Aktualizacja strony została wstrzymana

Moskwa nie wierzy wojnie – Tomasz Jankowski

Podróż do Moskwy, przynajmniej lotnicza, to obecnie udręka, ale też i symbol ekonomicznego absurdu tzw. sankcji.

 

Oczywiście zachodniej propagandzie łatwiej jest siać nienawiść do Rosji i Rosjan, gdy obcokrajowcy mają do nich utrudniony dostęp, ale przecież działać to może w obie strony, tzn. Rosjanie także mogliby nastawiać swoje społeczeństwo przeciwko Europie Zachodniej, korzystając ze wspomnianych metod. Z jakichś powodów tego jednak nie robią.

Przesiadka na lotnisku w Stambule okazała się problematyczna. Pół doby opóźnienia i dopiero po kilku godzinach pomoc ze strony Aeroflotu, który w pewnej odległości od lotniska zorganizował oczekującym nocleg i wyżywienie. Nie ma jednak czasu straconego. Z rozmów z Rosjanami szybko wnioskuję, że mimo nasilenia się kampanii rusofobii, nie ma w nich ani grama antypolskości. „Kraków to piękne miasto” – mówi jedna pani, „byłem w Warszawie trzy lata temu” – mówi drugi pan. Aż do ostatecznego lądowania na Szeremietiewie mam pełne wsparcie zwyczajnych Rosjan i właściwie zero rozmów o polityce. Tych przecież czekało całe mnóstwo.

W nocnym pociągu z lotniska do miasta pustka. Ech, gdyby tu mógł być ze mną ktoś z polskojęzycznych siewców nienawiści – mógłby zrobić zdjęcia i napisać cały artykuł o tym jak to przez sankcje Rosjanie nie korzystają z samolotów! Moskwa przywitała mnie tradycyjnym zimnem i minięciem się w drzwiach Tabaka z żołnierzem z „Zetką” na ramieniu. Jak się później okazało, była to jedna z nielicznych oznak trwającej wojny. Przynajmniej w stolicy Federacji Rosyjskiej.

Przyszłość bez teraźniejszości

Konferencja, na którą zostałem zaproszony, choć zapowiedź miała historyczną, dotyczyła jednak przyszłości. Potraktowałem to w ogóle jako dobry znak, że za przyczynek do rozmowy o tworzącym się świecie wielobiegunowym, Rosjanie uznają setną rocznicę utworzenia ZSRR. W końcu było to przejście Rosyjskiego Świata z „koncertu mocarstw” do awangardy antyimperializmu. Wydaje się, że Rosja znowu jest na tej drodze, choć w samych Rosjanach nadal tli się nadzieja na dołączenie do stołu „wielkich” z tzw. „wolnego świata”. Nawet teraz!

Dyskusje, goście i tematyka – właściwie bez zastrzeżeń. O świecie, który już się rodzi, o wyzwaniach i problemach, które to stwarza. Dla Polaka to jak oddech. W końcu, czy ktoś nad Wisłą w ogóle uświadomił sobie co oznacza porażka sankcji wobec Rosji? Bo przecież to w pierwszej kolejności symbol braku omnipotencji kolektywnego Zachodu. Nie jest on już w stanie osiągać celów politycznych za pomocą szantażu ekonomicznego.

Z kolei dla Rosji to dowód na to, że relacje gospodarcze ustanowione z Zachodem po rozpadzie ZSRR, stawiały ją w roli gracza podrzędnego. Mam jednak wątpliwości czy sami Rosjanie są już o tym dostatecznie przekonani.

Bo te dyskusje odbywały się jednak nieco za wcześnie. Owszem, świat multipolarny się rodzi. W bólach, z wieloma pytaniami, ale to proces nieodwracalny. Nie jest jednak sprawą zamkniętą rola Rosji w tymże. Zostawmy na chwilę rozważania o tym czy decyzja o rozpoczęciu Specjalnej Operacji Wojskowej była słuszna i pożądana. Skoro ją jednak podjęto, jest to postawienie wszystkiego na jedną kartę. Dziś to projekcja siły (czytaj: osiągniecie deklarowanych celów na Ukrainie) rozstrzygnie czy Rosja, jak w czasach ZSRR, będzie nadawać ton nowym relacjom międzynarodowym, czy może Chiny, Indie i inni z „niewolnego świata” będą to robić bez niej. Świadomość zawsze podążą wszakże za frontem, nigdy przed nim.

