W (o)błędnym kółeczku – Stanisław Michalkiewicz

Europejska podróż prezydenta USA Baracka Obamy została podzielona na dwie, a właściwie – trzy części. Pierwsza – to wizyta w Wielkiej Brytanii, która wprawdzie jest członkiem Unii Europejskiej, ale z uwagi na liczbę wyłączeń, jakie zastrzegła sobie w traktatach, ma status raczej amerykańskiego obserwatora w UE, niż członka – chociaż oczywiście ze wszystkich atutów członkowskich korzysta. Stało się tak zarówno na skutek działań Franklina Delano Roosevelta, który wykorzystał II wojnę światową i udział w niej Ameryki do likwidacji Imperium Brytyjskiego i uzależnienia Wielkiej Brytanii od USA – jak również nauczki, jakiej prezydent Eisenhower udzielił Wielkiej Brytanii i Francji w tzw. kryzysie sueskim w roku 1956. O ile Francja po tym doświadczeniu umocniła się w swoim antyamerykanizmie i doktrynie „europeizacji Europy”, o tyle Wielka Brytania raczej pogodziła się ze statusem amerykańskiego wasala po to, by wśród wasali zająć pierwsze, a nawet – wyjątkowe miejsce.

Drugim etapem tej podróży było Deauville, gdzie prezydent Obama uczestniczył w szczycie G-8, to znaczy grupy państw pełniących nieformalną rolę światowego dyrektoriatu. Rola tego dyrektoriatu rośnie proporcjonalnie do spadku roli Organizacji Narodów Zjednoczonych, w której tzw. demokratyczną większość tworzą państwa raczej niechętnie, a w każdym razie – podejrzliwie nastawione do zamożnej i uzbrojonej Północy. Z uwagi na ciężar gatunkowy G-8, podjęte tam ustalenia będą wyznaczały kierunki polityki światowej.

I wreszcie – Warszawa, gdzie prezydent Obama spotkał się z przedstawicielami „Klubu Trzeciego Miejsca” w którym Polska markuje odgrywanie roli lidera. Spotkanie to miało charakter raczej informacyjno-kurtuazyjny i służyło przede wszystkim stworzeniu dla tych wszystkich prezydentów okazji do pochwalenia się przed własnymi poddanymi, że oto oni też uczestniczą w kreowaniu światowej polityki. Źadnych, ma się rozumieć ustaleń być tutaj nie mogło, bo jeśli jakiekolwiek zapadły – to zapadły w Deauville, więc w tym sensie rację miał Kukuniek, czyli były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju, nie tylko odmawiając udziału w warszawskich palaverach prezydenta Obamy z tubylczymi ważniakami, ale i twierdząc, że „nie było o czym rozmawiać”.

Jeśli nawet nie było o czym, to przecież w żadnym wypadku nie można dopuścić do takiego wrażenia – zatem rozmawiano i rozmawiano – ale bez konkretnych rezultatów. Nie można bowiem za takowe uznać ustnej obietnicy, że do Polski przyjedzie 20 amerykańskich żołnierzy z obsługi samolotów F-16, które – razem z Herkulesami – mają kilka razy w roku odbywać na terenie naszego nieszczęśliwego kraju ćwiczenia. W ogóle rozmowy o współpracy wojskowej, zwłaszcza w wymiarze strategicznym, mogły się toczyć – i toczyły się – w ramach wyznaczonych przez ubiegłoroczny szczyt NATO w Lizbonie 19 i 20 listopada, który nie tylko proklamował strategiczne partnerstwo NATO – Rosja, ale w końcowym dokumencie stwierdza m.in., że „Będziemy aktywnie dążyć do współpracy w sprawie obrony przeciwrakietowej z Rosją i innymi partnerami euroatlantyckimi”.

