Bolszewicy to także my – rozmowa z Arsenijem Rogińskim, przewodniczącym stowarzyszenia Memoriał

Dopuszczam wszystkie możliwe naruszenia procedur bezpieczeństwa przez dyspozytorów na Siewiernym. Jak najbardziej to możliwe.

Z Arsenijem Rogińskim, przewodniczącym stowarzyszenia Memoriał, rozmawia Piotr Falkowski

Co jest celem Państwa organizacji?

– Istniejemy już ponad dwadzieścia lat. Mamy, jak wiadomo, kilka celów, ale można je ująć krótko jako pracę związaną z pamięcią historyczną. To ma różne aspekty. A drugie pole naszej działalności to prawa człowieka, co też ma wiele aspektów, przy czym te dwa obszary są bardzo związane i na siebie nachodzą, przecinają się.

Ale są Państwo Rosjanami, obywatelami Federacji Rosyjskiej. Nie czują się Państwo źle, występując przeciw temu rozumieniu historii, jakie wspiera władza i podziela większość społeczeństwa?

– To bardzo złożone. Nie można tego łatwo nakreślić w kilku prostych barwach, że instytucje zmieniły się, nie było parlamentu, a teraz jest parlament i tak dalej, natomiast odniesienie do historii nie zmieniło się. To oczywiście nie takie proste. Dla Rosji ocenienie przeszłości jest znacznie trudniejsze niż na przykład dla Polski czy któregokolwiek z bliskich nam krajów. Polska, żeby ocenić swoją historię, potrzebuje ocenić, czym w niej była po pierwsze Rosja, a po drugie Związek Sowiecki. Kiedy już tego dokonamy, to niesłychanie łatwo jest ocenić całą historię Polski, wychodząc od tych dwóch elementów. Jeżeli traktujesz zło, które było w twojej ojczyźnie jako zło przyniesione na bagnetach zza granicy, cudzą siłą i cudzą wolą, to miejsce twojego kraju w historii jest łatwe do określenia. Byli oczywiście miejscowi współpracownicy reżimu: polscy komuniści. To dalsza złożoność, ale dodatkowa. O tych ludziach można powiedzieć, że to szumowiny albo kolaboranci. Trzeba więc tylko rozstrzygnąć, czy szumowiny, czy kolaboranci. To już łatwe. Weźmy na przykład kraje bałtyckie. Tam jest jeszcze prościej. Było sobie normalne wolne państwo, takie jak Estonia. Przyszli czerwoni – czyli my – i zrobili tam źle. W końcu nastał Michaił Gorbaczow i pod koniec jego rządów już „nas” nie było. Po prostu tę złą przeszłość przynieśli więc Estończykom obcy źli ludzie.

A co z Rosją?

– Naszej przeszłości tak łatwo ocenić się nie da. W Rosji oddzielić w historii dobro i zło jest znacznie trudniej. Nie możemy powiedzieć: „Źyliśmy sobie, a tu przyszli bolszewicy, komuniści, i oni zrobili źle, a potem uciekli i jest już dobrze”. Nie można, ponieważ bolszewicy to także my. Proces oceny przeszłości jest więc bardzo trudny. Trzeba nam przede wszystkim zrozumieć swoją rolę, swoją odpowiedzialność i swoją winę i siebie samych. Nie kogoś, a siebie. Dlaczego jesteśmy tacy? A to jest zawsze trudne. Przyczyny są takie i inne. Ale ta jest jedną z głównych. A druga jest taka, że u nas okres sowiecki trwał znacznie dłużej niż u was. Siedemdziesiąt lat. To więcej niż jedno pokolenie. To dwa, a nawet trzy pokolenia ludzi. Proszę zobaczyć: trzy pokolenia ciągłego prania mózgów. Te trzy pokolenia to dużo. Jest jeszcze trzeci czynnik. Rosyjska historia przed rewolucją była imperialistyczna, mocarstwowa. Polityka sowiecka również była imperialistyczna, jako naturalne przedłużenie imperializmu przedrewolucyjnego. Rosja, szukając swojej tożsamości w historii, zawsze natrafia na jakiś imperializm. Jest jeszcze wiele przyczyn złożoności obecnej sytuacji. Na przykład te wynikające z granicy między ofiarą i oprawcą. Między tym, kto zabijał, a tym, kogo zabijano. Bo te role często zamieniały się w naszej historii. W każdym razie to jest jedna grupa przyczyn powodujących, że ocena przeszłości jest dla nas tak trudna i z powodu których w tej ocenie jesteśmy opóźnieni. I to jeszcze, jak sądzę, zajmie dziesięciolecia.

