Nie takie światła? No i co z tego?

Strona polska kwestionuje wiarygodność informacji MAK dotyczącej rodzaju świateł funkcjonujących na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj.

Rosjanie pozwolili sobie na stwierdzenie, że na lotnisku Siewiernyj w dniu katastrofy pracował system ŁUCZ-2MU. W rzeczywistości światła zbliżania nie miały z nim nic wspólnego – ripostują w swoich „Uwagach” do raportu MAK polscy specjaliści. Co na to strona rosyjska? Uznała, że to bez znaczenia, bo przy gęstej mgle załoga na wysokości decyzji i tak nie miała szans na wypatrzenie świateł lotniska. O drzewach wrastających w system świetlny Rosjanie niemal zapomnieli, zapewne dlatego, że zostały wykarczowane zaraz po katastrofie.

Udokumentowane jeszcze w dniu katastrofy: brakujące żarówki, porozbijane lub nigdy nieistniejące lustra reflektorów czy prowizoryczna instalacja elektryczna – tak w ocenie rosyjskich ekspertów z Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego wygląda sprawnie działający system świetlny ŁUCZ-2MU na lotnisku Siewiernyj. Bezczelność MAK jednak nie zna granic. W raporcie uznano bowiem, że nawet fakt, że najbardziej oddalone od pasa startowego rzędy świateł, na wyrost określanych mianem reflektorów, nie były sprawne lub zasłonięte przez drzewa, nie mógł mieć znaczenia dla bezpieczeństwa lotu Tu-154M, bo załoga w tak gęstej mgle nie mogła ich dostrzec. W ocenie ekspertów, takie założenie to poważne nadużycie, bo choć rzeczywiście nawet sprawny i zgodny z wymogami system świetlny mógł być dla załogi niewidoczny, to jednak piloci mogliby zaobserwować pewne efekty jego działania w postaci poświaty. Dla pilota nawigującego w trudnych warunkach atmosferycznych jest to już sporą pomocą.
Mimo istniejącej dokumentacji fotograficznej z dnia katastrofy samolotu Tu-154M, przeczącej raportowi MAK, Rosjanie autorytatywnie stwierdzili, że wyposażenie świetlne na lotnisku Siewiernyj pochodziło z systemu ŁUCZ-2MU i rozłożone było „według schematu SSP-1 z MK-259 bez linii świateł pulsujących”. Co więcej, oblot kontrolny z 15 kwietnia 2010 r. wykazał, że w porównaniu z przytoczonym schematem istnieje jeszcze jedna linia świateł w odległości 100 m od progu pasa. Wprawdzie po oblocie przyznano, że „w zależności od położenia i wysokości lotu, światła w odległości 400, 700 i 800 metrów od progu pasa (WPP 26) mogą być zacieniane przez rosnące wokół nich drzewa i krzewy”. Jednak Rosjanie szybko dodali, że zgodnie z raportem kierowcy-reflektorowego, 10 kwietnia 2010 r. w czasie od 7.00 do 8.00 przy przeprowadzaniu przeglądu przedlotowego wyposażenia świetlnego było ono sprawne i gotowe do pracy i – co istotne – uwag w tym zakresie od załóg wykonujących loty komisja nie otrzymała. Taka deklaracja dziwi, bo MAK chwilę później stwierdził, że „światła drugiej i trzeciej grupy (800 i 700 metrów od progu WPP 26) nie istnieją, znajdują się resztki lamp, kabel zasilający oberwany”, a na „światłach pierwszej grupy (900 metrów) były rozbite filtry świetlne, z trzech żarówek świeciła jedna”. Dalszą analizę systemu świetlnego sporządzoną przez MAK można sprowadzić do pytania: „No i co z tego?”, bo jak wyliczyli Rosjanie, samolot, znajdując się na ścieżce zniżania, powinien znaleźć się na wysokości decyzji (100 metrów) w odległości 1800–1850 metrów od progu WPP 26, a to oznacza, że załoga lecąca we mgle nie mogła nawiązać wizualnego kontaktu nawet z pierwszym (900 metrów od WPP) rzędem świateł zbliżania.

