„Zwalali pomniki i rwali bruk”, czyli nowa fala światowej rewolucji

Aktualizacja: 2020-06-17 5:52 pm

Znana powszechnie pieśń Jacka Kaczmarskiego „Mury”, dość pesymistyczna, przychodzi na myśl, kiedy obserwuje się przechodzącą przez „stary świat” falę tak zwanych protestów antyrasistowskich. Ofiarami niszczycielskiego trendu stają się pomniki Kolumba, Churchilla, a nawet Kościuszki. Gwałtowne wydarzenia przekroczyły ramy zwykłych zamieszek na tle rasowym w Ameryce, gdzie już od czasów PRL „wiadomo”, że tam „zawsze bili Murzynów”. Stały się zarzewiem nowego, międzynarodowego konfliktu ideologicznego, który ma przemodelować historię, dziedzictwo naszej cywilizacji i współczesny model relacji społecznych.

Kaczmarski przerobił pieśń lewicowego Katalończyka Lluísa Llacha i śpiewał: „Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas / i z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast / Zwalali pomniki i rwali bruk – ten z nami! Ten przeciw nam! (…)”. Utwór kończy jednak profetyczna zwrotka ze słowami: „A mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg…”. Taki koniec szykuje ludziom większość rozmaitych rewolucji społecznych i nie mam wątpliwości, że podobny los kroją nam obecnie, w swojej rewolucji „antyrasiści”.

Stany Zjednoczone

Posągi historii spadają po zabójstwie George’a Floyda nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Przy okazji odbywa się rewizja dziejów naszej cywilizacji. Jest to rewolucyjny przegląd historii, w którym nowe zasady politycznej poprawności nie zostawiają miejsca na żadne dyskusje i niuanse. Po prostu: „ten z nami, ten przeciw nam”.

W tym ahistorycznym przeglądzie pomników chyba najbardziej symbolicznym aktem była dekapitacja posągów Krzysztofa Kolumba w Bostonie i Miami. Do tego wylewane na spiż litry czerwonej farby. Źeglarz z Genui, który odkrył dla Europy Amerykę, stał się symbolem „eksterminacji ludności tubylczej”. Nie wiadomo tylko, co zawinił im w Ameryce Tadeusz Kościuszko? Na razie „amerykańska moda” na niszczenie pomników szybko przekroczyła Atlantyk.

Wielka Brytania

W Bristolu zdewastowano pomnik Edwarda Colstona, XV-wiecznego brytyjskiego kupca. Handlował niewolnikami, ale był też filantropem i posłem do parlamentu Torysów, jednym z twórców imperium. We wspomnianym tu mieście zakładał szkoły, przytułki, szpitale i kościoły. Od wielu lat tworzono jednak tylko czarno-biały wizerunek tego przedsiębiorcy.

W Edynburgu, stolicy Szkocji, demonstranci pokryli graffiti wizerunek pierwszego wicehrabiego Melville, Henry’ego Dundasa (1742-1811), polityka i prawnika, ważnej postaci dla zachowania odrębności Szkotów. Walczył on z Kościołem katolickim, był też nepotystą. Historycy mogą się spierać o jego ocenę, ale zrzucanie go z cokołu wyłącznie w aspekcie opóźniania przez niego znoszenia niewolnictwa, jest oceną radykalną i jednowymiarową.

Na cenzurowanym znalazł się także brytyjski premier Winston Churchill. Tutaj idzie w ruch nie tylko czerwona farba, ale też historia z… Google. Zdjęcia tego polityka wypadło bowiem z najpopularniejszej wyszukiwarki. Pod hasłem „brytyjscy premierzy” pojawiały się fotografie brytyjskich szefów rządów, z wyjątkiem… Winstona Churchilla. Wielu użytkowników Twittera oskarżyło Google o cenzurę. Firma tłumaczyła się technicznym „incydentem”.

Belgia

W Belgii zwalanie pomników dotknęło Leopolda II, króla z lat 1835-1909. Kongo było jego prywatnym obszarem. Dochodziło tam do wyzysku i okrucieństw, raczej niespotykanych w innych koloniach. Posągu Leopolda II nie ma już w parku miejskim w Halle. Zdewastowany, trafił do magazynów muzealnych. Podobnie działo się z jego monumentami w kilku innych miastach Belgii, np. w Antwerpii. W Brukseli na miejscu pomnika umieszczono portret Patrice’a Lumumby, premiera Kongo wspieranego przez Związek Sowiecki.