Czy jest tu ktoś spoza Polski?

Już drugiego dnia konferencji Michaił Lipkin, profesor Instytutu Historii Rosyjskiej Akademii Nauk, zaprezentował dość ciekawą koncepcję globalnych stosunków międzynarodowych, ale Federację Rosyjską umieścił na samej górze tabelki, obok USA, a powyżej wspomnianych Indii i Chin. Tymczasem należałoby chyba poddać pod dyskusję taki podział, zwłaszcza dziś, gdy jest to co najmniej dwuznaczne.

Ja jednak tego dnia „zaczaiłem się” na Aleksandra Szpakowskiego, białoruskiego publicystę i politologa, by zadać mu pytanie o to, dlaczego Białoruś do tej pory nie stworzyła uniwersalnego przesłania, przynajmniej do narodów naszego regionu.

I tu pierwsze zaskoczenie: na powitanie usłyszałem kojącą uszy piękną polszczyznę z ust indagowanego przeze mnie gościa. Odpowiedź mnie jednak nieco zasmuciła: „jesteśmy niewielkim państwem, zmuszonym do kierowania się pragmatyzmem”. Jakkolwiek trudno odmówić temu sensu, to jednak nadal szkoda, bo przecież Białoruś to jedyna faktycznie istniejąca alternatywa dla neoliberalnego kapitalizmu, przynajmniej w Europie.

Po tym pytaniu jednak od razu nawiązałem relacje z innymi obecnymi na konferencji Białorusinami. Serdeczne zresztą. Było widać, że oni po prostu czują sympatię do polskości, ale przy obecnej postawie rządu w Warszawie nie są w stanie dać temu upustu. Prawie każdy z nich ma jakieś związki z Polską i to najczęściej na poziomie rodzinnym. Tymczasem III Rzeczpospolita zamiast z tego mądrze korzystać – woli wybierać im prezydenta.

Na deser, tego dnia, była rozmowa prowadzona przez znanego także u nas Fiodora Łukjanowa z pisma „Russia in Global Affairs”, które czytać warto, bo nawet jeśli jest nieco przeintelektualizowane, to jednak pozwala rozpoznać aktualne na dany moment stanowisko rosyjskiej inteligencji. W rozmowie o nowych zasadach na świecie padła ciekawa teza, że globalizacja zostanie zahamowana, a relacje międzynarodowe będą strukturyzowane raczej na poziomie makroregionalnym.

Człowiek, który o niej mówił, gdy tylko używał jakiegoś rosyjskiego słowa występującego również w języku polskim, ostentacyjnie je w wymowie polonizował. No tak, to członek Klubu Wałdajskiego, Piotr Dutkiewicz, profesor na co dzień mieszkający w Kanadzie. Nieprawdopodobny rodzimy umysł, z którego Ojczyzna nie korzysta. No ale po co nam jakiś Dutkiewicz, skoro mamy Marka Suskiego? Tak czy inaczej, inaugurację, ku rozbawieniu nowo poznanych koleżanek i kolegów podsumowałem słowami „tu dookoła sami Polacy”.

Diabeł tkwi w szczegółach

Kolejny dzień nie był jednak mniej ciekawy od poprzedniego. Tuż po śniadaniu, Aleksiej Bezborodow, ekspert ds. polityki ekonomicznej, nieco rozwiewa nadzieje młodzieży zachłyśniętej „cyfryzacją”, podając przykłady problemów, których nie da się rozwiązać za pomocą smartfona. Pożyteczne. Później rozmowa o kryzysie karaibskim i potrzebnej polityce międzynarodowego bezpieczeństwa. W kontekście plotek (miejmy nadzieję!) o użyciu broni jądrowej w konflikcie na Ukrainie, tyleż aktualne, co jednak nader idealistyczne.

