W TVP byłem człowiekiem Prezydenta

Jako dziennikarz niezależny na Woronicza w tydzień dostałem swój program. W kilka dni rozpoczęto pracę nad jego realizacją. Robiąc miejsce w ramówce dla mojego programu, zdjęto program „Warto Rozmawiać” Jana Pospieszalskiego. Na spotkania z szefostwem Telewizji Polskiej chodziłem w bluzie z kapturem. Co zażądałem, to miałem. Kilkudziesięciu tysięczną pensję wynegocjowałem podczas jednej rozmowy. Do dyspozycji miałem samochód z kierowcą, który mógł mnie wozić nawet na zakupy. Na Woronicza osiągnąć już więcej nie mogłem. Wystarczył jeden mail z Kancelarii Prezydenta, bym dziś mógł ujawnić szokujące fakty działań władz TVP, która wciąż poddatna jest na polecenia polityków.

Trzeba dużo odwagi dziennikarskiej, by zdecydować się na prowokację, która obnaży układ, który, kiedy przetrwa, może skazać cię na niebyt. Może opieczętować cię wilczym biletem, zamykającym drogę wszędzie tam, gdzie będziesz chciał zrobić coś pożytecznego. Nie pokażesz już niczego, do czego dojdziesz swoją pracą. Dziennikarstwo w formie jakiej będziesz je wykonywać, będzie przemilczane. To będzie ta cenzura, która jest najgorsza w demokratycznym ustroju. Nie ta prewencyjna ze starego ustroju, ale ta milcząca. Nie ma dziś gorszego niebezpieczeństwa, jak przemilczanie tematów ważnych dla ogółu społeczeństwa. – to napisał mi jeden znajomy dziennikarz, przestrzegając przed tym, zanim wskoczę w odmęty dziennikarstwa ujawniając prowokację, która przeprowadziłem w telewizji publicznej.

To na tej krawędzi balansowałem, kiedy decydowałem się przeprowadzić dziennikarską prowokację w strukturach szefostwa Telewizji Polskiej. Miałem przed oczami słynną konferencję z 10 sierpnia 2010 roku nowo wybranego wówczas prezesa TVP Włodzimierza Ławniczaka, który to zapewniał, że dokona przeglądu wszystkich programów publicystycznych i zapewni telewizji publicznej pełną niezależność, podnosząc jakość emitowanych w niej programów. Miała być realizacja misji, a stało się, jak zawsze, czyli nic. W telewizji publicznej było, jak w kiepskim teatrze, gdzie zamiast biegnąć, śpiewa się, że się biegnie. Dziennikarskie ”autorytety” milczały, nie tykały nowo powstającego układu w mediach publicznych. Szefom telewizji nie stawiano trudnych pytań, w licznych wywiadach nie poddawano w wątpliwość chociażby tego, że szefami najważniejszych anten i kierownikami redakcji zostają osoby związane i kojarzone z partiami politycznymi. Była rutyna, jakby przyzwolenie. Dziennikarstwo odważne w zadawaniu pytań, w protestowaniu skundlało i skarlało. Pojęcie niezależne ponownie stało się nieprzetłumaczalne dla wielu osób związanych z mediami publicznymi.  

TVPolityczna

27 listopada 2010 roku zdecydowałem się uderzyć w to milczenie. Tworząc na pewnej stronie internetowej adres: Jacek.Michalowski@prezydent.pl wysłałem maila do prezesa TVP Włodzimierza Ławniczaka. Mail zawierał prośbę Prezydenta Bronisława Komorowskiego, by w Telewizji Polskiej powstał nowy publicystyczny program „Na krawędzi” z jednoznacznym wskazaniem Prezydenta, iż program ten mam tworzyć ja. Była też informacja, by szefostwo TVP już ze mną prowadziło dalsze rozmowy. Prowokacja rozpoczęta. Bardzo szybko nastąpiła odpowiedź. Jeszcze tego samego dnia, prezes Ławniczak odpisał, iż „oczywiście jest zainteresowany tym projektem, i że przekazuje sprawę do realizacji Dyrektorowi Biura Zarządu Marianowi Kubalicy” Zaznaczył, też, że wybiera się na urlop chorobowy, ale obiecał doprowadzić sprawę do końca za sprawą wspomnianego Dyrektora Biura Zarządu. Niestety w późniejszym terminie okazało się, że Włodzimierz Ławniczak po operacji jaką przeszedł nie powrócił na stanowisko, umierając w szpitalu.

