Układ – pokazuję i omawiam – Rafał Ziemkiewicz

O filmie „Inside Job” (przetłumaczyłbym to jako „Ludzie z Branży”, albo po prostu „Branża”) słyszałem już wielokrotne i zawsze były to rzeczy bardzo zachęcające. Ale wrodzony wstręt do ściągania filmów z sieci kazał mi czekać, aż głośny dokument dotrze do Polski legalną drogą. A kiedy go w końcu kupiłem na DVD, w pierwszej chwili nie zorientowałem się nawet, że to właśnie to.

Polski dystrybutor zatytułował bowiem film „Szwindel. Anatomia kryzysu”. Może i efektownie, ale od czapy, bo akurat nie o anatomię światowego załamania finansowego najbardziej tu chodzi, choć, przyznajmy, film wyjaśnia i tę kwestię w sposób zrozumiały dla laika.

Mam swoje lata, niełatwo mi zaimponować. Tym razem się to udało. „Branża” to znakomity dokument, bez żadnych formalnych fajerwerków i sztuczek czy szwendającego się po ekranie narratora. Po prostu gadające głowy przeplatane zdjęciami dokumentalnymi z komentarzem podłożonym w offie, od czasu do czasu jakiś wykres czy infografika. Ale to, co jest w ten sposób opowiedziane – wgniata w fotel.

Widzimy po prostu śmierć systemu, do którego przyzwyczailiśmy się tam bardzo, że niczego innego sobie nie wyobrażamy. Tak, jak poddani brytyjskiej korony u schyłku XIX wieku nie wyobrażali sobie świata bez królowej Wiktorii, która panowała, wydawało im się, od zawsze, i gwarantowała, że świat osiągnąwszy doskonałość, nigdy się już nie popsuje.

Ale królowa Wiktoria w końcu umarła – a co się stało z tym światem wkrótce potem, można sprawdzić w podręcznikach. Demokracja liberalna – bo o niej tu myślę – umarła już także. Faktom nie można zaprzeczyć. Tylko bardzo trudno przyjąć je do wiadomości.

Mistrzostwo Charlesa Fergusona wyraża się w tym, że jego film nie odkrywa niczego, co byłoby dotąd tajne. Nie ma tu żadnych zdjęć z ukrytej kamery, żadnych rewelacji, do których twórcy filmu udało się dotrzeć pierwszemu.

Widzimy fragmenty dzienników telewizyjnych i przemówień, informowani jesteśmy o najzupełniej jawnie podejmowanych decyzjach różnych ciał, wypowiadają się ludzie, którzy mówią, to co mówią, od dawna. Tyle tylko, że po raz pierwszy fakty, ginące w zwałach codziennie szuflowanego przez media informacyjnego kitu, wydobyte zostają i ułożone w przyczynowo-skutkowy ciąg.

Jest to bliskie intuicji – wiem, że nieoryginalnej – która męczyła mnie podczas pisania „Pieprzonego losu Kataryniarza”. Naszym problemem nie jest to, co przed nami ukrywają. Wszystko, co potrzebne, by generalnie zrozumieć sytuację, jest dostępne. Tylko przeciętny człowiek nie umie tego poskładać. Zanim znajdzie kolejny element puzzla, gubi poprzedni.

A jeśli złoży trzy, cztery kawałki, to zaczyna mu się jawić obraz na tyle nieprzyjemny, że po prostu woli nie kontynuować dochodzenia prawdy. Znacznie wygodniej wieść życie przeżuwacza w zautomatyzowanej oborze.

Tymczasem kto w składaniu puzzla nie ustaje, jak Ferguson, w końcu zobaczy na nim dokładnie to, co Jarosław Kaczyński (i nie on pierwszy) nazwał „układem”. Przeżuwacze, uwarunkowani przez media jak przysłowiowe psy Pawłowa, na samo to słowo reagują rechotem albo agresją, ale tylko ono jest tu stosowne. Tak jest, „Branża” pokazuje, że nawet Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej rządzi tak naprawdę Układ (to jest właśnie ta tytułowa „Job”).

Nieważne, Reagan czy Clinton, Bush czy Obama – ludzie, którzy ich otaczają, są wciąż ci sami, z tej samej paczki. Nawet gdy kandydat, jak Obama, wygrywa właśnie dzięki pogróżkom wobec nich. „Branża” każdego otorbi, każdego ustawi, wszystko przeżuje i wykorzysta na swoją korzyść – lewaka antyglobalistę tak samo jak liberała czy konserwatystę. Możecie wybrać co i kogo chcecie, i tak wybierzecie „ludzi z Branży”.

I nie ma w tym wcale, wbrew polskiemu tytułowi, żadnego szwindlu, jeśli rozumieć pod tym słowem łamanie prawa. Nie może zresztą być, skoro to „Branża” trzyma nad stanowieniem prawa kontrolę. Nie ma też niczego demonicznego, nie bardziej, w każdym razie, niż walec drogowy rozgniatający co mu leży na drodze. Po prostu – tak umiera demokracja, gdy traci korzenie.