Jak Pan się czuje, kiedy mówi: „My, bolszewicy”?

– Czuję się odpowiedzialny za to, co zrobiło kierownictwo tego kraju, czyli Związku Sowieckiego, w stosunku do takiej na przykład Estonii (gdzie zresztą uczyłem się na uniwersytecie i mówiłem po estońsku), tak jak i w stosunku do Polski. Szczególnie Sasza [Aleksandr Gurianow zajmujący się w Memoriale sprawą zbrodni katyńskiej – przyp. red.] i jego zespół mają bardzo silne poczucie takiej odpowiedzialności w odniesieniu do was, Polaków. Nie można mówić o swoich „oni”, o pokoleniu naszych rodziców albo dziadków nie można mówić „oni, ci źli” – to byłoby równie straszne, jak zaprzeczanie tym wszystkim zbrodniom. Dlatego w sumieniu łatwiej mi jest nie mówić „oni i my”, tylko po prostu „my”. Z całym bagażem odpowiedzialności. Jest mało ludzi, którzy gotowi są to zrobić, bo wolą mówić: „My nic nikomu złego nie zrobiliśmy, odwrotnie – zrobiliśmy wiele dobrego”. I zaczynają wspominać to, co rzeczywiście zrobili dobrego.

No dobrze, to Pana stosunek do tej trudnej historii. A jak ją widzi na przykład prezydent Dmitrij Miedwiediew albo premier Władimir Putin?

– To różni ludzie. Nie do końca rozumiem naszego prezydenta. Akurat wczoraj z nim rozmawiałem [wywiad przeprowadziliśmy po spotkaniu prezydenta z przedstawicielami organizacji społecznych w Jekaterinburgu 1 lutego br. – przyp. red.] po moim wystąpieniu na temat pamięci historycznej i wówczas po raz pierwszy spotkałem go osobiście. Mam wrażenie, że on trochę to rozumie, ale nie jest jeszcze gotowy na zrozumienie całego ogromu i głębi tych wszystkich problemów. A są to problemy rosyjskiej tożsamości. To problem tworzenia w Rosji narodu obywateli, czego nie da się zrobić bez odniesienia się do przeszłości. On chyba nie rozumie, jak to bardzo jest złożone i nie jestem pewien, czy on zdaje sobie sprawę, jakie to ważne.

A jest Pan pewien, że on w ogóle chce takiego narodu obywateli, społeczeństwa ludzi wolnych i odpowiedzialnych?