Dwa dni po wysłaniu pierwszego maila, byłem już umówiony na pierwsze spotkanie przy Woronicza, na 8 piętrze budynku TVP z Marianem Kubalicą. Data 1 grudnia, godzina 13. Po tym, jak zatelefonował do mnie sekretariat Kubalicy, napisałem mojemu znajomemu dziennikarzowi „Gazety Wyborczej” Mariuszowi Szczygłowi o rozpoczętej prowokacji i o tym, że już jestem umówiony na pierwsze spotkanie w TVP. Pamiętam, że Mariusz od razu zadzwonił na moją komórkę, wypytując o szczegóły, o zamiary i cel, jaki zamierzam osiągnąć. Oczywiście nie byłem w stanie odpowiedzieć dość konkretnie, bo przecież sytuacja miała się dopiero zacząć rozwijać. Pamiętam, że podczas tej rozmowy zasugerowałem, by wraz ze mną w temat weszła „Gazeta Wyborcza”, gdyż w podobnym temacie reportażu GW brała udział za sprawą innego młodego dziennikarza, Wojciecha Bojanowskiego. Kilka dni po tym, od innego dziennikarza tej gazety, nazwiska przez litośc nie wymienię, dowiedziałem się, że temat jest rewelacyjny, pomysł prowokacji brawurowy, ale odważny i ważny, jednak GW w temat nie wejdzie, bo w TVP obecnie rządzi układ PO-SLD, a nie PiS. To było dla mnie szokujące. Ta bezpośredniość wypowiedzi, jednak temat ostatecznie nie był zamknięty, nadal, ale już całkiem prywatnie o tej sprawie informowałem mailowo i telefonicznie Mariusza Szczygła. Rzeczywiście Włodzimierz Ławniczak i Marian Kubalica wywodzą się ze stowarzyszenia Ordynacka, którym kieruje Włodzimierz Czarzasty, jeden z negatywnych bohaterów pamiętnej Afery Rywina. Szefem TVPinfo był Łukasz Kardas, dyrektorem Agencji Produkcji Telewizyjnej Andrzej Jeziorek, silnie kojarzony z byłym prezesem telewizji Krzysztofem Kwiatkowskim wiązanym z lewicą. Rzeczywiście, jeśli iść tropem to na próżno, by szukać osób z PiS w kierownictwie Telewizji Polskiej.

Jest 1 grudnia 2010 roku. Zjawiam się na 8 piętrze w sekretariacie dyrektora Biura Zarządu, Mariana Kubalicy. Jestem przyjęty bardzo ciepło, wręcz rewelacyjnie. Rozmowa trwała ok. 45 minut, była rzeczowa i konkretna. Dostałem zapewnienie, że program powstanie, że będzie tak, jak ma być, że nawet światło ustawią fachowcy tak, jak sobie zażyczę. Od razu też byłem proszony o przesłanie konspektu, moich warunków oraz zostałem poinformowany przez Mariana Kubalicę o tym, że w razie jakichkolwiek problemów mam od razu dzwonić do niego, padły słowa, że „otworzy mi każde drzwi w telewizji”. Rzecz jasna oczywiście, bo byłem od Prezydenta. Na koniec zostałem też wstępnie umówiony na kolejne spotkanie, na którym miałem zostać przedstawiony szefostwu TVP 1 i Andrzejowi Jeziorowi, dyrektorowi produkcji.

