Konflikt Wielkich Trzynastych? – Stanisław Michalkiewicz

Ach, ileż słuszności miał Ojciec Narodów – jak zresztą we wszystkim, co mówił – utrzymując, że walka klasowa zaostrza się w miarę postępów socjalizmu! „Socyjalizm – twierdził Aleksander Fredro – każdemu równo nosa utrze; bogatych zdusi jutro, a biednych pojutrze”. Wprawdzie Aleksander Fredro był komediopisarzem, ale najwyraźniej musiały wspierać go jakieś proroctwa. Nawiasem mówiąc, coraz częściej się zdarza, że proroctwa wspierają jeśli nie wprost humorystów, to w każdym razie osoby uważane za niezbyt poważne. A ponieważ wiadomo skądinąd, że Spiritus flat ubi vult, co się wykłada, że Duch tchnie kędy chce, to wygląda na to, jakby Duch postanowił zakryć proroctwa przez mądrymi i roztropnymi, a objawić je humorystom. Inna rzecz, że na tle mądrych i roztropnych, właśnie humoryści sprawiają wrażenie ludzi serio, bo tamci najwyraźniej już dawno przestali zdawać sobie sprawę z własnej śmieszności. Wracając tedy do proroctwa Aleksandra Fredry, to sprawdziło się ono wkrótce potem, podczas rewolucji bolszewickiej w Rosji. Zdarzyło się, że w Piotrogrodzie wielka księżna zaniepokojona strzelaniną na ulicy, poprosiła pokojówkę, by sprawdziła, co właściwie się dzieje. Pokojówka po powrocie zameldowała, że właśnie wybuchła rewolucja. – Rewolucja, powiadasz gołąbeczko? No a powiedz, czegóż właściwie chcą, ci rewolucjoniści? – Oni chcą – odpowiedziała dziewczyna – żeby nie było bogatych. Więc kiedy bolszewicy pozwolili obrabować bogatych, bogaci zniknęli. Ale biednym od tego wcale się nie poprawiło. Przeciwnie – nie minęło nawet 15 lat i chłopi, którzy na początku myśleli, że się wzbogacą na rabunku dworów, podczas kolektywizacji umierali z głodu we wsiach otoczonych kordonami wojsk NKWD. Socjalistyczny eksperyment – jak obliczył Aleksander Sołżenicyn – kosztował życie co najmniej 100 milionów ludzi – a przecież nie uwzględnił on ani rewolucji kulturalnej w Chinach, ani eksperymentów Pol Pota w Kambodży, po których pozostały „pola śmierci”. Gdyby socjalizm w Rosji, czy Chinach potrwał trochę dłużej, pewnie nie pozostałby tam nawet kamień na kamieniu. Na szczęście socjalizm upadł tam pod ciężarem własnych błędów, bogaci znów się pojawili, a proletariusze, co to w myśl podjudzań marksistowskich mełamedów, mieli się „łączyć”, ani myślą się „łączyć”, a jeśli już – to z bogatymi.

Dlatego zepsuci dobrobytem, perwersyjni ludzie Zachodu, którzy cudnego raju na własnej skórze nie doświadczyli i którym własna pycha nie pozwala na poważne potraktowanie, ani tym bardziej – na wyciągnięcie wniosków z doświadczeń mieszkańców Środkowej i Wschodniej Europy, próbują zakosztować tego eksperymentu, wykorzystując proletariat zastępczy w postaci sfrustrowanych kobiet i zboczeńców. Może nie byłoby w tym niczego złego, bo – jak powiadają Rosjanie – każdyj durak po swojemu s uma schodit – gdyby w latach 60-tych ubiegłego wieku bakcylem socjalizmu nie zaraził się Kościół katolicki – jeden z ważnych składników łacińskiej cywilizacji. Niezależnie bowiem od agentury, za pomocą której zarówno komuniści, jak i środowiska żydowskie próbowały Kościół infiltrować by rozłożyć go od wewnątrz, wśród duchowieństwa, zwłaszcza wyższego, korzystającego z wszelkich wygód warstw uprzywilejowanych, tlił się pewien niepokój socjalny. Z mieszanki wpływów kominternowskiej agentury, żydowskich uraz i pretensji, filozoficznej mętnologii i socjalnego niepokoju wydestylował się trunek w postaci „aggiornamento”. Oszołomiony nim Kościół, jak zwykle opóźniony o fazę, wtoczył się, czy ściślej – został wypchnięty na szlak socjalizmu w momencie, gdy świat, a konkretnie – część najwcześniej nim porażona, zaczęła tracić doń smak. Ale kiedy już się tam wtoczył, to zgodnie ze spostrzeżeniem Ojca Narodów, zaczęła się w jego łonie zaostrzać walka klasowa.

