W czyich rękach jest Smoleńsk?

Czynności polskich i rosyjskich śledczych badających przyczyny i okoliczności katastrofy smoleńskiej budzą coraz większe wątpliwości.

Rosyjska prokuratura, w której ustalenia polski rząd pokłada nadzieje, jest na świecie symbolem patologii i wynaturzenia wymiaru sprawiedliwości. Prokuratura kierowana jest przez przyjaciela Władimira Putina, Jurija Czajkę. Od lat związany jest on z obecnym premierem. Swoje „sukcesy” rozpoczął w sowieckiej prokuraturze. Potem zaczął się piąć w strukturze rosyjskiej. Na kolejne stanowiska rekomendował go m.in. Putin. Czajka nie pozostawał mu dłużnym, stał się jednym z najważniejszych „żołnierzy” obecnego premiera. Swoim nazwiskiem firmuje większość politycznych procesów. Najważniejszymi w ostatnich latach były morderstwa Aleksandra Litwinienki oraz Anny Politkowskiej. Kraje zachodnie badające obie sprawy nie mają żadnych wątpliwości, że za ich śmiercią stoją ludzie powiązani z obecnym premierem. Oboje krytykowali Kreml, ujawniali jego patologiczne działania i groźne powiązania. Jak ustaliły brytyjskie służby, byłego pułkownika KGB, Litwinienkę, otruł Aleksander Ługowoj. Rosja odmówiła jednak jego ekstradycji, wkrótce potem został on posłem do Dumy. Czajka z kolei ujawnił, że ze śledztwa jego ludzi wynika niezbicie, że w zabójstwo Litwinienki zamieszany jest kto inny. Wskazał na przyjaciela Michaiła Chodorkowskiego, Leonida Newzelina z Jukosu. Podobnie kuriozalne było śledztwo Czajki dotyczące śmierci Politkowskiej. Publicznie wyrażał on opinie, że za jej zabójstwem stoją przeciwnicy Kremla za granicą, chcący zdestabilizować sytuację polityczną w Rosji. To między innymi dzięki działalności Czajki wciąż nieznani są sprawcy coraz częstszych morderstw rosyjskich dziennikarzy oraz adwokatów. Jurij Czajka firmuje swoim nazwiskiem wszystkie procesy, od których w Zachodniej Europie jeżą się włosy na głowie. On był ramieniem zbrojnym Putina przy zniszczeniu Jukosu i Michaiła Chodorkowskiego. On wytacza przeciwko biznesmenowi coraz to nowe działa, stawiając mu nowe zarzuty. Władimir Putin mówił ostatnio, że Chodorkowski ma krew na rękach. Niewykluczone więc, że Czajka również oskarży go o morderstwo. Robił to wcześniej z innymi biznesmenami skłóconymi z Kremlem.

Rosyjski wymiar sprawiedliwości jest karykaturalnym obrazem egzekwowania prawa. Prokuratorzy są tam w pełni dyspozycyjni wobec władzy. Zarówno oni, jak i sędziowie służą interesom służb i rządzących. Gdy ktoś zbyt głośno krytykuje rządzących lub wspiera opozycję, zostaje w majestacie prawa skierowany na przymusowe leczenie w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym lub oskarżony o przestępstwa i wtrącony do więzienia. To na przykładzie wymiaru sprawiedliwości widać najlepiej, jak wiele mechanizmów z czasów stalinowskich zostało przywróconych przez Władimira Putina w Rosji. Przeciwko każdemu, kto zostanie przez Putina uznany za wroga, rozpoczyna się procedurę zaszczucia i zniszczenia, od którego drogi ucieczki są tylko dwie – wyjazd z kraju lub śmierć. Nie ma wątpliwości, że podobnie dyspozycyjny, jak prokuratura, jest Międzynarodowy Komitet Lotniczy, który wraz ze śledczymi bada przyczyny katastrofy smoleńskiej. Kierowany przez Tatianę Anodinę zespół był wielokrotnie krytykowany za błędy, brak skrupulatności i zatajanie niewygodnych dla siebie i Rosji faktów. Choć w polskich mediach MAK jest przedstawiany jako organizacja międzynarodowa, jest on w pełni zależny od Rosji. W jego skład wchodzą przedstawiciele dawnych republik sowieckich. Komitet jest narażony na permanentny konflikt interesów. Jako licencjodawca wszelkich zakładów lotniczych, części i lotnisk, ocenia poniekąd swoją pracę podczas każdego badania katastrofy. To on m.in. pozwalał zakładom w Samarze serwisować polskiego Tupolewa, którego rozbicie się obecnie się bada.

Anodina jest jedną z zaufanych Władimira Putina. Gdy dodać do tego fakt, że prezesem zakładów w Samarze jest zięć premiera, a szefem zakładu zajmującego się rządowym Tupolewem jeden ze sponsorów jego kampanii wyborczej, zdolności strony rosyjskiej do zbadania czegokolwiek związanego z katastrofą wydają się być mrzonką. Przy takim układzie wiadomo, że nikt nie będzie nawet badał wątków, które mogłyby zaszkodzić w jakikolwiek sposób Putinowi i jego zaufanym. Gdyby się ktoś taki znalazł, Putin zawsze może „spuścić ze smyczy” Jurija Czajkę…