– Mam dwie możliwości odpowiedzenia panu. Jedna jest taka, jaką daje wielu ludzi, że Putin i Miedwiediew to jedno, tacy przyrodni bracia, którzy tylko różnią się twarzą i sposobem mówienia, a chcą tego samego: utrzymania autorytarnego reżimu, kontroli regionów, przepływów finansowych i spokoju w kraju, a poza tym nic ich nie interesuje. Ale ja nie mogę w pełni poprzeć tego punktu widzenia, gdyż wydaje mi się on zbyt łatwy. Zbyt łatwy nawet dla Putina, a już tym bardziej dla Miedwiediewa. Nie wiem, czy to człowiek tego formatu, żeby wniknąć w całą głębię tych spraw. Ale jednak w sposobie stawiania problemów różni się od Putina. Może nie dotyczy to niektórych działań, bo na przykład podczas wojny z Gruzją zachowywał się zupełnie tak jak Putin. Ale moje bezpośrednie wrażenie jest takie, że to jednak inny człowiek, jakby bardziej cierpliwy. Na przykład wczoraj w różnych kontekstach padało nazwisko Chodorkowski. Putin już by zaczął walić pięścią i krzyczeć. A ten spokojnie słuchał i starał się odpowiadać w sposób rzeczowy, może nie tak, jak mi by to odpowiadało, ale przynajmniej poprawnie. Starał się słuchać, rozmawiać, a nie tłumić dialog. Może jest jeszcze za wcześnie, żeby mówić o Miedwiediewie, choć z drugiej strony późno. Na pewno okaże się to nie wcześniej niż wtedy, gdy zostanie ponownie prezydentem, jeżeli do tego dojdzie. Wtedy będzie możliwość pełnego wypowiedzenia się o nim. Obecnie nie jest zbyt samodzielną figurą. Wydaje się inteligentnym człowiekiem, wychowanym, wykształconym, który rozumie, co się do niego mówi.

Przejdźmy w takim razie do profilu Władimira Putina.

– Putin zbudował politykę historyczną. Stworzył ją. Bardzo prostą. Jeszcze nie był prezydentem, a już umieścił tablicę pamiątkową Andropowa na budynku FSB [następcy Breżniewa, w latach 1967-1982 szefa KGB – przyp. red.], co było nie do pomyślenia w latach 90. W ciągu roku jego prezydentury przywrócono stary sowiecki hymn państwowy, tylko z trochę poprawionymi słowami, bo zamiast „komunizm” śpiewa się „patriotyzm”, ale w duchu wszystko jest takie, jak było. Dużo uwagi poświęcał historycznemu „uświadomieniu” uczniów, młodzieży. Putin przedstawiał obraz Rosji silnej i mocnej, chciał nadać Rosji nową tożsamość, którą ona miała utracić w latach 90. Przywracał Rosjanom ich „rosyjskość” poprzez siłę, moc i wielkie państwo, któremu my wszyscy służymy.

A na czym miałaby się ta siła opierać. Ciągle na zwycięstwie w wielkiej wojnie ojczyźnianej?

– Ależ tak. I dlatego zaraz pojawia się w tle tego wszystkiego Stalin. Wprawdzie to nie Putin wyciągnął Stalina, ale gdy celem stało się wielkie i potężne państwo, to on sam pojawił się na horyzoncie, a zwycięstwo w wojnie jako główne wydarzenie wszechczasów. Miedwiediew doszedł do władzy, gdy to spojrzenie na przeszłość już zostało sformułowane. Kiedy staliśmy się już krajem zbyt patriotycznym, aż niebezpiecznie blisko cienkiej granicy z nacjonalizmem. Pojawiła się naprawdę nowa rosyjska tożsamość. Ta putinowska tożsamość nie jest imperialistyczna, bo tego zostało już bardzo mało, chociaż to, co się stało z Osetią Południową i Abchazją, dowodzi, że niezupełnie mało. Jednak nie imperializm jest istotny, ale ten nacjonalizm prowadzący do wykorzystywania innych. To rzecz bardzo niebezpieczna.

Obecna polityka Rosji nie jest imperialistyczna?

– No właśnie nie do końca. Ona ma pewne odbicia imperializmu, ale masowe nastawienie ludności zupełnie nie jest imperialne. Imperiów nie zostało już dużo… Gdyby to był tylko imperializm, to łatwiej byłoby to wszystko zrozumieć, bo to byłoby takie bardziej tradycyjne. Często nasi krytycy zarzucają nam imperializm, ale to nie do końca tak. Nowa narodowa tożsamość – „my, wielki naród rosyjski” – prowadzi nie do imperializmu, ale do nacjonalizmu i wywyższania się nad innych. A to do niczego dobrego nie prowadzi.