Dla mnie w każdym razie kluczowe było spotkanie z wiceministrem spraw zagranicznych, Siergiejem Riabkowem, któremu zadałem – jak się okazało – dość kłopotliwe pytanie o to jak pogodzić deklarowane cele SOW z brakiem zainteresowania zmianą władzy na Ukrainie. Niepoprawne? Ale czy tego właśnie nie zrobili Amerykanie w 2014 roku, rozpoczynając tym samym tragedię tego kraju i całego naszego regionu?

Riabkow nie odpowiedział wprost, przypominał o negocjacjach pokojowych z ekipą Wołodymyra Zełeńskiego. Tych z marca. W listopadzie. I to chyba najlepiej zobrazowało dającą się zauważyć spóźnioną reakcję Federacji Rosyjskiej na wydarzenia na froncie. Choć, jak mówi polskie przysłowie, „lepiej późno niż wcale”. Za poruszenie tematu w każdym razie w kuluarach dziękowali mi przedstawiciele Donieckiej Republiki Ludowej. Symboliczne.

Następnie rozmowa z przedstawicielami terytoriów Ukrainy, które konstytucyjnie zostały już włączone do Federacji Rosyjskiej. Zabrakło na niej jednak Kiriłła Striemousowa. Zginął w dniu wycofania się wojsk rosyjskich z Chersonia. Człowiek absolutnie pasjonarny, do tego mówiący przecież po polsku. Powstałą w ten sposób pustkę wypełnił jednak – przynajmniej na debacie – Władimir Rogow z obwodu zaporoskiego. Opowiadał jak prześladowani byli prorosyjscy aktywiści z regionu przez ukraińskie służby. I to nie od lutego 2022 roku, ale przez te osiem lat, gdy „cywilizowany świat” wręcz zachęcał Kijów do takiej polityki. Rogow, mimo całej tragedii, zachowywał pogodę ducha.

Bez herbatki, ale u Ławrowa

Listopad kończyliśmy z przytupem. Choć plan na ten dzień był obfity, to jednak planowane spotkanie z ministrem spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej, zdominowało nasze myśli i uczucia. Gwóźdź programu. Wcześniej jednak debata o edukacji po odejściu od systemu bolońskiego. Właściwie nie moja sprawa, niech Rosjanie sami o tym decydują, ale dało się zauważyć pełnię obaw ze strony tamtejszej młodzieży.

Wreszcie jest, budynek MSZ. W pełni radziecki. Konstrukcja i symbolika. Gmach, który odpowiada powadze instytucji. Adekwatny. Środki bezpieczeństwa? Właściwie nic nadzwyczajnego. Owszem, byliśmy na liście, była kontrola, ale mniej surowa niż choćby na lotniskach. Walka o miejsce przy stoliku. Zależało mi, bo „plan na Siergieja Ławrowa” miałem ambitny. Ostatecznie znalazłem się w drugim rzędzie, poza głównym stołem, ale blisko gościa. Miejsce przy stole ustąpiłem wcześniej Turczynce. Ona akurat nie musi się w ostatnich miesiącach wstydzić za swój rząd, tak jak ja.

Ławrow mówił jak zwykle rozsądnie. On już też ma świadomość nieodwracalności zdarzeń, choć pewną nutkę żalu za „utraconym” światem dało się usłyszeć. Ja w każdym razie zapytałem go o to, czy w obliczu jego własnych słów, o tym że „zachodni partnerzy nas nie słuchają”, nie widzi jednak sensu w – nomen omen – publicznej dyplomacji, polegającej na „rozmowie” rosyjskich liderów z europejskimi narodami. Dowód na skuteczność tej metody miałem w ręku. Przemówienia Siergieja Ławrowa wydane po polsku. Ostatni egzemplarz, który po spotkaniu wręczyłem rosyjskiemu ministrowi. On sam dodał od siebie, że żal mu relacji z Polską. Że miał dobre relacje z Radosławem Sikorskim, że podobnie rozsądny wydawał mu się minister Zbigniew Rau. Cóż, może gdyby decyzje co do naszej polityki zagranicznej podejmowano w Warszawie – dziś by było inaczej?