Nie ma klasy średniej, więc nie ma demosu. Więc nie ma kontroli nad oligarchią. Powtarza się to samo, co w starożytnym Rzymie: Cezar, Pompejusz i Lepidus umawiają się pewnego dnia, że nie pozwolą, aby na jakikolwiek urząd w państwie mianowany został ktokolwiek, kto nie zostanie wcześniej przez nich trzech zaakceptowanych. I od tego momentu senatorowie mogą wygłaszać dowolne mowy, „oburzeni” szaleć na ulicach, kapłani składać za res publicae huczne ofiary, ale Rzym już republiką nie jest.

Problem nie w tym, żeby usunąć triumwirów, bo znajdą się następni, albo tylko pomoże się jednemu z nich w pozbyciu się konkurentów i sięgnięciu po dyktaturę. Jedyną radą może być odbudowanie demosu, odbudowanie klasy średniej, czy, jak kto woli, społeczeństwa obywatelskiego.

Zostawmy Amerykanów z ich problemami – i tak mają ich mniej, niż reszta świata. Co możemy my zrobić z naszym układem, siermiężnym, i bardziej ubecko-mafijnym, niż plutokratycznym? Możemy i musimy, jak od dawna twierdzę, robić to samo, z czego zrodziła się przed ponad stu laty Narodowa Demokracja. Z naciskiem na drugi człon tej nazwy.

Zrodziła się, przypomnę, albo poinformuję, bo ta wiedza nie jest dostarczana przez szkoły, z przekonania, że naród może się wybić na niepodległość nie dzięki temu, że mu Pan Bóg ześle jakiegoś wielkiego wodza, który wygra powstanie – ale wyłącznie dzięki samoorganizacji, dzięki mozolnej, codziennej pracy u podstaw, nizaniu na siebie przejawów społecznej aktywności, budowaniu sąsiedzkich, lokalnych więzi. Czyli, inaczej mówić, dzięki temu, co znacznie później nazwano „budowaniem społeczeństwa obywatelskiego”.

To nie wydaje się efektowne, ale każda inna droga prowadzi donikąd. Tam, gdzie nie ma społeczeństwa, a są tylko zatomizowane, porozbijane jednostki, gromada singli goniących każdy za swoją marchewką, którą mu ktoś wymachuje na kiju przed nosem – tam natychmiast władzę przejmuje jakaś „branża”.

Tak właśnie, jak się to stało w Polsce po długo oczekiwanym, ale niestety przespanym przez naród upadku komunizmu w jego sowieckiej wersji. Teraz, gdy szykuje się równie efektowny upadek eurosocjalizmu w jego wersji brukselskiej, tym bardziej trzeba się starać, aby Polacy znowu nie zaspali i nie obudzili się dopiero wśród zgliszczy i długów.

Rafał Ziemkiewicz

KOMENTARZ BIBUŁY: Jak każdy „dokumentalny” film, który zdobywa Oscary i nagrody w Cannes, także i Inside Job ma swoje zalety – ale i zasadnicze wady. Omawianie bowiem przyczyn kryzysów posługując się ogólnikowymi określeniami typu „korupcja”, bez wskazywania na konkretne środowiska odpowiedzialne za taki stan rzeczy, jest nieuczciwe. Bowiem bez ukazania jakie to środowiska w szczególności wyreżyserowały obecny „kryzys”, będzie, po prostu, owijaniem w bawełnę. Bez wskazywania jakie to środowiska – jeszcze od czasów mądrego i przewidującego Henry Forda Seniora, który przestrzegał przed ich władzą – są przyczyną upadku Ameryki, nie zrozumiemy procesów współczesności.
Przypomnijmy tylko, że w okresie, który omawia ten film, 100 % (słownie: sto procent) szefostwa Systemu Rezerwy Federalnej stanowili Źydzi. Ktoś powie, że przecież Fed stanowi tylko cząstkę układów. Zgoda, ale: 1) niezwykle wpływową, jeśli nie kluczową; 2) czy ktoś z dziennikarzy, reżyserów zdobył się na prześledzenie jak wygląda ta proporcja w innych dziedzinach: finansach, bankowości, rozrywki, mass-mediów, struktur korporacyjnych? Wtedy dopiero ten natłok faktów i ukazanie prawdziwego Układu wgniata w fotel.


FAKTY BIBUŁY:

Czym jest System Rezerwy Federalnej (zwany często pieszczotliwie Fed-em)?