Warunki panujące w Rosji nie dają żadnych gwarancji uczciwego procesu. Wie to cały demokratyczny świat. Wie to również „Gazeta Wyborcza” postrzegana w Polsce jako sprzyjająca Rosji. Jej artykuły zamieszczone w dziale świat mówią prawdę o rosyjskim systemie sprawiedliwości. Co ciekawe, ta sama gazeta nie podważa, zupełnie tak jak polski rząd, zdolności strony rosyjskiej do zbadania okoliczności śmierci polskiego prezydenta i 95 członków polskiej delegacji do Katynia. A panujące w Rosji warunki wykluczają dochodzenie jakiejkolwiek prawdy. Przecież nikt nie będzie się starał zadawać pytań, bo nie wiadomo kiedy można nacisnąć na odcisk Putinowi. Wiadomo, że Rosjanie będą badali tylko to, na co zgodzi się ich premier. Takim ludziom, działającym w tak skonstruowanym systemie, polski rząd oddał śledztwo w sprawie śmierci polskiego prezydenta oraz delegacji parlamentarnej. Zrobił to albo z niewiedzy, albo z głupoty, albo ze strachu przed prawdą. Gdyby bowiem dowiedział się czegoś, musiałby zareagować.

W całej sprawie nie tylko strona rosyjska działa źle. Również polscy prokuratorzy zachowują się dziwnie. Początkowo zapewniali opinię publiczną, że współpraca i śledztwo idą bardzo dobrze. Andrzej Seremet zarzekał się, że strona rosyjska działa perfekcyjnie, choć polscy śledczy nie otrzymywali dokumentów z Rosji. Potem nagle okazało się, że sytuacja jest tragiczna, materiałów nie ma, Rosjanie nie realizują wniosków o pomoc prawną. Obecnie – jak twierdzi Prokurator Generalny – współpraca znów układa się dobrze. Jednak rodziny nadal nie mają dostępu do części akt, są traktowane jak zło konieczne, a Polska nie ma najważniejszych akt śledztwa. Wszystkie dokumenty, które dotrą do Polski, są najpierw tłumaczone przez kilka miesięcy na polski, a dopiero potem udostępniane rodzinom. Nawet jeśli władają one dobrze językiem rosyjskim. Jak zaznaczają rodziny, śledczy zachowują się tak, jakby obawiali się pokazać zbyt dużo.

Choć znaczna część Polaków uważa, że prokuratura wojskowa badająca przyczyny katastrofy działa niezadowalająco, jej szef Krzysztof Parulski w sierpniu otrzymał nominację na stopień generała Wojska Polskiego. Czekał na to ponad dwa lata. Jak informowały media, oczekiwanie miało być karą za protest z 2007 roku. Wówczas kierowane przez niego Stowarzyszenie Prokuratorów RP podjęło głośny apel dotyczący domniemanych nacisków politycznych na prokuratorów. Nacisków, których nigdy nikomu nie udowodniono (komisja naciskowa wciąż szuka takich dowodów). – Nie żałuję tego, co nasze stowarzyszenie zrobiło w 2007 roku. Walka o niezależną prokuraturę była koniecznością dziejową. Gdyby sytuacja nas do tego zmusiła, podjęlibyśmy taki apel jeszcze raz – mówi teraz Parulski. I niewykluczone, że właśnie powinien bić na alarm. Tyle tylko, że tym razem musiałby apelować we własnej sprawie. On obecnie jest Naczelnym Prokuratorem Wojskowym i zastępcą Prokuratora Generalnego. Rodziny części ofiar mówią wprost, że prowadzone przez Parulskiego śledztwo przypomina sprawy z PRL-u, gdy śledczy realizowali wytyczne rządzących. Zdaniem części bliskich tragicznie zmarłych oraz ich adwokatów polskie śledztwo wygląda jak prowadzone według wytycznych ze świata politycznego.

Opinie rodzin wynikają być może z emocji, ale uprawdopodabnia je poniedziałkowy wywiad PAP z Andrzejem Seremetem. Prokurator Generalny wskazuje na zagrożenia związane z brakiem autonomii budżetowej prokuratury. Bez ogródek przyznaje, że „nie będzie do końca niezależnej prokuratury, jeżeli nie będzie uwarunkowań finansowo-logistycznych służących prokuraturze”. Podkreśla, że obecne zasady budżetowe oznaczają, że prokuratura jest petentem proszącym o pieniądze na działanie. Przyznaje, że rozdzielenie od Ministerstwa Sprawiedliwości spowodowało, że śledczy nie mają żadnych rezerw, z których mogą korzystać. A to daje rządowi bardzo skuteczny mechanizm nacisków na prokuratorów.

Wypowiedź Seremeta należy traktować bardzo poważnie. Przyznał on bowiem jasno, że polska prokuratura nie jest obecnie do końca niezależna!!! A to ona w Polsce bada przyczyny katastrofy smoleńskiej. Słowa prokuratora generalnego może były skrótem myślowym. Seremet swoim wywiadem mógł jednak również chcieć zaalarmować opinię publiczną, że śledczy są poddawani presji, a z drugiej strony dać do zrozumienia politykom, że nie będzie się wahał ujawnić ich ewentualnych nacisków. Wypowiedź szefa polskich śledczych powinna budzić niepokój. W sposób oczywisty podważa ona wiarygodność wszelkich czynności swoich podwładnych. A one i tak są mało wiarygodne, szczególnie, że opierają się na rosyjskich źródłach. A te akceptowali Jurij Czajka z Władimirem Putinem.

Stanisław Źaryn

Za: Fronda.pl |http://www.fronda.pl/news/czytaj/w_czyich_rekach_jest_smolensk

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content