Arcybiskup Viganò o manipulacjach przy Summorum Pontificum Benedykta XVI

10 czerwca 2021 (LifeSiteNews) — Z okazji Sympozjum Filozoficznego poświęconego pamięci ks. Antonio Livi, które odbyło się w Wenecji 30 maja, starałem się zwrócić uwagę na stałe, kłamliwe i powtarzające się metody działania Złego w historii świata. W mojej  analizie, skoncentrowałem się głównie na oszustwie rzekomej pandemii, pokazując, jak powody podane dla uzasadnienia bezprawnych środków przymusu i nie mniej bezprawnych ograniczeń naturalnych wolności, były jedynie  pretekstem, służącym ukryciu podłych i przestępczych celów elity. Publikacja e-maili Anthony’ego Fauci i licznie głosy sprzeciwu wobec narracji głównego nurtu potwierdziły moją analizę i pozwalają mieć nadzieję na rażącą klęskę zwolenników Wielkiego Resetu.

Jak pamiętacie, w moim wystąpieniu wspomniałem o tym, że Sobór Watykański II był także w pewnym sensie Wielkim Resetem w Kościele, podobnie jak inne wydarzenia historyczne; zaplanowanym i zaprojektowanym w celu zrewolucjonizowania tej instytucji. Również w tym przypadku, uzasadnienia reformy liturgicznej, ekumenizmu i kolektywnej władzy Świętych Pasterzy,  nie opierały się na dobrej wierze, ale na oszustwie i kłamstwie, w taki sposób, abyśmy uwierzyli, że pozbycie  się rzeczy, które były bezsprzecznie dobre — Mszy Apostolskiej, wyjątkowości Kościoła jako środka zbawienia, niezmienności Magisterium i Władzy Hierarchii — były ustępstwem na rzecz wyższego dobra. Ale jak wiemy, nie tylko to wyższe dobro się nie pojawiło (ani nie mogło się pojawić), ale w rzeczywistości, prawdziwa intencja soboru ujawniła się wkrótce w całym swoim destrukcyjnym i wywrotowym wymiarze: kościoły, seminaria, klasztory opustoszały, władza zdyskredytowana i przekształcona w tyranię z korzyścią dla  niegodziwych pasterzy i uszczerbkiem dla dobrych. Wiemy też, że cele tego resetu, tej wyniszczającej rewolucji, były od samego początku niegodziwe i podłe, mimo że przyodziane w szlachetne intencje, aby przekonać wiernych i duchowieństwo do posłuszeństwa.

W 2007 r. Benedykt XVI przywrócił czcigodnej liturgii trydenckiej jej pełne prawa, potwierdzając prawowitość, której jej obelżywie odmawiano przez pięćdziesiąt lat. W swoim Motu Proprio Summorum Pontificum zadeklarował:

„Dozwolone jest zatem sprawowanie Ofiary Mszy Świętej zgodnie z wzorcowym wydaniem Mszału Rzymskiego, ogłoszonego przez bł. Jana XXIII w 1962 roku i nigdy nie zniesionej, jako nadzwyczajnej formy Liturgii Kościoła. […] Na taką celebrację z którymkolwiek Mszałem kapłan nie potrzebuje zezwolenia Stolicy Apostolskiej ani własnego Ordynariusza.”

W praktyce, list Motu Proprio i związane z nim dokumenty wykonawcze nigdy nie zostały w pełni zastosowane, a cœtus fidelium, który dziś celebruje w rycie apostolskim, nadal musi zwracać się do swojego biskupa z prośbą o pozwolenie, co  zasadniczo nadal zachowuje dyktat indultu poprzedniego Motu Proprio Jana Pawła II, Ecclesia Dei. Zaszczytna i słuszna formuła liturgii tradycyjnej, została poniżona przez umieszczenie jej na równi z liturgią reformy posoborowej, przy czym pierwszą określono jako „nadzwyczajną formę”, a drugą jako „formę zwyczajną”, tak jakby Oblubienica Baranka mogła mieć dwa głosy – jeden w pełni katolicki, a drugi dwuznacznie ekumeniczny – którymi przemawia w jednej chwili do Majestatu Bożego, a w następnej kolejności do wiernych. Ale nie ulega też wątpliwości, że liberalizacja Mszy Trydenckiej zrobiła wiele dobrego, ożywiając duchowość milionów ludzi i przybliżając do wiary wiele dusz, które w bezpłodności zreformowanego rytu, nie znalazły żadnej zachęty do nawrócenie lub nawet dla duchowego wzrastania.