Jest to instytucja bankowa zawiadująca emisją pieniądza amerykańskiego i całkowicie go kontrolująca. Jest instytucją prywatną zarządzającą amerykańskim systemem finansowym, działającym wbrew literze Konstytucji, która wyraźnie mówi, że prawo do emisji pieniądza ma Kongres. Tak więc pomimo zwodniczej nazwy, na próżno szukać adresu tej instytucji w książkach telefonicznych na tzw. Blue Pages, czyli stronach wyliczających instytucje rządowe, bowiem „Bank Federalny” nie jest ani instytucją rządową ani federalną, jest natomiast instytucją prywatną i właśnie jako instytucja prywatna jest wymieniona na stronach żółtych, czyli na Yellow Pages, obok takich biznesów jak np. „Federal Express”.[1] Ta prywatna firma o celowo zwodniczej nazwie „Federal Reserve System”, nadzorowana jest przez pięciu członków wchodzących w skład Zarządu, czyli „Federal Reserve Board of Governors”. Może wymieńmy po kolei nazwiska dzisiejszych członków zarządu. Są to: Benjamin S. Bernanke, Donald L. Kohn, Kevin M. Warsh, Elizabeth A. Duke i Daniel Tarullo. Przed tymi dwiema ostatnimi osobami, funkcję sprawowali: Randall S. Kroszner i Frederic S. Mishkin.

Może przyjrzyjmy się teraz sylwetkom tych osób, które – przypomnijmy – w sposób niemal absolutny zawiadują systemem monetarnym w Stanach Zjednoczonych i dodajmy ich pochodzenie etniczne, a otrzymamy interesujący obrazek:

Benjamin S. Bernanke – żydowskie
Donald L. Kohn – żydowskie
Kevin M. Warsh – żydowskie (najmłodszy w historii dyrektor Fed-u, mianowany w wieku 35 lat)
Elizabeth A. Duke – w biografii nie ujawniono – ani na stronach Banku Federalnego, ani w encyklopediach
Daniel Tarullo- w biografii nie ujawniono – ani na stronach Banku Federalnego, ani w encyklopediach

Poprzedni dyrektorzy:
Randall S. Kroszner – żydowskie
Frederic S. Mishkin – żydowskie

Gdyby jednak dalej penetrować skład osobowy Fed-u, to oprócz pięciu dyrektorów (dzisiaj: trzech jest pochodzenia żydowskiego, do tej pory było ich pięciu, czyli 100%), mamy również dwunastu regionalnych prezydentów. Uwzględnijmy zatem i tych dyrektorów i zobaczmy jak tutaj rozkłada się ta  etniczna przynależność. Otóż okazuje się, że i tutaj mamy do czynienia z nieprawdopodobną nadreprezentacją etniczno-religijną pewnej grupy, która jednak oburza się gdy próbuje się wskazywać na jej oczywiste korelacje z systemem finansowym. Dla pełnego obrazu wymieńmy zatem nazwiska prezydentów poszczególnych oddziałów i ich etniczno-religijną przynależność:

Oddział Boston: Eric S. Rosengren – żydowskie
Filadelfia: Charles I. Plosser – żydowskie
Richmond: Jeffrey M. Lacker – żydowskie
St. Louis: James B. Bullard – żydowskie
Kansas City: Thomas M. Hoenig – żydowskie
Dallas: Richard W. Fisher – żydowskie
San Francisco: Janet L. Yellen – żydowskie
Minneapolis: Narayana R. Kocherlakota – w biografii nie ujawniono – ani na stronach Banku Federalnego, ani w encyklopediach (zastąpił Gary H. Sterna – żydowskie )
Nowy Jork: William C. Dudley – goj
Cleveland: Sandra Pianalto – goj
Atlanta: Dennis P.Lockhart – goj
Chicago: Charles L. Evans – goj

Tak więc z grupy pięciu członków Zarządu, trzech stanowią Żydzi, czyli 60 procent. Z grupy 12 regionalnych prezydentów, mamy dzisiaj 6 zadeklarowanych Żydów, czyli 50 procent.  W sumie, na 17 najważniejszych stanowiskach zasiada 9 Żydów (dotychczas było ich 12), choć cały czas nie wiemy czy wobec reszty nie chodzi o zakonspirowanych Marranos. (Osobnym zagadnieniem jest przywiązanie wymienionych wyżej osób określanych jako nie-Żydzi do etyki talmudycznej, nacjonalizmu syjonistycznego i wspierania państwa Izrael.) Wobec 2% populacji Żydów w USA, zjawisko to oznacza ponad 25-krotną nadreprezentację Żydów w zarządzie głównym i oddziałach Banku Federalnego (dotychczas była to nadreprezetacja ponad 35-krotna). Podobna sytuacja jest Departamencie Skarbu (U.S. Treasury Department), gdzie na 11 najważniejszych stanowiskach, w pięciu zasiadają zadeklarowani Żydzi.[…]

Całość: „Fałszywe złoto, zatruta ekonomia efektem talmudycznej moralności” – BIBUŁA – 2010-03-15

 

ZOB. RÓWNIEŻ:

Za: Rafał Ziemkiewicz blog (16 marca 2012) | http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz-mysli_nowoczesnego-endeka/news/uklad-pokazuje-i-omawiam,1772973

Skip to content