Rozmowy polsko-rosyjskie

Aktualizacja: 2011-01-12 5:21 pm

Słynny polityczny obrońca czasów jeszcze carskich, mecenas Śmiarowski, taką oto odbył rozmowę z prokuratorem carskim na okręg warszawski:

– Czy sznur, na którym wiesza się skazańca jest przepisowej długości? – zapytał Śmiarowski

– Chyba tak – rzekł na to carski prokurator

– Czy używa się parę razy tego samego sznura?

– Nie sznur musi być nowy

– Wiele kosztuje arszyn takiego sznura?

– A cóż pan ze mną w kółko o tym sznurze…?!

– A o czym ja mam z panem mówić?

Piękny ten przykład ustawia dziś jeszcze relacje polsko-rosyjskie na płaszczyźnie właściwej, z której nie powinny one nigdy zejść. Jeśli ktoś nie rozumie o co mi chodzi podam inny przykład. W dworach i pałacach polskiego ziemiaństwa była pewna hierarchia, według której traktowano interesantów i gości. O tym jak podejmowano rodzinę i gości z innych dworów nie ma co wspominać, bo wszystkim to jest wiadome. Chodzi o tak zwanych innych, czyli o mieszkańców wsi, Żydów arendarzy i wozaków oraz o przedstawicieli władzy czyli urzędników i oficerów carskich. Wyglądało to tak; chłopi, o ile akurat nie przychodzili po wypłatę lub nie byli we dworze zatrudnieni, przychodzili tam po lekarstwo, kiedy ich coś bolało lub zdawało im się, że ich boli. Było specjalne pomieszczenie, gdzie tych ludzi podejmowano. Tak było w guberni kowieńskiej, zwanej później niepodległą Litwą, tak było w Mińszczyźnie, na Podolu, nad Dnieprem, a także w Kongresówce. Żyd, który przychodził z jakąś sprawą do pana, o ile nie załatwiał grubszych interesów w kancelarii, a był jedynie dzierżawcą lasu lub sadów, albo woził drewno do dworu, stawał w sieni i czekał, aż służąca przyniesie mu herbatę i postawi ją na komodzie. Pił sobie tę herbatę, załatwiał co miał do załatwienia i wychodził do swoich spraw.

Rosjan w cywilu, nie mówiąc już o popach czy oficerach, nie wpuszczano za próg w ogóle. Nieliczne przypadki kiedy do takiej profanacji doszło, omawiane były i komentowane wiele pokoleń później jako zjawiska z dziedziny kataklizmów, krachów giełdowych, najstraszniejszych zawstydzeń, zdrad i hańby. Mówimy tu cały czas o okresie po Powstaniu Styczniowym. Wcześniej różnie bywało. Jednak postępki wojsk i urzędników jego cesarskiej wysokości w czasie styczniowej insurekcji tak głęboko wryły się w pamięć panów braci, że nie tylko o pojednaniu mowy nie było, ale nawet o piciu herbaty postawionej na komodzie. I komu to przeszkadzało – chce się w tym momencie zakrzyknąć. No komu?

