Czas zwycięskich pułkowników

Symboliczny spór, symboliczny wyrok. Z jednej strony nieskazitelny, ciężko doświadczony za swoją bezkompromisową miłość prawdy człowiek, legenda polskiego dziennikarstwa. Pisał o sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka i niszczeniu akt SB. Jerzy Jachowicz to jedna z wielu ofiar działań „nieznanych sprawców”, którzy w 1990 roku spalili mu mieszkanie, w pożarze zginęła jego żona. Należy się domyślać, że zleceniodawcami tego podpalenia byli bandyci, zatrudniani w czasach PRL w Służbie Bezpieczeństwa.

Z drugiej strony – funkcjonariusz SB od samego początku swojej zawodowej kariery. Pułkownik Ryszard Bieszyński wstąpił do SB w 1984 roku, zaraz po zakończeniu nauki w szkole policyjnej. Zajmował się rozpracowywaniem opozycji. Zweryfikowany pozytywnie, w III RP pułkownik Bieszyński pracował w UOP i ABW, osiągając, za rządów SLD, funkcje kierownicze w tych służbach. Odegrał znaczącą rolę w wielu bulwersujących sprawach: zatrzymania prezesa PKN Orlen, Andrzeja Modrzejewskiego, rewizji u Anny Jaruckiej bez prokuratorskiego nakazu, w trakcie której znaleziono liczne oświadczenia majątkowe Włodzimierza Cimoszewicza, w sprawie niby-szpiega Marcina Tylickiego, społecznego asystenta posła Gruszki z sejmowej komisji orlenowskiej. Pułkownik Bieszyński odegrał też wyjątkową rolę w śledztwie w sprawie zabójstwa generała Marka Papały, promując hipotezę śledczą o uwikłaniu rodziny generała w to morderstwo. Piękna kariera, piękna hipoteza.

Przedmiot sporu: jedna z najbardziej bulwersujących zbrodni III RP: zabójstwo byłego Komendanta Głównego Policji Marka Papały, w czerwcu 1998 roku. Generał przygotowywał się do roli oficera łącznikowego polskiej misji policyjnej w Brukseli. Tropy, które zostały po tej zbrodni, wiodą do peerelowskich i postpeerelowskich służb specjalnych oraz mafii. Głównymi podejrzanymi w sprawie dokonania zabójstwa są Ryszard Bogucki, skazany już na karę 25 lat więzienia za egzekucję mafijnego bossa „Pershinga” i były szef gangu pruszkowskiego „Słowik”. Tuż przed swoją śmiercią, z inicjatywy Edwarda Mazura, generał Papała spotkał się z nim u emerytowanego generała SB, Józefa Sasina. Po spotkaniu, Edward Mazur chciał jechać z generałem Papałą do jego domu. Generał odmówił,  niedługo potem został zastrzelony pod własnym domem z pistoletu z tłumikiem.

Edward Mazur to kluczowy podejrzany w tej sprawie, jako bezpośredni zleceniodawca tego morderstwa. Biznesmen polonijny z USA, bardzo bogaty, tajny współpracownik Departamentu II  MSW PRL i UOP, informator Ryszarda Bieszyńskiego. Ryszarda Bieszyńskiego, który  początkowo kierował śledztwem w sprawie zabójstwa generała Papały, jako dyrektor Zarządu Śledczego Urzędu Ochrony Państwa. Edward Mazur był podejrzewany przez polskich śledczych o zlecenie tego morderstwa niemal od początku. Już w 2001 roku, podczas tajnej narady, prokurator Jerzy Milewski sugerował aresztowanie Edwarda Mazura  pod zarzutem zlecenia zabójstwa, czemu ostro sprzeciwił się pułkownik Bieszyński. Mimo tego, doszło do zatrzymania Edwarda Mazura w 2002 roku. Podejrzany został błyskawicznie zwolniony przez prokuratora krajowego Karola Napierskiego, na podstawie opinii Ryszarda Bieszyńskiego w nader niepokojących okolicznościach, po czym opuścił Polskę, by nigdy już do niej nie wrócić. Dowody przeciw Edwardowi Mazurowi są poszlakowe. Co prawda, najważniejszy świadek oskarżenia, płatny zabójca Artur Zirajewski zeznał, że Mazur próbował zlecić mu to morderstwo, ale jako gangster, nie był w pełni wiarygodny. Wiarygodności już raczej nie zyska, jako że zmarł w styczniu 2010, śmiertelnie zatruty lekami w gdańskim więzieniu. Co prawda, FBI poinformowało polskich śledczych, że Edward Mazur próbował przekupić
świadków aby zdyskredytowali obciążające go zeznania Zirajewskiego, ale to za mało, by dowieść prawdziwości tych zeznań.