Spacerkiem po absurdach

Nowy miesiąc, nowe wyzwania. Po drodze do siedziby Fundacji Gorczakowa mijałem niewielki plakat sławiący rosyjskich żołnierzy biorących udział w SOW. Gdzieś jeszcze widziałem drugi. To wszystko ginęło jednak w morzu neonów zachodnich marek. Marks & Engels zostali gdzieś wstydliwie na boku budynków, jako patroni ulic, za to Marks & Spencer świecą się na czerwono i krzyczą na przechodniów. A my na konferencji rozmawiamy o „pokoju na planecie”, chociaż na poligonach w Rosji zmobilizowani przechodzą szkolenie, a tony zachodniej broni trafiają na Ukrainę, by nadal zabijać przechodniów w Doniecku.

Jednym z gości był jednak były premier Słowacji, Jan Czarnogórski. Znakomite wystąpienie, tyleż dla mnie bardziej zrozumiałe, że obfite w słowackojęzyczne wtrącenia. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Słowiańskie języki są do siebie naprawdę podobne. Udało mi się zadać Czarnogórskiemu pytanie, czy szansą dla naszych krajów nie jest – w pewnym sensie – zwycięstwo Rosji na Ukrainie, co dałoby asumpt do wycofania się Anglosasów z eksploatacji Europy Środkowej. Zgodził się w całej rozciągłości. W kuluarach podziękowałem mu za to, co zrobił dla uwolnienia Mateusza Piskorskiego kilka lat temu.

Tego też dnia udałem się do siedziby Rossija Segodnia, czyli tamtejszej agencji informacyjnej, gdzie spotkałem się z redakcją Sputnik Polska, w tym z Leonidem Swiridowem, najpopularniejszym dziennikarzem rosyjskim w Polsce, który został z Polski wydalony kilka lat temu, pod utajnionymi zarzutami. Tak, to nie pomyłka. W dalszym ciągu nikt Swiridowowi nie przekazał, na czym polegało „zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski”, które miał stanowić. Mimo to, funkcjonuje on w polskim przekazie publicznym niczym Emmanuel Goldstein u George’a Orwella w Roku 1984, a zdjęcie z nim jest wykorzystywane w propagandzie do obrzucania pomyjami przeciwników politycznych.

To rzeczywiście „dziwne”, że wieloletni korespondent rosyjskich mediów w Polsce ma zdjęcia z politykami wszystkich chyba opcji politycznych. Nasze polskie umysły są jednak coraz mniej wymagające, więc się na to nabierają.

Rejterada w zbożnym celu

Miałem wrażenie, że zostałem na tym wyjeździe memem. „Gdzie jest Polak?”, „czekajcie na Polaka”, „Polak, chodź z nami wieczorem”. Może i zabawne, ale jednak motywujące. Nie reprezentuję polskiego rządu, ale być może ktoś miał tu do czynienia z Polakiem po raz pierwszy w życiu i będzie patrzył na nas przez mój pryzmat? Plotka o tym, że jakiś nierusofobiczny Polak jest w Moskwie dotarła w każdym razie do studentów z Akademii Dyplomatycznej MSZ, uczących się naszego języka. Zaprosili mnie na spotkanie, bo w Polsce nikt nie odbiera od nich telefonów, a od miesięcy nie było u nich żadnego naszego rodaka.

Nie było mnie więc na większości piątkowych dyskusji, ale rozmowa ze studentami była dla mnie trudnym przeżyciem. Trudnym, bo jak im wytłumaczyć rozczarowanie, które przychodzi do nich z kraju, którego języka chcą się uczyć? Tak, większość z nich jest na polskim fakultecie z wyboru. Nie było tabu, rozmawialiśmy po polsku o tym co się dzieje u nas w kraju, jaką politykę prowadzi się wobec Rosji i jakie są tego przyczyny. Wspaniali, młodzi ludzie.