U nas często mówi się, że Rosja i Rosjanie to zupełnie inna rzeczywistość i nie można tu budować społeczeństwa demokratycznego w oparciu o wolność jednostki, prawa człowieka, wolny rynek itd.

– Wiele razy słyszałem taką opinię. Nie tylko z Zachodu czy od was, Polaków. Ja to też słyszałem od Władimira Władimirowicza [Putina]. Ale ja tak nie uważam. Oczywiście rozumiem, że to przekonanie Putina i prawdziwych komunistów, którzy naprawdę nie są żadnymi komunistami, tylko najprawdziwszymi nacjonalistami w duchu późnego Breżniewa, jak również bardzo wielu ludzi po prostu cynicznych. Ale ja go nie podzielam. Uważam, że aby w jakimś kraju wygrały prawa człowieka, wolność i demokracja, władza powinna dążyć w tym kierunku, a przynajmniej nie przeszkadzać. Ale nasza władza prowadzi kampanię propagandową skierowaną nie na wychowanie wolnego człowieka, demokraty, ale na uczenie wiernopoddaństwa, idei sługi wielkiego mocarstwa, a nie obywatela wolnego państwa. A to bardzo różne rzeczy. Wie pan, co się u nas dzieje ze swobodami demokratycznymi? Instytucje i procedury mają u nas charakter imitacji. Mamy imitację wolności i imitację demokracji. To w rzeczy samej staroruska idea, że ogromnym państwem może kierować tylko swoją silną ręką reżim autorytarny. Myślę, że naród rosyjski pod koniec lat 80. i na początku lat 90. udowodnił, że jest w pełni przygotowany i do wolności, i do demokracji.

Ale to był chyba krótki okres…

– Ta fala odwrotnej reakcji ku dawnemu rosyjskiemu autorytaryzmowi, który był za carów, a potem (tylko gorszy) za Sowietów, powstała pod wpływem wielu procesów, ale przede wszystkim dwóch: nieprawidłowej polityki władzy, nastawionej nie na wychowanie człowieka wolności i demokracji, ale quasi-wolności i quasi-demokracji oraz nieprzemyślenia własnej przeszłości, czyli braku oceny tego, co stało się z Rosją w XX wieku, żebyśmy zobaczyli, co sami zrobiliśmy ze sobą i swoimi sąsiadami. Gdybyśmy mieli wielką, długotrwałą politykę badania tego, to i proces demokratyzacji przyspieszyłby. Myślę, że Rosja nadaje się do demokracji nie gorzej niż Polska, Czechy czy Francja. Tylko nam trudniej, bo mamy niedemokratyczne stereotypy mocno zakorzenione w polityce władzy i odczuciu społecznym. Władza więc nie rozumie i społeczeństwo nie rozumie. Dlatego potrzebna jest ogromna, długa kampania przypominania przeszłości i właściwego ukierunkowania. Tylko że ostatnie dziesięć lat to nastawienie akurat odwrotne. Ale to nie znaczy, że tak będzie zawsze.

Który okres był, w Pana opinii, najlepszy dla tego właściwego ukierunkowania społeczeństwa?

– Ja sądzę, że to był ostatni okres rządów Gorbaczowa. A na początku rządów Jelcyna, niestety, władza się już tym nie zajmowała. Nie przeszkadzała społeczeństwu. Kiedy się do niej zwracaliśmy, że powinna zająć się uświadomieniem obywateli, wyrzucaniem z głowy tych wszystkich stereotypów, szablonów i sztampy, nie zwracano na to uwagi. Jelcyn miał tylko jedną ideę: zbudować kapitalizm, a wszystko inne przyjdzie samo. A przyszedł…

Putin!