W ubiegłym roku, w swoim typowym, nowinkarskim stylu, Stolica Apostolska wysłała do diecezji całego świata ankietę, w której poproszono o przekazanie informacji na temat realizacji Motu Proprio Benedykta XVI. Sposób, w jaki pytania zostały napisane, po raz kolejny zdradzał ich prawdziwy cel, a odpowiedzi, które zostały wysłane do Rzymu, miały stworzyć podstawę legitymizacji nałożenia ograniczeń na Motu Proprio Benedykta XVI, jeśli nie jego całkowitego uchylenia. Z pewnością, gdyby autor Summorum Pontificum nadal zasiadał na tronie, ten kwestionariusz pozwoliłby Papieżowi przypomnieć Biskupom, że żaden kapłan nie musi prosić o pozwolenie na odprawianie Mszy Św. w starożytnym rycie, ani też nie może być za to usunięty z posługi. Jednak prawdziwa intencją tych, którzy chcieli zasięgnąć opinii ordynariuszy, zdaje się tkwić nie tyle w salus animarum, ile w teologicznej nienawiści do obrzędu, który wyraża z niewzruszoną jasnością, niezmienną wiarę Kościoła Świętego i który z tego powodu jest obcy dla eklezjologii soborowej, do jej liturgii i do doktryny, którą zakłada i przekazuje. Nie ma nic bardziej przeciwnego tak zwanemu magisterium Vaticanum II niż liturgia trydencka: każda modlitwa, każda perykopa — jak powiedzieliby liturgiści — stanowi afront dla delikatnych uszu nowinkarzy, każda ceremonia jest obrazą dla ich oczu.

Samo tolerowanie faktu, że są tacy katolicy, którzy chcą pić ze świętych źródeł tego rytu, brzmi dla nich jak porażka, którą można znieść tylko wtedy, gdy ogranicza się to do małych grup starszych ludzi, kierowanych nostalgią lub do ekscentrycznych estetów. Ale jeśli  forma nadzwyczajna — taka w zwykłym znaczeniu tego słowa — staje się normą dla tysięcy rodzin, młodych i zwykłych ludzi, którzy świadomie ją wybierają, to staje się kamieniem obrazy i należy się jej bezwzględnie przeciwstawiać, ograniczać i zakazywać; ponieważ nie może istnieć żadna forma przeciwstawienia się zreformowanej liturgii, nie może być żadnej alternatywy dla nędzy soborowych obrzędów. Tak samo, jak nie może być głosu sprzeciwu wobec narracji głównego nurtu, gdy chodzi o tzw. pandemię, nie można przecież dopuścić do skutecznego leczenia, nawet w obliczu skutków ubocznych eksperymentalnej szczepionki, ponieważ wykazywałyby to jej zupełną bezużyteczność.

Nie powinno nas to dziwić. Ci, którzy nie pochodzą od Boga, nie tolerują czegokolwiek, co choćby w niewielkim stopniu przypomina epokę, w której Kościołem katolickim rządzili katoliccy pasterze, a nie „słudzy niewierni”, nadużywający swojego autorytetu. Epoki, w której wiara była głoszona narodom w swej integralności, a nie fałszowana, aby zadowolić świat. Epoki, w której ci, którzy łaknęli Prawdy, byli żywieni i odnawiani przez liturgię, która była ziemska w formie, ale boska w treści. Jeśli wszystko to, co do wczoraj było święte i dobre, jest teraz potępione i pogardzane, to pozostawienie jakiegokolwiek śladu po tym,  jest niedopuszczalne i stanowi nieznośny afront. Dzieje się tak, ponieważ Msza Trydencka dotyka tych strun duszy ludzkiej, do których ryt Montiniego nawet nie zaczyna się zbliżać.

Oczywiście ci, którzy manipulują za kulisami w Watykanie, aby wyeliminować Mszę katolicką, widzą w Motu Proprio zmarnowane dziesiątki lat swej pracy, widzą zagrożenie dla stanu posiadania tak wielu dusz, które dziś trzymają w niewoli i ich despotycznej władzy nad osłabionym Kościołem. Ci sami księża i biskupi, którzy, tak jak ja, na nowo odkryli ten bezcenny skarb wiary i duchowości – lub którego dzięki łasce Bożej nigdy nie porzucili pomimo okrutnych prześladowań posoborowych nie zamierzają się go wyrzec – znaleźli w nim bowiem, duszę swojego Kapłaństwa i pokarm dla swojego nadprzyrodzonego życia. Jest niepokojącym, a także skandalicznym to, że w obliczu dobra, jakie Msza Trydencka przynosi Kościołowi, są tacy, którzy chcą jej zakazać lub ograniczyć jej celebrację z kłamliwych powodów.