Reflektory bez luster

Przekłamanie MAK dotyczące systemu świetlnego wytknęli polscy eksperci dysponujący dokumentacją fotograficzną z 10 i 11 kwietnia 2010 roku. Jak uznali, jednoznacznie wynika z niej, że światła zbliżania i horyzontu rozwinięte na lotnisku Smoleńsk Północny nie należały do urządzenia ŁUCZ-2MU, jak zostało to opisane w raporcie MAK. Co więcej, nie udało się nawet ustalić, skąd mogły pochodzić owe „elementy świetlne”. Rosyjskie „reflektory” nie posiadały luster i soczewek skupiających oraz możliwości regulacji kąta świecenia w płaszczyznach: pionowej i poziomej. W takiej sytuacji, jak zauważyli polscy eksperci, rzeczywiście mogło być tak, że załoga nie mogła nawiązać wizualnego kontaktu nawet z pierwszym rzędem świateł zbliżania, „bowiem rozwinięte na lotnisku Smoleńsk 'Północny’ elementy systemu świetlnego nie posiadały charakteru reflektorów, a ich charakterystyki fotometryczne daleko odbiegały od wymaganych standardów”. Jak ponadto stwierdziła strona polska, „faktyczny stan techniczny urządzeń świetlnych diametralnie różnił się od stanu wykazanego w Protokole z oblotu lotniska z 25 marca 2010” (uznano wówczas, że sprzęt sygnalizacji świetlnej spełnia wymagania do zabezpieczenia lotów statków powietrznych bez ograniczeń), a „zły stan techniczny urządzeń świetlnych miał negatywny wpływ na możliwość nawiązania kontaktu wzrokowego ze światłami i określenie pozycji względem terenu przez załogi statków powietrznych”.

Wielkie karczowanie

Polscy eksperci zaznaczyli także, że skupiska drzew stanowiły „realne zagrożenie dla statków powietrznych wykonujących podejścia do lądowania na DS 26, szczególnie w tak trudnych warunkach atmosferycznych, jakie panowały w dniu 10 kwietnia 2010 r.”. Jak zaznaczono, drzewa i krzewy porastające teren przed progiem pasa przysłaniały załogom statków powietrznych światła systemu świetlnego oraz ograniczały obsadzie wieży i tak już znacznie utrudnioną (z uwagi na mgłę) widoczność na podejście z kierunku 259 stopni. – W tej sytuacji nie można mówić, że lotnisko było w pełni sprawne i przygotowane do przyjmowania statków powietrznych, szczególnie o statusie HEAD – uznała strona polska. Eksperci równocześnie wytknęli Rosjanom, że w dokumencie „Akt przeglądu technicznego lotniska Smoleńsk Północny w celu przyjęcia rejsów specjalnych” z 5 kwietnia 2010 r. stwierdzono jedynie, że „…w odległości od 1 do 4 km od progu pasa startowego przeszkód o wysokości powyżej 10 m względem progu pasa startowego i od 4 km do końca pasa podejść powietrznych o wysokości 50 m względem progu pasa startowego brak”. Nie podano jednak żadnej informacji o ewentualnych przeszkodach położonych w odległości do 1 km od progu DS 26, a więc na terenie, na którym stwierdzono skupiska wysokich drzew (wykarczowanych po katastrofie) nie tylko zasłaniających system świetlny, ale i stanowiących zagrożenie dla lądujących samolotów.