– Przyszedł Putin. I przywrócił nacjonalizm typu późnego Stalina i późnego Breżniewa. Rosyjska narodowo-patriotyczna świadomość, ale to – trzeba przyznać – znacznie mniej dotkliwe niż było. Rosja nie ma historycznych doświadczeń związanych z wolnością i demokracją. Tysiąc lat autorytarnego reżimu przeciw pięciu miesiącom wolności w 1917 roku, które szybko przerodziło się w chaos, a potem przyszli bolszewicy. I znowu totalitaryzm sowiecki. I wtedy nastąpiła znowu mała pauza, kiedy to władza się tym nie zajmowała. Dobrze, że się nie zajmowała, ale mogłaby co nieco zrobić. Kiedy byłem w Polsce, mówiłem o tym w siedzibie „Gazety Wyborczej”, że władza powinna robić w dziedzinie pamięci historycznej to, to i to. Wtedy Adam [Michnik] publicznie mnie krytykował. Władza – mówił – niech się do historii nie miesza. Nie. Władza powinna znać swoje obowiązki. I powinna również dużo robić. Tak jak u was władza miała poczucie obowiązku, żeby stworzyć Muzeum Powstania Warszawskiego. Obowiązku stworzenia podstawy dla historycznej świadomości narodu. Moja władza nie poczuwa się, niestety, do takiego obowiązku, by budować ofiarom pomniki, wydawać o tym książki i robić inne podobne rzeczy.

W Rosji Memoriał robi to, co w Polsce Instytut Pamięci Narodowej, duża państwowa instytucja.

– Kiedy mówiłem u prezydenta, a poruszałem wiele tematów i musiałem mówić szybko, bo miałem tylko pięć minut, to widziałem, że jemu jest trudno reagować. On ma tyle różnych problemów: dzieci, ciężarne kobiety, bieda. On jest w tym profesjonalistą, łatwo te kwestie przyjmuje. A tu trzeba innego spojrzenia. Pomniki, miejsca pamięci, odtajnianie archiwów, dopuszczanie ludzi do archiwów – to nie dla niego. A tajność to dla naszych urzędników najważniejsza sprawa. Właśnie wczoraj przegraliśmy w sądzie sprawę z FSB dotyczącą utajnienia, niedawno dwie inne sprawy też przegraliśmy. Jedna z nich dotyczyła Katynia, a druga dostępu ofiar terroru do akt swoich spraw. Prawie zawsze przegrywamy, chyba że chodzi o coś zupełnie bez znaczenia dla państwa. Czasem uda się nam coś wygrać w naszych wewnętrznych sprawach. Ot, choćby ze służbą podatkową, która uznała, że zapłaciliśmy za mało, i podała nas do sądu. To wtedy zdarza się nam wygrać. Ale to nie takie ważne z punktu widzenia wielkiej polityki. Jednak chciałbym być idealistą. I myślę, że skoro Miedwiediew chciał z tych spraw, o których mówiłem, zrobić temat dnia, mimo że nie do końca wiedział, co powiedzieć (ale coś powiedział), to jest to poważny fakt i jest też szansa, że jeżeli on zostanie na następną kadencję, to również będzie można znowu te sprawy postawić jako temat dnia polityki władzy.

Kiedy mówi Pan o praworządności w Rosji, to zaraz przychodzi mi do głowy śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej.

– Ja tej sprawy nie znam. Tylko tyle, co pisze rosyjska prasa. To, o co mają pretensje Polacy, to, jak rozumiem, że nasza władza broni, jak się u nas mówi, czci munduru, czyli tych wszystkich dyspozytorów itd. „My niewinni” – tak jak rosyjski rząd. Ja osobiście nie wierzę, żeby to było przemyślane przestępstwo. To byłoby w moim pojęciu zbyt wiele. Ja w to nie wierzę, a we wszystkie inne możliwe naruszenia mogę uwierzyć. Czemu nie?

Podobno był Pan w Katyniu 7 kwietnia ub.r., kiedy spotkali się tam Putin i Tusk?