Rola Ryszarda Bieszyńskiego w śledztwie w sprawie zabójstwa generała Papały rodzi najgorsze obawy. Wielokrotnie i bardzo stanowczo, korzystając z autorytetu swojego kierowniczego stanowiska w UOP, bronił Edwarda Mazura przed zarzutami, wbrew prokuraturze, wbrew poszlakom. Lansował za to hipotezę śledczą o zabójstwie na zlecenie rodziny, której absurdalność została potwierdzona udziałem w sprawie pruszkowskich gangsterów. W 2008 roku tak mówiła o pułkowniku Bieszyńskim wdowa po generale Papale:

Źona zamordowanego generała policji powtórzyła również, że jest oburzona wypowiedziami byłego pułkownika UOP Ryszarda Bieszyńskiego, który według niej wywierał na nią naciski, aby przyznała się do zlecenia zabójstwa własnego męża.

Ryszard Bieszyński uchodzi za wytrawnego śledczego, trudno więc uznać za błąd propagowanie „hipotezy rodzinnej”, jako wiodącej. Znacznie bardziej prawdopodobne jest przypuszczenie, że Ryszard Bieszyński chronił w ten sposób cennego współpracownika służb, tak SB, jak UOP. Oczywiście, nie sposób sprawdzić tego scenariusza, służby specjalne słyną tak z umiejętności zachowania tajemnicy, jak z zawodowej solidarności. W dodatku, służby specjalne  PRL, z którymi związani byli panowie Bieszyński i Mazur – znane są tak z bandyckich metod, jak z bezprawia i zakłamania, co w dwójnasób komplikuje sytuację.

Pułkownik Bieszyński został dość szybko odsunięty od śledztwa w sprawie zabójstwa Marka Papały, ale nie przeszkodziło mu to nadal na to śledztwo wpływać. Kiedy Polska przesłała do Stanów Zjednoczonych wniosek o ekstradycję Edwarda Mazura, na wezwanie obrony Ryszard Bieszyński udał się do USA, by zeznawać przeciw temu wnioskowi. Ten ważny wniosek ekstradycyjny był, i bez tego, trudny do zrealizowania, ale zeznania pułkownika Bieszyńskiego z pewnością mu zaszkodziły. Polska przegrała, wniosek upadł. Tym bardziej to bulwersujące, że wiedzę o sprawie zabójstwa Marka Papały nabył Bieszyński jak Szef Wydziału Śledczego UOP i właśnie dlatego jego zeznania miały dużą wagę. Jak można skomentować taki sabotaż działań ważnych polskiego państwa przez jego funkcjonariusza? Czy to otwarta zdrada, ochrona informatora posunięta zbyt daleko, czy czyn dyktowany bezkompromisową miłością prawdy? Nawet w ostatnim wypadku, sprawę oceniłbym jako haniebne naruszenie podstawowych zasad służby przez samowolnego oficera, pozostałe możliwości są znacznie gorsze.

Słusznie oburzony tym sabotażem polskiego wniosku ekstradycyjnego Jerzy Jachowicz napisał komentarz, w którym znalazł się taki fragment:

Wpływ na wczorajsze postanowienie sądu w Chicago miała zapewne delikatna misja, jaką zlecono byłemu oficerowi SB, a później UOP i ABW pułkownikowi Ryszardowi Bieszyńskiemu. Bieszyński – przypomnijmy – pojechał specjalnie do USA, by stanąć za balustradą dla świadków obrony Mazura. Tylko naiwni mogą wierzyć, że były esbek z własnej nieprzymuszonej woli zrobił wszystko, by Mazur nie znalazł się w Polsce.

Także wcześniej Bieszyński był nadzwyczaj aktywny. Docierał wszędzie. W lutym 2002 roku w gabinecie prokuratora krajowego zapewniał o niewinności Mazura. A kilka miesicy wcześniej próbował niemal szantażem nakłonić wdowę po generale Papale do wzięcia na siebie roli żonobójczyni. Robił wiele, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw.

Jest to opinia dziennikarza, ostra i krytyczna, zawierające oskarżycielskie domniemania, wynikające z logicznej analizy faktów przez osobę nieźle znającą temat. Przed analizą formalnych aspektów wyroku, warto się zastanowić, czy sam pułkownik Bieszyński, swoim wpływem na śledztwo, nie dał silnych  podstaw do takich domniemań? Czy działał przeciw wnioskowi Polski z własnej woli, w imię prawdy, którą poznał w jakiś cudowny sposób, głębiej od pozostałych śledczych? Czy miał tytuł i podstawy, by kwestionować wnioski zespołu śledczych i prokuratorów prowadzących to śledztwo w imieniu Polski? Podważać ustalenia polskich instytucji? Czy konsekwentnie podnoszona „hipoteza rodzinna”, która kazała traktować mu żonę generała jako podejrzaną, utrzymała choćby minimum prawdopodobieństwa po wielu latach śledztwa? Czy posłużyła dobru śledztwa, dochodzeniu do prawdy? Czy nieważne były dla Ryszarda Bieszyńskiego zobowiązania oficera specsłużb względem swojego informatora?