Dramatyczna przewaga Polaka nad Rosjaninem w tamtym czasie polegała na tym między innymi, że Polak władał swobodnie czterem językami. Nie było wśród nich rosyjskiego, co się rozumie samo przez się. Był natomiast francuski i w tym języku pan dziedzic zwracał się do podjeżdżającego pod jego dom bryczuszką chudego ruskiego asesora. Jeśli ów asesor język francuski „posiadał” dochodziło do wymiany zdań, zdawkowej i krótkiej. Jeśli zaś nie posiadał odjeżdżał sobie gdzie mu tam pasowało i była to jego ostatnia wizyta w tym dworze. Nie mógł niestety udać się na skargę do swego zwierzchnika rezydującego w mieście i powiedzieć mu jak podły Polak spostponował go znajomością języka Gallów, bo zwierzchnik ów sam ów język posiadał i uważał za szczyt dobrego tonu posługiwanie się nim na co dzień. Skarga odniosła by więc skutek odwrotny do zamierzonego. Biedny asesor mógłby wylądować w jakimś mniej niż Podole czy Kowieńszczyzna sympatycznym miejscu, na przykład w górach Sichote Alin, w których roiło się w tamtym czasie od tygrysów i chińskich bandytów. Oficerowie rosyjscy dobrze wiedzieli jakie zwyczaje panują we dworach i nie pchali się nawet za próg, jeśli zaś któryś spróbował załatwiano go w ten sposób, że wychodziła doń służba, która podejmowała gościa herbatą i ciastkami. Ani starsi państwo, ani tym bardziej ich dzieci nie pojawiali się w salonie. Po pięciu minutach spędzonych w towarzystwie lokaja Franciszka i pokojówki Klementyny, „pan porucznik od szaserów” wybiegał stukając obcasami o ganek i wszystko wracało do normy. On także nie miał po co chodzić na skargę, bo jego zwierzchnicy utożsamiali się raczej z uniwersalną – dziś powiedzielibyśmy – europejską – kulturą, reprezentowaną przez dwór i wyższe warstwy rosyjskiego aparatu administracyjnego niż ze swoim podwładnym, frustratem i aspirującym do świata i pieniędzy mydłkiem. Nie znam żadnych poza policyjnymi opisów relacji pomiędzy dworem a duchownymi prawosławnymi. Oni uważali dwór za siedlisko zdrady i gniazdo wrogów religii oraz Boga prawdziwego, a dwór uważał ich za kapusiów policyjnych i nawet do ogrodu nie wpuszczał.

Czasy te minęły i zostały zapomniane. Minęły na skutek działalności trybunałów rewolucyjnych i komisji dzielących ziemię obszarników pomiędzy chłopów, a zapomniane zostały wskutek działalności zaprzańców, zdrajców i oszustów. Dlatego dziś mamy to co mamy. Nie rozumiem jak można się dziwić bezczelności z jaką został wygłoszony raport MAK, nie rozumiem, bo każdy kto czytał nieśmiertelną prozę Leopolda Tyrmanda powinien wbić sobie raz na zawsze do głowy to w jaki sposób Rosjanie utrwalają panowanie w podbitym kraju. Robią to poprzez upokorzenie jego mieszkańców w najbardziej widowiskowy sposób.

Opisywałem to już, ale jeszcze powtórzę. Przypomniał Tyrmand w swoim dzienniku pewien mecz, który odbył się w Krakowie w roku 1945 pomiędzy Wisłą a moskiewskim Dynamem. Wszystko było już zaklepane, kraj w rękach ruskich i każdy wiedział, że nie ma odwrotu. Spodziewano się więc po Rosjanach spokojnej i dobrej gry. No bo o co chodzi? Okazało się jednak, że chłopcy z Moskwy dali popis takiego chamstwa o jakim w mieście stołecznym Krakowie nie słyszano od czasu kiedy strzała utkwiła w szyi hejnalisty. Pomagał im sędzia i kordony milicji otaczające stadion, a oni kopali, faulowali i rżeli ze śmiechu z publiczności, która nie mogła zejść na murawę i obić im mordy, bo zostałby rozstrzelana na miejscu.

Dziś mieliśmy analogiczny pokaz. Nie wiem czy oznacza to przypieczętowanie kolejnej okupacji, wiem tylko że dziś już nie mamy im czym imponować. Mało kto zna dziś w Polsce cztery języki, a jeśli już jakiś zna, to jest to przeważnie język rosyjski. Nie ma już dworów, Żydów arendarzy, nie ma nawet prawosławnych duchownych, którzy donosiliby na policję. Kto inny donosi. Jedne co dziś możemy zrobić to protestować. Każdego dnia, tak jak tylko potrafimy, musimy mówić i pisać o tym kłamstwie, o tym chamstwie, a jeśli trzeba wyjść na ulicę, bo tylko to nam zostało. Nie mamy już autorytetów – jak napisała Eska. Nie mamy majątku – jak napisał T-rex, nie mamy już właściwie nic i jeśli nie będziemy protestować osobiście i grupowo każdego dnia, zdarzy się na pewno, że przyjdą po nas nad ranem i każdego pojedynczo odprowadzą w nieznanym kierunku. I nie będzie wtedy nikogo kto przeciwko tej praktyce by zaprotestował. Nie będzie naprawdę nikogo. Piszmy więc i mówmy. Pokazujmy się także. Im nas będzie więcej tym lepiej. Naród proli musi używać broni proli – masy. Bo nic innego mu już nie zostało.

Coryllus

Tags: ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=30472 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]