Smoleńska prowizorka

W ocenie dr. inż. Antoniego Milkiewicza, pilota i specjalisty od badań katastrof lotniczych, który pracował w Smoleńsku w pierwszych dniach po katastrofie, tego rodzaju braki w przypadku systemu świetlnego lotniska to poważne uchybienia. – W Smoleńsku mieliśmy do czynienia z prowizorką. Można uznać, że brak było właściwego systemu świetlnego, bo jeśli się uprzeć, to te żaróweczki przecież świeciły, tylko komu i co miały one oświetlić? – zauważył. Jego zdaniem, braki dotyczące oceny tej sytuacji w raporcie opisującym okoliczności katastrofy nie mogą mieć miejsca, szczególnie gdy są jednoznaczne dowody, by stwierdzić, że nie wszystko było tak, jak trzeba. Wówczas wręcz należało powołać się na te dowody w raporcie. Jak uznał dr Milkiewicz, sprawny system świetlny lotniska przy złych warunkach pogodowych jest istotnym elementem wpływającym na bezpieczeństwo lotu. – Od bliższej radiostacji prowadzącej, a więc od wysokości 100-70 m do poziomu zero (pasa startowego) jest za mało czasu, by patrzeć na wysokościomierz i szukać ziemi. To tylko kilkakrotne, szybkie sprawdzenie. Światła są po to, by pilot łatwiej mógł dojść do drogi startowej – zaznaczył. Jak ocenił Milkiewicz, nawet przy widzialności skośnej rzędu 200 metrów, jeżeli zamontowane są właściwe światła, to byłaby szansa zobaczenia przynajmniej poświaty od tych reflektorów. – Nie mówię, że załoga zobaczyłaby światła, ale mogłaby dostrzec pewne rozjaśnienie. Słowem, pewien skutek świecenia reflektorów mógł być widoczny w tamtych warunkach pogodowych. Dla pilota jest to już jakiś wskaźnik – podkreślił dr Milkiewicz. Jak uznał, formalnie rzecz ujmując, należy przyjąć, że system awizowany w karcie lotniska nie był w pełni sprawny, był fikcją, i to powinno skutkować jego dyskwalifikacją.

Również kpt. Janusz Więckowski, doświadczony pilot, jest zdania, że system świetlny, szczególnie w złych warunkach atmosferycznych, to istotny element wyposażenia lotniska, który pokazuje pilotowi centralną oś pasa, położenie samolotu względem strefy podejścia. – Światła pokazują drogę i pilot trzymając się tej „trasy”, czuje się bezpieczniej. To, co tam zastała załoga Tu-154M, to, jak wyglądały te lampeczki, dodatkowo zasłonięte drzewami, to skandal. Było to wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, już nie wspominam o międzynarodowych przepisach – dodał.
Także w ocenie gen. bryg. rez. Jana Baranieckiego, byłego zastępcy dowódcy Wojsk Lotniczych Obrony Powietrznej, tego rodzaju braki w przygotowaniu lotniska to poważna wada obiektu, która z pewnością przekładała się na jakość lądowania. – Zawsze trzeba robić wszystko, by samolot, który ma lądować, miał jak najlepsze warunki, a nie najgorsze. Taka zasada obowiązuje na całym świecie. Wszystko, co się robi na lotnisku, służy temu, by załoga, która chce wystartować czy wylądować, czuła się możliwie bezpiecznie. Nie można pozwolić sobie na taryfę ulgową i te urządzenia, których obecność wskazuje klasa lotniska, muszą nie tylko istnieć, ale i właściwie działać – zauważył gen. Baraniecki. Jak dodał, tak poważne braki w systemie świetlnym, jego niezgodność z deklarowanymi standardami rodzą pytania nie tylko o to, w jaki sposób i na jakich zasadach lotnisko Siewiernyj funkcjonowało do tej pory, ale i o rzetelność rosyjskiego dokumentu.

Marcin Austyn

Za: Nasz Dziennik, Środa, 23 lutego 2011, Nr 44 (3975) | http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110223&typ=po&id=po61.txt | Nie takie światła? No i co z tego?

Skip to content