Jeśli jednak postawimy się w sytuacji Nowinkarzy, zrozumiemy, jak doskonale jest to zgodne z ich zniekształconą wizją Kościoła, który dla nich nie jest doskonałym społeczeństwem ustanowionym przez Boga dla zbawienia dusz, ale społeczeństwem ludzkim, gdzie skorumpowana i służalcza władza, kieruje potrzebami mas dla niejasnej duchowości, zaprzeczając celowi, którego chciał  nasz Pan, i w którym dobrzy pasterze są zmuszeni do bezczynności z powodu biurokratycznych kajdan, którym są posłuszni. Ten impas, ten prawny ślepy zaułek jest spowodowany tym, że nadużywająca swego autorytetu władza, jest mylnie traktowana jako głos Chrystusa, nawet w obliczu dowodów na wewnętrzną niegodziwość praw i zarządzeń, które są narzucane, motywacji, które je determinują, oraz osób, które je stosują. Z drugiej strony, nawet w przestrzeni świeckiej, podczas pandemii, wielu ludzi przestrzegało absurdalnych i szkodliwych zasad, ponieważ narzucali im je lekarze, wirusolodzy i politycy, których zadaniem było dbanie o zdrowie i dobro obywateli. Wielu nie chciało uwierzyć, nawet w obliczu dowodów zbrodniczego planu, że mogą one  bezpośrednio doprowadzić do śmierci lub choroby milionów ludzi. To właśnie psycholodzy społeczni nazywają dysonansem poznawczym, zjawiskiem, które skłania jednostki do szukania schronienia w wygodnej niszy irracjonalności, zamiast przyznać, że są ofiarami kolosalnego oszustwa i dlatego muszą reagować po  męsku.

Nie zadawajmy więc sobie pytania, dlaczego — w obliczu mnożenia się wspólnot związanych ze starożytną liturgią, rozkwitu powołań prawie wyłącznie w środowiskach związanych z Tradycją, wzrostu częstego przyjmowania sakramentów i spójności chrześcijańskiego życia, wśród tych, którzy za nią podążają — istnieje pragnienie niegodziwego deptania niezbywalnego prawa i utrudniania dostępu Mszy Apostolskiej? Pytanie jest błędne, a odpowiedź byłaby również myląca.

Zadajmy sobie raczej pytanie, dlaczego notoryczni heretycy i rozpustnicy bez moralności, mający za sobą potężnych protektorów, mieliby wyrzec się swoich błędów, tylko dlatego, że ich godzien ubolewania tryb życia kwestionowany jest przez niewielką grupę wiernych i duchownych? W tym miejscu dobrze zrozumiemy, że ta niechęć może być wyrażona właśnie poprzez położenie kresu Motu Proprio, nadużywając przy tym uzurpatorskiej i wypaczonej władzy. Podobnie w czasach protestanckiej pseudo-reformacji, tolerancja dla pewnych zwyczajów liturgicznych, zakorzenionych głęboko wśród ludu była krótkotrwała, ponieważ te nabożeństwa do Marii Panny, te hymny po łacinie, te dzwony bijące na Podniesienie — którego już nie było — koniecznie musiały zniknąć, gdyż wyrażały wiarę, której zwolennicy Lutra zaprzeczali. Absurdem byłoby mieć nadzieję, że może istnieć pokojowe współistnienie Novus i Vetus Ordo, a także katolickiej Mszy i luterańskiej Wieczerzy Pańskiej, biorąc pod uwagę niezgodność ontologiczną między nimi. Przy głębszej obserwacji, porażka Vetus Ordo, na którą liczyli zwolennicy Novus, jest zgodna z ich zasadami, tak samo należy liczyć na porażkę Novus Ordo . Mylą się zatem ci, którzy wierzą, że możliwe jest łączenie dwóch przeciwstawnych form kultu katolickiego w imię wielości ekspresji  liturgicznej, która jest córką mentalności soborowej nie mniej niż osławiona hermeneutyka ciągłości.