W Belgii „antyrasiści” mścili się także na pomniku króla Baudouina przed katedrą św. Michała i św. Guduli w samym centrum stolicy. Czerwoną farbą namalowano napis „reparacje”. Król Baudouin w 1960 r. osobiście udał się do Konga i nadał temu państwu niepodległość.

Tymczasem według sondaży zaledwie 25 procent mieszkańców Belgii poparłoby usuwanie królewskich pomników, nawet przy udowodnieniu im zbrodni. Rewolucyjna mniejszość, wsparta afrykańskimi migrantami, narzuca jednak swoją wolę metodą faktów dokonanych.

Demokratyczna Republika Konga

Mało zapewne kto wie, że niezagrożony jeszcze monument Leopolda II stoi sobie spokojnie na „miejscu przestępstwa”, czyli w samej Kinszasie. To replika wizerunku z Brukseli. Moda na obalanie pomników najwidoczniej do Afryki jeszcze nie dotarła, a Demokratyczna Republika Konga jakoś do rebelii się nie przyłączyła. Monument w Kinszasie ma zresztą ciekawą historię.

Rdzenni mieszkańcy mieliby królowi sporo do zarzucenia. Leopold II powołał nawet w 1904 specjalną komisję do spraw Konga. Belgowie wykorzystywali tubylców do ciężkiej pracy na plantacjach kawy, kakao, trzciny cukrowej oraz w kopalniach. W okresie kolonizacji obowiązywał całkowity zakaz edukacji miejscowych, traktowanie ludności czarnej jak własności, pełne niewolnictwo, egzekucje, tłumienie buntów. Co prawda i tu lewicowa historiografia mocno podrasowała „czarną legendę” kolonialnych czasów kraju, ale rządy Leopolda trudno uznać za czasy jego cywilizacyjnego rozwoju. Jednak zdziczała forma cywilizacji, obecna w dawnej metropolii, kontrastuje z pozostałym obszarem Konga. 30 czerwca odbędą się w Kinszasie obchody 60. rocznicy niepodległości. W zielonej i spokojnej scenerii parku prezydenckiego pomnik Leopolda II akurat stoi jak stał. Wydaje się, że mieszkańcy Afryki są teraz znacznie dalsi od lewicowej i czarno-białej wizji kolonializmu.

Pomnik Leopolda II wrócił po latach

Upamiętnienie belgijskiego monarchy znajduje się obok monumentu jego następcy Alberta I oraz założyciela Léopoldville (obecna Kinszasa), brytyjskiego odkrywcy Henry’ego Stanleya. Burzyć ich nikt nie zamierza. – Posąg Leopolda II dla nas odzwierciedla historię, wspomnienie. Jest to punkt odniesienia dla naszych dzieci – mówił historyk José Batekele, dyrektor znajdującego się w tym parku narodowego muzeum. – Jeśli w Belgii uważają, że muszą zniszczyć zabytki, ponieważ istnieje tam silna diaspora afrykańska, to jest to ich sprawa wewnętrzna, która nie dotyczy nas bezpośrednio – dodał.

Wysoki na sześć metrów, brązowy posąg Leopolda II został usunięty w 1967 roku na polecenie lewicowego dyktatora, marszałka Sese Seko Mobutu w ramach polityki „afrykanizacji”. Był zapomniany przez prawie czterdzieści lat. W 2005 roku pojawił się w centrum miasta, na Bulwarze du 30-Juin. Władze uznały, że to jednak część ich dziedzictwa, ale pomnik stał tylko 24 godziny. Łączono to wydarzeniami, które miały miejsce rok wcześniej. Prezydent Joseph Kabila zjawił się w Brukseli i w senacie złożył zaskakujący hołd belgijskim misjonarzom i urzędnikom, „którzy wierzyli w marzenia króla Leopolda II o budowie państwa w centrum Afryki”.

Apoteoza czasów kolonialnych okazała się może zbyt szybka i posąg powędrował znowu na 5 lat do magazynów. W 2010 roku ostatecznie ustawiono go w prezydenckim parku. Ciekawe, czy dożyjemy czasów, w których pomniki ważnych postaci historii Europy można będzie już zobaczyć tylko w… Afryce?