W Moskwie, na jednej z najlepszych uczelni, kształcą się Rosjanie, którzy w dużej mierze motywowani są sympatią do nas, do Polski. Coś, czego na „sojuszniczym” Zachodzie raczej nie uświadczymy. Tam wszakże Polak służy do zmywania garów. Niech Czytelnik sam sobie odpowie na pytanie o sens naszej polityki.

Zdążyłem jednak na uroczyste zakończenie konferencji. Pamiątkowe dyplomy, zdjęcia, wspólne nucenie piosenek. Młodzi Rosjanie, różnego pochodzenia, śpiewający hit Olega Gazmanowa „Rosja naprzód!”. Sympatyczny gość z Indii, który twierdził, że jego rosyjski jest słaby i posługiwał się ciągle angielskim, okazał się znać rosyjskie słowa hymnu ZSRR. Niezbadany jest wpływ wina na znajomość języka!

Wyspa w sercu Rosji

Jeżeli pokusić się o coś co można nazwać „wrażeniami ogólnymi”, to wśród Rosjan, zwłaszcza tych młodych, świadomość historycznej chwili, w której się znaleźli(śmy) jest ciągle zbyt mała. Występuje tu pewna właściwość geograficzna. Mieszkańcy Moskwy i Sankt Petersburga żyją, jak gdyby z trudem przełykając to, co się dzieje. Chowają się za murem. Nie chcą nawet za bardzo o wojnie rozmawiać, akceptując lakoniczne komunikaty tego czy innego ministerstwa. Na ulicach miasta w najlepsze grane są zachodnie linie melodyczne, nie ma „Kalinki”, a co dopiero mówić o „Świętej wojnie”.

Co innego na tzw. prowincji, gdzie ludność sama organizuje pomoc dla wojskowych, urządzane są pożegnania i powitania. I to nie tak, że Rosja się tu jakoś od reszty świata odróżnia, generalnie zawsze tak jest, że w stolicach życie płynie inaczej. Niemniej jednak to tam żyją elity, a to one ostatecznie odpowiadają za obrany kierunek. I choć wszystkie znaki na ziemi i na niebie dają dziś paliwo rosyjskim jastrzębiom, to jednak nadal nie brakuje nieprzekonanych.

Młoda rosyjska inteligencja jest przede wszystkim zawiedziona. Zwłaszcza postawą „zachodnich partnerów”. Oportuniści i karierowicze, na których Rosja poświęcała swoje zasoby w celu budowania własnego wizerunku, okazali się… oportunistami i karierowiczami. Nie umarły wcale roszczenia do pełnoprawnego współtworzenia „zachodniej cywilizacji”, choć moja uwaga, że ta skończyła się przecież w Auschwitz-Birkenau – została poprawnie zrozumiana. Lęk przed nieznanym dominuje nawet tak dobrze dopracowane obszary jak edukację publiczną, choć przecież ta rosyjska, oparta na spadku po ZSRR, jest na naprawdę wysokim poziomie i Rosjanie nie powinni się bać wpływu sankcji w tym obszarze.

To właściwie truizm, ale zupełnie inaczej postrzegają wojnę na Ukrainie ci, dla których nie jest to opowieść medialna, a krwawa rzeczywistość. Donbascy powstańcy nie mają już złudzeń co do „europejskich wartości”, które przez osiem lat przynoszą im tylko kolejne tragedie, łzy na pogrzebach i strach o to, czy jutro to oni sami nie będą na przystanku, w który uderzy rakieta. Historia przemawia właśnie za nimi, ale czy i kiedy ta świadomość dopłynie do Moskwy, to odrębne pytanie. Na razie okrzyku „Achmat siła”, w każdym razie nie warto podnosić.

Póki co, do Rosjan dopiero dociera przekonanie, iż do przecięcia bułki i wsadzenia tam kawałka mięsa nie jest potrzebne żadne zachodnie know-how. Szczęśliwie dla siebie, część młodzieży którą miałem okazję poznać, zna i czyta Aleksandra Dugina.

