takich przypadkach zniknąć w tłumie, upodobnić do lamperii na ścianie kościoła. Dopiero na weselu wkładam kwiecistą koszulę i tańczę salsę na bosaka.

 

Za: Nowy Ekran (10.05.2012) | http://janpinski.nowyekran.pl/post/61713,cejrowski-ruskich-to-ja-sie-boje

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content