Francja

Akcja niszczenia wizerunków bohaterów z czasów kolonialnych dotarła i nad Sekwanę. Dyskutują o tym politycy, historycy i media. „Jesteśmy otoczeni symbolami, które nas obrażają” – twierdzą „antyrasiści”. Usuwania monumentów domagają się różne „kolektywy” w Paryżu, Lille, na Reunion czy Martynice.

Na cenzurowanym jest m.in. Colbert, minister Ludwika XIV i autor „Czarnego Kodeksu”, który w XVII wieku skodyfikował zasady niewolnictwa we francuskich koloniach. Ghyslain Védeux, prezes stowarzyszenia Cran (Rada Czarnych Stowarzyszeń) uważa, że ten pomnik powinien zniknąć sprzed Pałacu Burbonów, bo „Colbert jest symbolem grabieży, przestępczości, odczłowieczania”.

Historyk Dimitri Casali odpowiada, że usunięcie tego posągu nie jest rozwiązaniem, ale wręcz przeciwnie, „otwarciem puszki Pandory historycznego rewizjonizmu”. Jean Baptiste Colbert (1619-1683) to Kontroler Generalny Finansów, który doprowadził do centralizacji państwa. Zreformował system podatkowy i cła, zlikwidował przywileje miast, przyczyniając się wydatnie do rozwoju handlu i przemysłu. Zreorganizował francuski system gospodarczy. Colbert stworzył też francuską flotę handlową i wojenną. Zredukowanie jego oceny do aspektu niewolnictwa jest kompletnie ahistorycznym przykładaniem współczesnych kalek na wydarzenia sprzed kilku wieków.

W Lille powstał spór o pomnik generała Louisa Faidherbe, który ocalił miasto przed najazdem pruskim. To za ten czyn został uwieczniony w spiżu. Dwukrotny gubernator Senegalu, który walczył z Maurami i stworzył słynną formację „strzelców senegalskich”, był po prostu dzieckiem swojej epoki. „Kolonizator”, który rozszerzył wpływy Francji daleko poza Senegal, pracował nad rozwojem lokalnej gospodarki i był twórcą portu w Dakarze. Zaplanował linię kolejową z Dakaru do Nigru, promował dystrybucję wody pitnej w Saint-Louis i budowę oczyszczalni wody Mbakhana (powstała w 1885 roku). Prowadził prace nad lokalnymi dialektami, obyczajami i napisał kilka dzieł o etnografii i geografii o Afryce Zachodniej. Lewackie „kolektywy” atakują jego pamięć od ponad 10 lat jako symbolu kolonializmu. – Debata jest uzasadniona – mówiła już dwa lata temu socjalistyczna mer Lille Aubry.

Dawne kolonie francuskie

Także na terytoriach zamorskich Francji podważa się przeszłość i ich historię. Na Reunion spornym okazuje się posąg Mahé de La Bourdonnais, byłego gubernatora wyspy, który korzystał z niewolników w robotach publicznych. Jego pomnik stoi naprzeciwko prefektury Saint-Denis.

Na Martynice zniszczono dwa posągi Victora Schoelchera. Człowieka, który ogłosił… zniesienie niewolnictwa w 1848 r. Był jednak obrońcą idei kolonizacji. Odnosząc się do tych wydarzeń lewicowy dziennik „Le Monde” przyznał, że „niektórzy obawiają się, że wraz z pomnikami upadnie złożoność historii”. Po drugiej stronie Gabrielle Cluzel z prawicowego radia „Courtoisie” mówi: „przekreślanie przeszłości to przekłamywanie teraźniejszości i zmienianie przyszłości”. Zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Marianne” Franck Dedieu zauważył, że dla stowarzyszeń typu Liga Obrony Afrykańskiej już sama budowa historycznej potęgi Francji jest takim samym przestępstwem jak akceptacja niewolnictwa.

Dyskusja trwa

„Le Monde” ma rację, kiedy stwierdza, że np. w XVII wieku „nikt albo prawie nikt nie przejmował się losem niewolników, nawet Ludwik XIV”. Dziennik widzi w niszczeniu pomników we Francji, „ślepe naśladownictwo” tego, co dzieje się w USA. Wydaje się jednak, że tutaj bardziej niż o naśladownictwo, chodzi o międzynarodówkę, która rzeczywiście przez zmianę historii chce mieć wpływ na przyszłość. Sebastien Chenu, europoseł z ramienia Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, przewidział w wywiadzie radiowym ocenzurowanie filmu „Przeminęło z wiatrem” i zapowiedział, że wkrótce zabiorą się za kultowy komiks Herge o przygodach Tintina. I w tym przedmiocie też miał rację. Po prostu epoka kolonii była realną rzeczywistością żyjących wtedy ludzi.