Modus operandi Nowinkarzy ujawnia się w całej okazałości w operacji przeciwko Motu Proprio. Najpierw niektórzy z najbardziej fanatycznych przeciwników tradycyjnej liturgii wzywają do unieważnienia Summorum Pontificum jako swego rodzaju prowokacji, określając starożytną Mszę jako „przyczynę podziałów”. Następnie Kongregacja Nauki Wiary prosi ordynariuszy o wypełnienie kwestionariusza, na który odpowiedzi są już praktycznie gotowe (kariera biskupa zależy od tego, co przekazuje Stolicy Apostolskiej, ponieważ treść jego odpowiedzi na kwestionariusz zostanie również podana do wiadomości Kongregacji Biskupów). Następnie, z nonszalancką miną, podczas spotkania za zamkniętymi drzwiami z członkami Episkopatu Włoch, Bergoglio mówi, że niepokoją go klerycy, „którzy wydają się dobrzy, ale są sztywni” oraz szerzenie tradycyjnej liturgii, zawsze zaznaczając, że soborowa reforma liturgiczna jest nieodwracalna. Co więcej, mianuje zaciekłego wroga Vetus Ordo na prefekta Kongregacji kultu Bożego, który będzie jego sprzymierzeńcem w stosowaniu wszelkich przyszłych ograniczeń. Na koniec dowiadujemy się, że kardynałowie Parolin i Ouellet są jednymi z pierwszych, którzy pragną ograniczenia Motu Proprio. To oczywiście skłania „konserwatywnych” hierarchów do obrony obecnego systemu współistnienia dwóch form, zwyczajnej i nadzwyczajnej, dając Franciszkowi możliwość pokazania, że jest roztropnym moderatorem dwóch przeciwstawnych nurtów, zmierzając w kierunku „ tylko” ograniczenia Summorum Pontificum, a nie jego całkowitego zniesienia: do czego — jak wiemy — dążył dokładnie od początku tej operacji.

Niezależnie od ostatecznego wyniku, deus ex machina tego przewidywalnego spektaklu jest jak zawsze Bergoglio, który jest nawet gotów przypisywać sobie zasługę za gest pobłażliwości wobec konserwatystów, a także zrzucić odpowiedzialność za ewentualne  restrykcje, na nowego prefekta, arcybiskupa Arthura Roche i jego zwolenników. Tak więc w przypadku chóralnego protestu wiernych i niezachwianej reakcji prefekta lub innych hierarchów, Bergoglio znów będzie cieszył się ze starcia postępowców z tradycjonalistami, ponieważ będzie miał wówczas doskonałe argumenty, aby stwierdzić, że współistnienie tych dwóch form rytu rzymskiego powoduje podziały w Kościele i dlatego rozsądniej jest powrócić do pax montiniana, czyli całkowitego zakazu Mszy Wszechczasów.

Wzywam moich braci w biskupstwie, kapłanów i świeckich do zdecydowanej obrony ich prawa do liturgii katolickiej, uroczyście usankcjonowanej bullą Quo primum Św. Piusa V, a tym samym do obrony Kościoła Świętego i Papiestwa, które zostały wystawione na kompromitację i ośmieszenie przez samych Pasterzy. Kwestia Motu Proprio nie podlega żadnym negocjacjom, ponieważ potwierdza słuszność rytu, który nigdy nie został odwołany ani nie może być odwołany. Co więcej, oprócz pewnych szkód, jakie te działania wyrządzą  duszom i korzyści, jakie przyniosą one diabłu i jego sługom, dodać trzeba również nieprzyzwoite chamstwo okazywane Benedyktowi XVI, który wciąż żyje. Bergoglio powinien wiedzieć, że władza, jaką Biskup Rzymski sprawuje nad Kościołem, jest zastępcza i że władza, którą posiada, pochodzi od Naszego Pana Jezusa Chrystusa, Jedynej Głowy Mistycznego Ciała. Nadużywanie autorytetu apostolskiego i mocy Świętych Kluczy w celu sprzecznym z tym, dla którego zostały ustanowione przez Pana, stanowi niesłychaną obrazę Majestatu Bożego, hańbę dla Kościoła i grzech, za który odpowie Temu, którego jest Wikariuszem. Ale ktoś, kto odrzuca tytuł Wikariusza Chrystusa, powinien przecież wiedzieć, że przez to traci również prawowitość jego autorytetu.

Niedopuszczalne jest, aby najwyższa władza Kościoła pozwoliła sobie na anulowanie, w oburzającej operacji niszczenia kultury religijnej, dziedzictwa, które otrzymała od swoich Ojców. Nie wolno też uważać za znajdujących się poza Kościołem tych, którzy nie zgadzają się na pozbawienie ich Mszy i Sakramentów sprawowanych w formie, która ukształtowała się przez prawie dwa tysiące lat Pańskich. Kościół nie jest agencją, w której biuro marketingu decyduje się na wykreślanie starych produktów z katalogu i zaproponowanie w ich miejsce nowych, zgodnie z życzeniem klienta. Narzucenie przemocą rewolucji liturgicznej księżom i wiernym w imię posłuszeństwa wobec Soboru, odebranie im samej duszy chrześcijańskiego życia i zastąpienie jej obrzędem, który mason Bugnini przepisał z Modlitewnika Powszechnego Cranmera, już było wystarczająco bolesnym doświadczeniem. To nadużycie, częściowo uzdrowione przez Benedykta XVI, nie może być teraz powtórzone w żaden sposób, chociażby z powodu ogólnej atmosfery wśród wiernych, sprzyjającej liberalizacji starożytnej liturgii. Gdyby naprawdę chciano pomóc ludowi Bożemu w tym kryzysie jakiego doświadczamy, należałoby znieść zreformowaną liturgię, która w ciągu pięćdziesięciu lat wyrządziła więcej szkód niż kalwinizm.

