Powodzianie do Komorowskiego: Przeproś burmistrza!

Kiedy zobaczyłem, jak prezydent Komorowski i marszałek Schetyna wychodzą tylnym wyjściem, pomyślałem, że spalę się ze wstydu

Z Jerzym Grzmielewiczem, burmistrzem Bogatyni, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezydent Komorowski jak ognia unikał pytań dziennikarzy o to, z czym przyjechał do Bogatyni. Dowiedział się Pan od niego może czegoś więcej?
– Ciężko mi się odnosić do czyichś słów, tym bardziej do czyichś deklaracji. Mam jedynie nadzieję, że nie będą to tylko czcze obietnice, bo rzeczywiście tak to zabrzmiało. Prawdę mówiąc, wyglądało to tak, jakby ktoś przyjechał do chorego, poklepał go po ramieniu, powiedział, że będzie dobrze i odjechał. Liczę, że zgodnie z obietnicami, dotrze do nas poważna pomoc, bo tu nie słowa, ale grube miliony złotych są potrzebne, i to od zaraz.

Jak mieszkańcy oczekujący na prezydenta i marszałka przyjęli fakt, że po posiedzeniu sztabu kryzysowego w urzędzie miasta wyszli oni tylnym wyjściem, uciekając przed ludźmi?
– Kiedy zobaczyłem, jak prezydent Komorowski i marszałek Schetyna wychodzą tylnym wyjściem, myślałem, że się spalę ze wstydu, choć tak naprawdę to nie ja powinienem czuć się nieswojo. Ludzie krzyczeli: „Przeproś burmistrza!”. Mówili, że nie pozwolą, by ktoś obrażał burmistrza i mieszkańców Bogatyni.

Uściślijmy może, że dotyczyło to słów krytyki, jakie kilka dni temu wypowiedział minister Miller, zarzucając Panu brak inicjatywy i nieskuteczność. Prezydent i marszałek Sejmu byli jednak pod wrażeniem dobrze wykonywanej pracy. Czy teraz czuje się Pan przynajmniej częściowo zrehabilitowany?
– Rzeczywiście, podczas konferencji prasowej prezydenta Komorowskiego i marszałka Schetyny padły słowa o świetnej organizacji pracy. W tym świetle oraz w świetle faktów krytyka szefa MSWiA pod moim adresem nie znajduje uzasadnienia. Moim zdaniem, to, co zrobił minister Miller, widząc rozmiar zniszczeń, kopiąc mnie i pogrążone miasto, jest po prostu zwykłym świństwem. Należę do trochę innego świata i uważam, że wykorzystywanie czyjegoś nieszczęścia do jakichś rozgrywek jest stanowczo nie na miejscu. Jerzy Miller, choć zarządza tak poważnym resortem, kompletnie nie orientuje się w topografii. On po prostu nie odróżnia Nysy Łużyckiej od Miedzianki, która jest rzeką górską, jeśli uważa, że powódź w Zgorzelcu i Bogatyni jest tym samym. Tymczasem to były dwie różne powodzie, dwa różne, nieporównywalne zjawiska. Czym innym jest to, co się stało u nas, na Miedziance, a czym innym to, co miało miejsce na Nysie Łużyckiej. Na Nysie była powódź, woda wylała i stała, a u nas nastąpił niespotykany przepływ górskiej rzeki, który niszczył wszystko. Skoro pan minister uważa, że nad tym wszystkim można było zapanować, to jestem pod wrażeniem. Ciekawe tylko, jak on zachowałby się na naszym miejscu. Pytam, co by zrobił, widząc dramat, który rozegrał się w ciągu kilku minut, kiedy przerażeni ludzie wyskakują z okien, jak machają prześcieradłami, błagając o pomoc. Czy wtedy zapanowałby nad tym żywiołem?

Na konferencji prasowej padły zapewnienia, że Bogatynia nie jest sama. Uzyskujecie pomoc od państwa, czy jest ona wystarczająca?
– Pomocy państwa jako takiej na dzisiaj praktycznie nie ma. Nikt nie zwrócił się do nas np. w związku z przekazaniem czy chociażby obietnicą przekazania środków, co pozwoliłoby nam przygotować zamówienie publiczne lub szukać kontrahenta na budowę, dajmy na to, stu mieszkań. Mając takie zabezpieczenie i pewność wsparcia, moglibyśmy planować i ruszyć w kwestii budowy mieszkań dla tych, którzy stracili dach nad głową. Tymczasem nic takiego nie ma miejsca, przynajmniej na razie, ale mam nadzieję, że to się zmieni. Natomiast chcę wyrazić uznanie dla wojska. Jego pomoc jest nieoceniona. To, co żołnierze dla nas robią, jest naprawdę czymś wspaniałym i godnym podkreślenia. Wojsko jest przy tym apartyjne. Źołnierzy nie interesują różne zależności czy podziały partyjne. Oni podwijają rękawy i pracują. A do tego są doskonale przygotowani logistycznie. Z tego jestem bardzo zadowolony i wdzięczny. Dziękuję też wszystkim innym, którzy nam pomagają w różny sposób.

Co konkretnie wynika z wizyty w Bogatyni prezydenta i marszałka Sejmu?
– Trzeba by o to zapytać prezydenta i marszałka. Jednak tak naprawdę z tej wizyty dla nas nie wynika nic. Nawet mieszkańcy, z którymi rozmawiam, nie oczekują niczego od rządu i prezydenta. Uważają, że jeżeli sami sobie nie poradzą, to nikt im nie pomoże. Po prostu nie wierzą w to, że doczekają się konkretnego wsparcia. Twierdzą z rozgoryczeniem, że za parę dni media, telewizja i wszyscy inni rozjadą się do domów, sprawa ucichnie, a oni zostaną sami i będą musieli sobie radzić.

Dużo się mówi o zmianie specustawy powodziowej, która umożliwi pomoc dla Bogatyni…
– Ta ustawa to powrót do pomysłów, które były jeszcze za poprzedniego rządu. Szkoda tylko, że na skutek krótkowzroczności obecnych władz w pierwotnej wersji ograniczono ją jedynie do poszkodowanych w majowej i czerwcowej powodzi. Prawdę mówiąc, nie mam możliwości ogarnąć tego wszystkiego, co dzieje się na zewnątrz, zwłaszcza w polityce. Teraz cały czas myślimy o Bogatyni, zwłaszcza że na dzień dzisiejszy nie ma jeszcze konkretnej koncepcji odbudowy miasta ze zniszczeń. Prawdopodobnie trzeba będzie zacząć od regulacji rzeki Miedzianki. Dopiero wówczas, kiedy powstaną mury oporowe, mosty, zabezpieczenia będzie można zająć się pozostałą infrastrukturą. Jednocześnie musimy budować domy dla najbardziej poszkodowanych mieszkańców. Skala wydatków, jakie przed nami, jest ogromna i sami, bez pomocy nie damy sobie rady.

Dziękuję za rozmowę.

Za: Nasz Dziennik, Czwartek, 12 sierpnia 2010, Nr 187 (3813) | http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100812&typ=po&id=po52.txt | http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100812&typ=po&id=po02.txt

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content