– Tak, byłem. Ale muszę powiedzieć, że nawet zdziwiłem się zachowaniem Putina. Wie pan, że ja nie jestem jego sympatykiem, ale kiedy go tam widziałem, to miałem wrażenie, że on jest szczerze wzruszony. A nigdy jeszcze go nie widziałem wzruszonego. A kiedy wracał od polskiego pomnika, to owszem, widziałem. Jeżeli więc coś się w nim zmieniło, to właśnie 7 kwietnia, a po tragedii to się w zrozumiały sposób nasiliło.

Sądzi Pan, że Katyń może zmienić Putina?

– To przedziwna historia. Właśnie u Miedwiediewa wspomniałem, że kiedy z jego polecenia opublikowano w internecie te pięć stron dokumentów katyńskich, to postanowienie Biura Politycznego, to według badań socjologicznych, zaraz pozostało dwa razy mniej Rosjan, którzy myślą, że rozstrzeliwali Niemcy. Było 53 proc., a jest 26 procent. Pięć stron zmieniło myślenie ćwierci społeczeństwa. No jeszcze dwukrotnie pokazano film „Katyń” w telewizji. Ja to wszystko powiedziałem prezydentowi. I było to jedyne miejsce w całym moim wystąpieniu, kiedy on zareagował emocjonalnie. Powiedział: „Co wy mówicie? Przecież tam jest wszystko napisane, nie może być żadnych wątpliwości. A całe 26 procent jeszcze wierzy, że to Niemcy”. Interesujące, że dla tych ludzi, Miedwiediewa i Putina, tak dalekich od humanitaryzmu (oni są raczej dobrzy w ropie naftowej, gazie itd.), historia katyńska ma w planie osobistym wielkie znaczenie. Ona ich także jakoś wewnętrznie wychowała. To jeszcze jedno – dopełniające – znaczenie Katynia.

Czy coś z tego wynika dla polityki państwa?

– Przede wszystkim ta nasza rozmowa jest opublikowana. Jest w internecie. Mi chodziło o coś innego. Ja chciałem zaproponować utworzenie w internecie wielkiego historycznego portalu, w którym najważniejsze dokumenty z sowieckich archiwów zostałyby zeskanowane i opublikowane. I żeby wszyscy się na tym mogli wychowywać. Ale tu prezydent nie odpowiedział. Jednak na historię katyńską zwrócił uwagę, że tylu ludzi wbrew faktom wierzy mitom. Myślę, że jeśli ten człowiek jeszcze zostanie przy władzy, to jest szansa, że on wróci do tego i przyjrzy się tej kwestii bardziej dokładnie. Jest szansa. Ale na to, że on będzie u władzy, szansa jest niewielka… Wiem, że nie on ma wszystkie atuty, nie on zadecyduje.

Dziękuję za rozmowę.


Arsenij Borysowicz Rogiński urodził się w 1946 roku podczas zsyłki swojego ojca. Studiował w Tartu (Estonia), a następnie pracował w Sankt Petersburgu (wówczas Leningradzie) jako bibliotekarz i nauczyciel języka rosyjskiego. W swojej pracy naukowej zajmował się okresem początków państwa sowieckiego, a szczególnie prześladowaniem i likwidacją ugrupowania eserowców (lewicy demokratycznej). Od 1975 roku wydawał w podziemiu pismo o tematyce historycznej „Pamięć”. Był poddawany licznym szykanom, między innymi cztery lata spędził w więzieniu. Jest jednym z założycieli Memoriału, a od 1998 r., na miejsce Andrieja Sacharowa, jego przewodniczącym.

 

KOMENTARZ BIBUŁY: „Bolszewicy to także my” – przyznaje Arsenij Rogiński, ale nie dopowiada co mieści się po drugiej stronie tego „także”. Nie wie do końca, czy nie chce mówić, ale fakty historyczne są nieugięte: w bolszewickim ruchu czołowe role odgrywali Żydzi. Ta mniejszość etniczno-religijna, która w Rosji nie osiągała więcej niż 5 procent ludności, w początkowych i decydujących latach tworzenia się władzy komunistycznej, stanowiła ogromną nadreprezentatywaność. Leon Trocki (czyli Lew Bronstein), Jakow Swierdłow (Salomon), Zinowiew (Radomyslski), Karol Radek (Sobelson), Maksim Litwinow (Wałlach), Lew Kamieniej (Rozenfeld), Moisiej Urickij – to tylko kilka nazwisk z długiej listy żydowskich zbrodniarzy.