Lekcja języka polskiego

Wracając trochę do mojej rozmowy z Janem Czarnogórskim – tak, powiedzmy to wprost: jeśli Rosja osiągnie swoje cele na Ukrainie, zachodni imperializm może podjąć strategiczną decyzję o wycofaniu się z naszej części Europy. Amerykanie i tak nie mają nad Wisłą jakichś wielkich interesów. Służymy im, bo zostaliśmy o tym fałszywie przekonani, jako zasób do walki z Rosją. Nie jesteśmy jednak w Waszyngtonie postrzegani jako partnerzy. Bez większych szkód w Białym Domu mogą przesunąć środki na inne, ważniejsze kierunki. Przecież wojna o Tajwan jawi się jako całkiem realna perspektywa i tylko polscy marzyciele (a właściwie: kompradorzy) mogą wierzyć, że Stany Zjednoczone odpuszczą sobie Pacyfik, by ratować z opresji swoich wychowanków nad Wisłą.

Wtedy i tylko wtedy w Polsce może zrodzić się świadomość potrzeby znalezienia sobie miejsca w świecie wielobiegunowym. Wtedy dopiero możemy zrozumieć, że Rosjanie nie są naszymi wrogami. Możemy pojąć, że nie mają oni wobec nas żadnych pretensji, a różnice w postrzeganiu historii nie powinny być przeszkodą do nawiązania poprawnych relacji. Wreszcie: głośno krzyknąć, że polski kapitał kulturowy jest obecny tylko na wschód od naszych granic i to tam możemy z niego mądrze skorzystać, choć musimy się w tym celu wyrzec wszelkiego imperializmu, a szukać w naszych stosunkach tego, co nazywamy sytuacją win-win. W przeciwnym razie Polska pozostanie w stanie bezalternatywnym. Jest bardziej „wschodnią flanką NATO” niż „Polską” i nie sposób tego zmienić, bo cały aparat tego państwa jest zdeterminowany przewagą przeszkolonych na Zachodzie „polityków”. To oni mają media, to oni mają kapitał, to oni zdominowali kulturę i edukację.

Dlatego też konferencję w Moskwie należy uznać za potrzebną i pożyteczną. Nie tylko ze względu na obserwacje, jakich w obecnych warunkach trudno by było dokonać, ale także dlatego, że w sensie świadomościowym, z Rosji płynie do nas prąd nowoczesności, którego nie da się zablokować żadnym murem, nawet z monitoringiem i pod napięciem. A przecież poza wymiarem globalnym, jest równie istotny aspekt lokalny, to znaczy potencjał, jaki mamy w rozwoju relacji z wielkim narodem rosyjskim, a o którym mogłem się przekonać dzięki zaproszeniu od Fundacji Gorczakowa.

Z tych też przyczyn, naprawdę, ani teraz ani w przyszłości, nie mam zamiaru przejmować się „policją myśli” domagającą się karania mnie za nieprawomyślność i organizującą kampanie nienawiści za to, że nie spytałem się propagandystów, czy wolno mi pojechać do Rosji. Owszem, więzienie to nie jest miła perspektywa, a areszty za czyny, których nie ma w Kodeksie karnym to w III RP rzecz na porządku dziennym (vide sprawy Piskorskiego czy Janusza Niedźwieckiego), ale Polska nie wybaczy nam zaniechania, jeśli właśnie teraz o nią nie zawalczymy.

Tomasz Jankowski

Reportaż Tomasza Jankowskiego z podróży do Moskwy i udziału w konferencji „Dialog. W imię przyszłości”, organizowanej przez Fundację Dyplomacji Publicznej im. Aleksandra Gorczakowa, w stulecie utworzenia Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Myśl Polska, nr 51-52 (18-25.12.2022)
https://myslpolska.info

Za: Dziennik gajowego Maruchy (2022-12-15) | https://marucha.wordpress.com/2022/12/15/moskwa-nie-wierzy-wojnie/