Prośby do pana Prezydenta

Spotkań było kilkanaście. Czasem było tak, że dzwoniono do mnie przed 10 rano, bym na 16 był na Woronicza. Wtedy, kiedy byłem we Wrocławiu wsiadałem w samolot, by zdążyć na umówione wcześniej spotkanie. W międzyczasie okazuje się, że umiera Włodzimierz Ławniczak, wtedy już (od 10 grudnia 2010 roku) obowiązki prezesa pełni Bogusław Piwowar, również kojarzony z lewicą. Na jednym ze spotkań jestem poinformowany, że Piwowar będzie chciał się ze mną spotkać, omówić dalsze szczegóły kontraktu i „wzajemnych relacji” – takie stwierdzenie pada z ust Mariana Kubalicy. 19 grudnia telefonicznie poinformowało mnie biuro zarządu o tym, iż mój program będzie emitowany w TVP1, dlatego też zdjęty z anteny zostanie program Jana Pospieszalskiego. 21 grudnia na spotkaniu dowiaduje się od Kubalicy, że Jan Pospieszalski zostanie zwolniony z TVP. I rzeczywiście, po moim powrocie do Wrocławia dowiaduję się z gazet, iż Jan Pospieszalski został zwolniony. Na jednym ze spotkań pojawia się też wątek przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jana Dworaka, który w tamtym czasie sprzeciwiał się usilnie, by w nowej Radzie Nadzorczej TVP zasiadało 3 członków lewicy. Chciał, by liczba ta była taka sama, jak do tej pory, czyli dwie osoby kojarzone z SLD. Marian Kubalica wprost poprosił mnie, bym przekazał Prezydentowi informację, by ten wpłynął na Jana Dworaka, by ten zgodził się na trzy miejsca dla nich. Obiecałem poinformować o tym Prezydenta Komorowskiego. Dla zabezpieczenia się, wysłałem do Kubalicy maila 2 stycznia 2011 z treścią: „Chciałem też Pana poinformować, że po naszym ostatnim spotkaniu przekazałem Pana sugestię dotyczącą Pana Dworaka Panu Prezydentowi. Pan Prezydent w rozmowie telefonicznej ze mną zapewnił, że weźmie to pod uwagę, choć może ostatni pat w wyborze władz TVP na to nie wskazuje. Pan Prezydent bierze pod uwagę inne rozwiązania dotyczące dotarcia do Pana Dworaka i jego stanowiska w tej sprawie. Kancelaria Prezydenta przeprowadziła już zresztą wstępne rozmowy z członkami KRRiT, rekomendowanymi właśnie przez Pana Prezydenta, tak by przy kolejnym podejściu sprawa uległa pomyślnemu rozwiązaniu i aby zaistniała szansa na zachowanie dotychczasowych rozdziałów sił na Woronicza” Otrzymuję odpowiedź zwrotną od Kubalicy 3 stycznia 2011 z treścią: „Bardzo uprzejmie dziękuję za przekazanie sugestii dotyczących KRRiT”
4 stycznia 2011 roku podpisuję z Telewizją Polską umowę z wynagrodzeniem 39 tys zł. Dostaje zapewnienie od Andrzeja Jeziorka, że z chwila rozpoczęcia emisji mojego programu, za każdy odcinek dostanę dodatkowe 5 do 7,5 tys zł. Do dyspozycji dostaję też samochód służbowy, który w dniu podpisania umowy wiezie mnie na zakupy do Galerii Mokotów. Program miał rozpocząć emisję pod koniec marca 2011.

Mnóstwo rozmów, zapewnień, konkretów zero

W czasie tych wszystkich spotkań usilnie szukam wsparcia w mediach. Zaczynam kontaktować się z TVN-em. Dochodzi do spotkania w jednym z wrocławskich hoteli. Był plan, bym na jedno ze spotkań poszedł z ukrytą kamerą w pilocie do auta. Zaznaczyłem, że już na pierwszym spotkaniu Marian Kubalica poinformował mnie, bym nie wnosił sprzętów nagrywających, gdyż w jego biurze i biurach zarządu jest system, który wykrywa tego rodzaju sprzęt. Łukasz Orłowski, dziennikarz TVN miał zorientować się w swoich źródłach, czy rzeczywiście tego typu osprzętowanie znajduje się w biurach TVP. Potem kontaktowaliśmy się telefonicznie i mailowo. Zapewniany byłem, że TVN chce wejść w temat., jednak nie było żadnych konkretów. Mnóstwo rozmów o tym, że dyrektor w  TVN Adam Pieczyński jeszcze nie podjął decyzji. Z każdym dniem prowadzenie tej prowokacji było dla mnie silnym obciążeniem, bez zaplecza redakcyjnego, bez wsparcia prawniczego bałem się, że mogę zacząć popełniać błędy, które mogą mnie zdyskredytować. Zadzwoniłem do „Rzeczpospolitej”, bardzo szybko doszło do spotkania z dziennikarką tej gazety, która przejęła ode mnie cały materiał dowodowy, korespondencję i umowę. Jeszcze w porozumieniu z tą gazetą pojawiłem się na dwóch spotkaniach, jednak w momencie, kiedy miałem zjawić się na próby kamerowe, przestałem odbierać telefony, po prostu zamilkłem. Był jeszcze pomysł, by prowokację doprowadzić do końca, czyli w momencie wejścia programu na żywo na antenie TVP1 poinformować na dzień dobry widzów, że była to prowokacja, obnażająca uwikłanie szefów TVP w politykę i ich pełnodyspozycyjny serwilizm dla władzy. Ale było to bardzo ryzykowne, i wymagałoby kolejnego wysiłku z mej strony, na co ja już zwyczajnie nie miałem sił psychicznych przede wszystkim. Wtedy do akcji wkroczyła „Rzeczpospolita”, która zaczęła weryfikować wszystkie informacje. Na kilka dni przed publikacją usilnie zabiegał o spotkanie ze mną szef KRRiT Jan Dworak. Dochodziły do mnie informacje z TVP, że chciano sprawę wyciszyć, by nie doszło do publikacji, a mnie zwyczajnie udobruchać. Na dwa dni przed publikacją, dzwoni do mnie redaktorka GW Agnieszka Kublik, coś się zmieniło w patrzeniu na moją prowokację, prosi o temat na wyłączność, niestety nie mogłem już złamać słowa danego dla „Rzeczpospolitej”.