Europejscy członkowie NATO zadeklarowali wtedy przeznaczenie 200 mln euro w ciągu 10 lat na zintegrowanie swoich systemów obrony przeciwrakietowej i chociaż w Lizbonie, mimo obecności prezydenta Miedwiediewa, do żadnych ustaleń z Rosją nie doszło, to szczyt oświadczył, że „NATO oczekuje wzajemności od Rosji”. W tym strategicznym partnerstwie Polsce, jako członkowi NATO, przypada do odegrania „pojednanie” z Rosją. Dlatego – co podkreśliła rosyjska prasa – wszelkie próby stworzenia wrażenia jakichś dwustronnych wojskowych sojuszów polsko-amerykańskich, prezydent Obama ucinał stwierdzeniem, że „członkostwo w NATO gwarantuje Polsce skuteczną obronę”. Zatem – nie będzie żadnego tańca en deux, tylko wyłącznie w kółeczku – w dodatku z udziałem Rosji, bo co do sławnej tarczy antyrakietowej, to owszem – ma powstać, ale we współpracy z Rosją w ramach „strategicznego partnerstwa” NATO z tym państwem.

Politycznie oznacza to potwierdzenie deklaracji prezydenta Obamy z 17 września 2009 roku, a przyjazd do Warszawy miał na celu ułatwienie przywódcom państw Europy Środkowej przyjęcie do wiadomości, iż Ameryka, przynajmniej pod kierownictwem tej administracji, godzi się na sytuację, by ramy europejskiej polityki, zwłaszcza dotyczącej Europy Środkowej, wyznaczało strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie. Intencja takiego potwierdzenia znalazła wyraz w oświadczeniu Dostojnego Gościa, że „polityka resetu w stosunkach z Rosją przynosi pozytywne efekty”. Zatem – point de reveries!

Co więcej – można powiedzieć, że ta linia polityczna prezydenta Obamy nawiązuje, kto wie, czy nie świadomie – do polityki prowadzonej przez Franklina Delano Roosevelta, który z premedytacją dążył do oparcia powojennych stosunków na kolaboracji z Rosją, którą na wszelkie sposoby wzmacniał, nawet kosztem niektórych interesów amerykańskich. Być może, że i prezydent Komorowski też tak sobie pomyślał, bo na deklaracje prezydenta Obamy zareagował wiernopoddańczym zapewnieniem, że „nikomu nie zależy na jątrzeniu w stosunkach polsko-rosyjskich”. Jest to wprawdzie deklaracja daleko idąca, ale wbrew pozorom, wcale nie gwarantująca uniknięcia „jątrzenia”, ponieważ w tej sytuacji o tym, czy Polska „jątrzy”, czy nie – będzie decydowała Rosja, kierując się własnym, długo i krótkoterminowym interesem.

Na razie prezydent Obama pobłogosławił koordynację polsko-rosyjskiej dywersji wobec Aleksandra Łukaszenki, a ściślej – wobec Białorusi, którą Rosja uważa już nawet nie za „bliską zagranicę”, ale swoją „wewnętrzną sprawę” na podobieństwo Czeczenii. Dzięki temu nasi dygnitarze mogą przed samymi sobą – bo przecież nikt z zewnątrz nie da się już na to nabrać – udawać mocarstwowość i groźnie kiwać Łukaszence palcem w bucie.

I na koniec zwracam uwagę na odłożenie do jesieni rozmów „na tematy gospodarcze”. Nietrudno się domyślić, że chodzi tu również o żydowskie roszczenia, które zostaną podniesione tym razem już bez żadnych ceregieli, wobec rządu wyłonionego po jesiennych wyborach. Bo chociaż wiadomo, że przed przyjazdem do naszego nieszczęśliwego kraju prezydent Obama został przez starszych i mądrzejszych poinstruowany co do „presji” na tubylczych dygnitarzy, to ani w relacjach, ani tym bardziej – w komunikatach – o „presji” – ani słowa, podobnie jak o jakichkolwiek rozmowach, czy ustaleniach w tej sprawie. Jest zatem prawie pewne, że jakieś ustalenia zapadły, ale na razie nie wolno o nich głośno mówić, żebyśmy kampanię wyborczą naszych Umilowanych Przywódców potraktowali z dziecięcą ufnością.

Stanisław Michalkiewicz

Komentarz   serwis „Nowy Ekran” (www.nowyekran.pl)   31 maja 2011

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2064

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content