Sąd stanął na stanowisku, że nawet mało prawdopodobne odpowiedzi na te pytania nie są wykluczone i surowo ukarał Jerzego Jachowicza. Zapewne, technicznie rzecz biorąc, sąd mógł tak sprawę ocenić, choć i w takim wypadku zadziwia surowość wyroku. Sąd mógł też sprawę ocenić inaczej – tak, jak sąd wyrokujący niedawno w sprawie pomówienia Stefana Niesiołowskiego wobec Jarosława Kaczyńskiego – czyli uznać nadrzędność prawa do swobodnego wyrażenia opinii, nawet fałszywych lub niedowiedzionych, nad prawem do swobody od niedowiedzionych oskarżycielskich opinii. Tak się jednak nie stało, mimo skandalicznego kontekstu, który stworzyło wystąpienie oficera polskich specsłużb przeciw Polsce przed amerykańskim sądem. Widać więc jasno dwoistość standardów polskich sądów, ale to nie ta dwoistość jest w tej sprawie najgorsza.

To, co przeraża najbardziej w tej i kilku podobnych sprawach, to niemoc polskiego państwa i społeczeństwa wobec własnych służb specjalnych. Służby specjalne są obdarzone pozycją szczególną: działają w tajemnicy, w reżimie służbowej dyscypliny. Dysponują uprawnieniami do zdobywania krytycznych informacji na temat obywateli i innych instytucji, z których intensywnie korzystają miliony razy rocznie. Mogą wprowadzać swoich agentów do rozmaitych środowisk i życia gospodarczego. Chronią bezpieczeństwo polityków, ale z pewnością – wiele o nich wiedzą, w tym o sprawach dla polityków niebezpiecznych, vide przypadki Włodzimierza Cimoszewicza. Czasami oddają im przysługi. Tak wyjątkowe przywileje specsłużb mają służyć bezpieczeństwu państwa. W praktyce, jednak, mogą łatwo się zdegenerować i posłużyć wyłącznie interesom ludzi służb lub preferowanych przez nich polityków, kosztem obywateli i państwa. Powstaje więc groźna asymetria: służby wiedzą wszystko o wszystkich, wszystkich mogą skontrolować, a same są chronione przed kontrolą – tajemnicą państwową, solidarnością środowiskową, interesem politycznym władzy. Tym bardziej jest to niepokojące, że polskie służby specjalne zachowały znaczną ciągłość personalną ze służbami z czasów PRL.

Polskie instytucje, w tym sądy, dziennikarze, obywatele – są wobec służb specjalnych praktycznie bezradni. Brak jest skutecznych instrumentów kontroli, gorset procedur sądowych jest skrojony pod relacje symetrycznych podmiotów, a może łatwo zawieść w przypadku arbitrażu między Dawidem pióra a Goliatem specznaczenia. Sprawa Bieszyński-Jachowicz, sprawa Mąka-Sumliński, Mąka-„Rzeczpospolita”, ostatnie uniewinnienie Czesława Kiszczaka, czy przewlekła sprawa oskarżonych o spowodowanie masakry w grudniu 1970 roku – i wiele innych spraw pokazują, jak wielką przewagę mają w III RP ludzie bezpieki, starej i nowej, nad swoimi krytykami, prasą, czy wymiarem sprawiedliwości III RP. Tym dotkliwiej jest to widoczne w sprawie pułkownika Bieszyńskiego, że ten były dyrektor Zarządu Śledczego UOP ośmieszył i upokorzył wręcz państwo polskie, swobodnie i bezkarnie występując przeciw polskiemu wnioskowi za granicą, w sprawie tak dla Polski ważnej. To upokorzenie jest tym większe, że sprawa zabójstwa generała Marka Papały, o ile ją dziś rozumiemy, ma znamiona egzekucji zarządzonej przez ludzi peerelowskich specsłużb na polskim policjancie.

Wiele wskazuje na to, że 22 lata po oficjalnym rozwiązaniu PRL, Polska nie jest suwerenna względem własnych służb specjalnych, w tym także tych o peerelowskich korzeniach. W wielu sprawach to służby rozdają karty, przy biernej lub wspierającej postawie marionetkowych polityków i sądów tłumiących prasową krytykę skandalicznych postępków. Oni kontrolują nas, oni są suwerenni. My nie kontrolujemy ich, podlegamy ich władzy. Wyrok sądu w sprawie Bieszyński-Jachowicz zabrał nam wszystkim kolejną cząstkę wolności

Sceptyczny Wierzyciel

Za: sceptycznywierzyciel.Blog

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content