Nie wiemy, czy budzące obawy ograniczenia, które Stolica Apostolska zamierza wprowadzić do Motu Proprio, dotkną tylko księży diecezjalnych, czy też dotkną również instytuty, których członkowie odprawiają wyłącznie starożytny ryt. Obawiam się jednak, jak już miałem okazję powiedzieć w przeszłości, że to właśnie wobec tych drugich rozpęta się niszcząca ofensywa Nowinkarzy, którzy być może mogą tolerować ceremonialne aspekty liturgii trydenckiej, ale absolutnie nie akceptują przylgnięcia do struktury doktrynalnej i eklezjologicznej, którą ten ryt implikuje, ponieważ ostro kontrastuje z soborowymi odchyleniami, które Nowinkarze chcą narzucić wszystkim bez wyjątku. Dlatego należy się obawiać, że instytuty te zostaną poproszone o poddanie się liturgii soborowej w jakiejś formie, na przykład poprzez wprowadzenie obowiązkowej celebracji Novus Ordo przynajmniej od czasu do czasu, jak to już muszą robić księża diecezjalni. W ten sposób każdy, kto posługuje się Motu Proprio, będzie zmuszony nie tylko do dorozumianej akceptacji zreformowanej liturgii, ale także do publicznej akceptacji nowego rytu i jego zasad doktrynalnych. A kto celebruje te dwie formy obrzędu, zostanie ipso facto zdyskredytowany przede wszystkim przez swoją niekonsekwencję, traktując swoje wybory liturgiczne jako czysto estetyczne — powiedziałbym prawie choreograficzne — w rzeczywistości pozbawiając go jakiejkolwiek krytycznej oceny Mszy Montiniego i ludzi, którzy opracowali tę formę. Jest to złośliwa i przebiegła operacja, w której władza nadużywająca swojego autorytetu, delegitymizuje tych, którzy się jej sprzeciwiają, z jednej strony pozwalając na starożytny ryt, ale z drugiej strony czyniąc z tego kwestię czysto estetyczną i zobowiązując do podstępnego birytualizmu i jeszcze bardziej podstępnego trzymania się dwóch przeciwstawnych podejść doktrynalnych. Jak można prosić księdza o odprawienie czcigodnego i świętego obrzędu, w którym w jednej chwili odnajdujemy doskonałą spójność między doktryną, ceremonią i życiem, a w następnej sfałszowany obrzęd, który mruga okiem do heretyków i pogardliwie milczy o tym, co głosi ten pierwszy?

Módlmy się zatem: Módlmy się, aby Majestat Boży, któremu oddajemy doskonały kult odprawiając czcigodny starożytny obrządek, raczył oświecić Świętych Pasterzy, aby zaniechali swego celu i rzeczywiście promowali Mszę Trydencką dla dobra Kościoła Świętego, na chwałę Trójcy Przenajświętszej. Wzywajmy Świętych Patronów Mszy Św. – Św. Grzegorza Wielkiego, Św. Piusa V i Św. Piusa X in primis oraz wszystkich Świętych, którzy na przestrzeni wieków sprawowali Najświętszą Ofiarę w przekazanej im formie , abyśmy wiernie ją zachowali. Niech ich wstawiennictwo przed tronem Boga błaga o zachowanie Mszy Św. po wszystkie czasy, dzięki której jesteśmy uświęceni, umocnieni w cnotach i zdolni odeprzeć ataki Złego. A jeśli kiedykolwiek grzechy ludzi Kościoła zasłużą na karę tak surową, jak ta przepowiedziana przez Daniela, przygotujmy się na zstąpienie do katakumb, ofiarując tę próbę za nawrócenie pasterzy.

+ Carlo Maria Viganò, Arcybiskup

9 czerwca 2021

W czwarty dzień drugiego tygodnia po Oktawie Zesłania Ducha Świętego

 

Tłum. Sławomir Soja

 

Za: Lifesitenews (Jun 10, 2021) -„Abp. Viganò’s considerations on the feared modification of Summorum Pontificum”

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content