Przypomnijmy zatem że na dwa tygodnie przed bolszewicką „rewolucją październikową” 1917 roku Lenin odbył tajne spotkanie w Petersburgu (Piotrogrodzie), na którym czołowi przywódcy Komitetu Centralnego partii bolszewików, którzy podjęli ostateczną decyzję o przechwyceniu władzy drogą rewolucyjnego zamachu. Z dwunastu osób, które brały udział w tym spotkaniu było czterech Rosjan (włącznie z Leninem), jeden Gruzin (Stalin), jeden Polak (Dzierżyński) i sześciu Żydów (czyli połowa!). Do kierowania zamachem zostało wybrane siedmioosobowe „Biuro Polityczne”. Składało się ono z dwóch Rosjan (Lenin i Bubnow), jednego Gruzina (Stalin) i czterech Żydów (Trocki, Sokolnikow, Zinowiew i Kamieniew) – czyli niemal 60%. W tym samym czasie Rada Petersburga (Piotrogrodu), której przewodniczył Trocki, ustanowiła Wojskowy Komitet Rewolucyjny, składający się z 18 członków, którego zadaniem było przejęcie władzy w tym mieście. Komitet ten składał się z ośmiu (lub dziewięciu) Rosjan, jednego Ukraińca, jednego Polaka, jednego mieszkańca regionu Kaukazu i sześciu Żydów. (33%) Wreszcie, w celu nadzoru przygotowań do rewolucji, bolszewicki Komitet Centralny powołał pięcioosobowe „Rewolucyjne Centrum Wojskowe” jako partyjny sztab operacyjny. Składał się on z jednego Rosjanina (Bubnow), jednego Gruzina (Stalin), jednego Polaka (Dzierżyński) i dwóch Żydów (Swiewrdłow i Uricki) – 40%. Nie wspominanie zatem o roli jaką odegrali Żydzi jest zakłamywaniem historii.

  • Więcej przykładów tutaj

Jak pisał przed czterema laty izraelski dziennikarz Steven Plocker na izraelskim portalu Ynet: „Podczas rewolucji komunistycznej, wielu Żydów sprzedało swą duszę diabłu i po wieczność mają krew na swych rękach.” Przypominając kolejną rocznicę „rewolucji październikowej” i czerwonego terroru czekistów, Plocker ostrzega, że „nie możemy zapomnieć o niektórych największych mordercach dzisiejszych czasów, czyli o tych którzy byli Żydami”. Ubolewając nad brakiem rozliczenia z komunistyczną przeszłością, autor wskazuje na braki w edukacji młodzieży. Plocker pisze: „Izraelscy uczniowe kończą szkoły średnie nawet nie słysząc o takich nazwiskach jak Gienrich Jagoda, największym żydowskim mordercy XX wieku, założycielu i szefie NKWD. Jagoda [prawdziwe nazwisko Herszel Jehuda ] starannie wypełniał wszystkie stalinowskie rozkazy kolektywizacji i odpowiedzialny jest za śmierć co najmniej 10 milionów ludzi. Jego żydowscy podwładni utworzyli i kierowali systemem obozów – Gułagiem.

Aby zatem Rosjanie bili się – i całkiem słusznie – w piersi, muszą zrozumieć i to, że byli nie tylko wykonawcami ale także byli kierowani przez garstkę rewolucjonistów, w tym i tych wywodzących się z narodu rewolucjonistów – w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Za: Nasz Dziennik, Środa, 18 maja 2011, Nr 114 (4045) | http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110518&typ=sw&id=sw01.txt | Bolszewicy to także my

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content