Przybiera ona tradycyjną postać walki Jasnogrodu z Ciemnogrodem, to znaczy – Partii Nieubłaganego Postępu z Partią Zacofania, albo – jak kto woli – Tradycji. Ma ona zarówno swój aspekt poważny, a nawet dramatyczny, ale również – zwłaszcza u nas, gdzie teologiczną stroną religii mało kto się przejmuje, skupiając się raczej na wątku obyczajowym, a niekiedy – wyłącznie na odcinku kulinarnym – żeby dobrze wypić i smacznie zakąsić – aspekt komiczny, a właściwie – groteskowy.

Oto właśnie gruchnęła wieść, że Stolica Apostolska cofnęła dekret z 2002 roku zakazujący arcybiskupowi Juliszowi Paetzowi sprawowania funkcji biskupich. W odpowiedzi metropolita poznański, JE abp Stanisław Gądecki zgłosił rezygnację ze swego urzędu na znak protestu. Podobno Watykan nie chce tej rezygnacji przyjąć do wiadomości, więc metropolia poznańska może znaleźć się w kłopotliwym położeniu. Ale niezależnie od tego, w jakim kierunku walka klasowa w Kościele się potoczy, warto zwrócić uwagę na pewne podobieństwa tej sprawy do wypadków opisanych w książce Tadeusza Dołęgi-Mostowicza „Kariera Nikodema Dyzmy”. Jak wiadomo JE abp Juliusz Paetz został oskarżony o molestowanie seksualne kleryków z poznańskiego seminarium, a nawet księży. Jak tam było, tak tam było, bo niezależnie od tego, jak było naprawdę, zwraca uwagę okoliczność, że – po pierwsze – głównym oskarżycielem abpa Paetza był ks. Tomasz Węcławski, który mimo dekretu odsuwającego hierarchę od biskupiej posługi nie tylko porzucił wkrótce stan kapłański, ale w ogóle wystąpił z Kościoła katolickiego. Po drugie – że abp. Paetz w obliczu oskarżeń nakłonił dziekanów swojej metropolii do podpisania solidarnościowego oświadczenia – co stało się później rutynową praktyką w przypadku ujawniania współpracy innych biskupów – oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody”, jakże by inaczej! – ze Służbą Bezpieczeństwa. Po trzecie – że redaktor „Przewodnika Katolickiego”, ks. Jacek Stępczak, za odmowę publikacji oświadczenia dziekanów – został w trybie ekspresowym wysłany na misje do Zambii. Przypomina to natychmiastowe wyekspediowanie niejakiego Terkowskiego na placówkę do Pekinu. Dyzma, zaniepokojony znajomością Terkowskiego z rejentem Winterem, co groziło mu dekonspiracją, poprosił o interwencję damy, z którymi w charakterze Wielkiego Trzynastego odbywał orgie i ku jego zaskoczeniu, Terkowski w mgnieniu oka został usunięty. Po czwarte – że listy kierowane do sekretarza JŚ Jana Pawła II i nuncjusza JE abpa Józefa Kowalczyka, pozostały bez odpowiedzi i dopiero gdy pani dr Wanda Półtawska podjęła się roli postillon d’ amour interwencja się udała. Czyż nie przypomina to sytuacji, kiedy nikt z towarzystwa nie wierzył Źorżowi Ponimirskiemu, że Dyzma to „cham bez cienia kindersztuby”? Po piąte – że molestowanie kleryków nieubłaganym palcem abp Juliuszowi Paetzowi wytyka akurat „Gazeta Wyborcza” w innych sytuacjach promująca nachalnie ostentacyjne sodomickie imprezy. I wreszcie – po szóste – bo najwyraźniej kibicuje JE abp Stanisławowi Gądeckiemu, który przeforsował w polskim kościele dziwaczną doroczną imprezę w postaci Dnia Judaizmu, co skłania do podejrzeń, że i on może być kimś w rodzaju Wielkiego Trzynastego, tyle, że innego obrządku.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton   tygodnik „Najwyższy Czas!”   25 czerwca 2010

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1673

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content