Rozmawiając z TVN-em, pytałem o możliwość zatrudnienia mnie, jako reportera, Łukasz Orłowski sugerował nawet, że mogło by to nastąpić w redakcji programu Czarno na Białym Tomasza Sekielskiego.  Czekałem na decyzję. Jednak trwało to zbyt długo, ostatecznie odstąpiłem temat na wyłączność „Rzeczpospolitej”. Do ostatnich dni byłem zasypywany smsami, że TVN temat chce, ale brak było decyzji dla mnie konkretnych w tamtym czasie.

Wilczy bilet ? Kilka dni po publikacji

Prowadząc tą prowokację, kilka osób mówiło mi, że skazuję się tym tematem na banicję i przemilczenie, a co za tym idzie na to, że już nigdy nie znajdę pracy w mediach. Będę miał bana na pracę w każdej redakcji, że ten kolesiowski układ oligarchiczno-medialny mnie nie dopuści do żadnej redakcji. Moje nazwisko będzie z automatu wywoływać treść „zakaz”. Nie wierzę, by tak było, może jestem naiwny, może zbyt mało wiem, ale chciałem tylko jednego, pokazać to, o czym od wielu lat u nas się tylko szepta. Mija dzień od publikacji, a ja dostałem dziesiątki, a może nawet setki wiadomości mailowych i smsowych z wyrazami wsparcia i z przestrogami, bym teraz uważał na siebie. Ale ja się nie boję, bo uważam, że dziennikarstwo ma być odwagą. Szczególnie dziennikarstwo śledcze, które mnie fascynuje. Dziennikarz nie może się bać, tylko odwaga może świadczyć w dużej mierze o jego wiarygodności i niezależności. Myślę, że mam jeszcze wiele do powiedzenia w sferze polityki za pomocą dziennikarstwa, mogę tylko nadmienić choćby fakt na dzień dzisiejszy, pracuje już nad kolejna sprawą, tym razem pewnym wątkiem afery hazardowej, która została umorzona w kwietniu br Nie jest to jednak już prowokacja, a żmudne dziennikarstwo śledcze, bardzo ciężkie i czasochłonne, może i niebezpieczne, ale dziennikarstwo ma być odwagą – jak wcześniej już wspomniałem.  Już wiem, że w Telewizji Polskiej zostanie przeprowadzona kontrola ujawnionej sprawy. Oby nie było tak, że raport z tej kontroli zostanie utajniony, bo to dalej będzie źle świadczyć o nowym szefostwie w telewizji. Marzyła mi się sytuacja podobna do Czech, kiedy to w 2001 roku, w ich czeskiej telewizji zasiadały w zarządzie same osoby kojarzone z kluczem politycznym, w proteście na ulice Pragi wyszły dziesiątki tysiące mieszkańców. U nas, już po kilku dniach od publikacji mojej prowokacji już wiem, że nie pójdziemy w tym kierunku. Nie ruszyła nawet żadna debata w tej kwestii. Media temat w większości przemilczały. Czyli co, mam wilczy bilet już? Upadek dziennikarstwa odważnego.

Paweł Miter

(11.03.2011)

Artykuł napisany dla Portalu Naszapolska.pl

Za: Nasza Polska | http://www.naszapolska.pl/index.php/component/content/article/2882-w-tvp-byem-czowiekiem-prezydenta

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content