Spór o kolonializm

Epokę kolonializmu próbuje się przedstawić jako coś w rodzaju „grzechu pierworodnego” białego człowieka. Ma to wywoływać w Europejczykach poczucie winy. Tymczasem kolonializm ma na swoim koncie wiele grzechów, ale też wielki dorobek pozytywny, w tym cywilizacyjną misję. Prawda o epoce kolonialnej jest bardziej złożona, niż hasła „antyrasistów”. Przypomnijmy, że w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w Afryce funkcjonowało 2 000 ambulatoriów, 600 szpitali położniczych i 40 szpitali ogólnych. Było tam 18 000 kilometrów linii kolejowych, 215 000 kilometrów dróg, w tym 50 000 kilometrów utwardzonych, 63 porty morskie, 196 lotnisk, 16 000 szkół podstawowych oraz 350 uczelni i szkól średnich. Niektórzy historycy uważają nawet, że bez epoki kolonizacji kontynent ten by nie przetrwał.

Jak twierdzi Jean Sevilia – „fenomenu kolonializmu nie można rozpatrywać w oderwaniu od epok historycznych, ówczesnych układów politycznych czy nawet religijnych, a przykładanie współczesnych ocen do wydarzeń na przykład z XVI wieku jest nieadekwatne i wydaje się wręcz historycznym nadużyciem”. Lewica, która dzisiaj, dla swoich celów, przyklaskuje „antyrasistom”, ma na swoim koncie tyle samo „grzechów kolonialnych”, co prawica.

Historyczne kłamstwa lewicy

W roku 1879 na bankiecie z okazji zniesienia niewolnictwa Victor Hugo powiedział: „Bóg ofiarował Afrykę Europie. Podbijcie ją, ale nie armatami, lecz pługiem; nie szablą, ale handlem; nie bitwą, ale przemysłem; nie dla zdobyczy, ale dla braterstwa. Wchodząc do Afryki rozwiążecie problemy społeczne, zmienicie waszych proletariuszy we właścicieli. Zróbcie to! Zróbcie drogi, zbudujcie porty, postawcie miasta”. Sorry lewico, taki był klimat jeszcze u końca XIX wieku. To mason i antyklerykał, ale także zwolennik tezy o wyższości rasowej białego człowieka, Jules Ferry zapowiadał ekspedycję do Tunezji i do Tonkinu, a radykał Clemenceau – państwowe wsparcie dla kolonialnego biznesu. Kolonializm wspierał nawet sam przywódca socjalistów i założyciel gazety „L’Humanité” Jean Jaurés. W tym czasie prawica francuska była raczej niechętna awanturze kolonialnej i myślała bardziej o odwecie na Prusach. Ekspansję w Afryce i Azji wspierali zaś radykalni republikanie i socjaliści.

Dzisiaj spadkobiercy tych polityków biją się w cudze piersi, a prezydent Macron przyrównywał nawet francuską obecność w Algierii do zbrodni… holocaustu. Absurdów jest więcej. W imię walki z rasizmem na pierwszej linii są tu nie tylko Afro-Francuzi, ale i Arabo-Francuzi, chociaż ich dziadowie oddawali się handlowi niewolnikami w Afryce ze znacznie większym zapałem i znacznie dłużej niż Europejczycy.

A kiedy przeproszą Murzyni?

Kolejnym przykładem komplikacji stereotypów o rasizmie Francuzów może być postać przywódczyni miejscowego ruchu protestu. Na czele komitetu „Sprawiedliwość dla Adamy” stanęła jego siostra Assa Traore. Chodzi tu o Adamę Traore, który zmarł w roku 2016 na posterunku żandarmerii i ma być przykładem na „przemoc rasistowskiej policji”. Assa Traore wygląda jak amerykańska komunistka Angela Davis za młodu i zresztą osobiście się z nią spotykała. Mówi o rasizmie policji i oskarża Francję za jej kolonialną przeszłość oraz o zbrodnie niewolnictwa.

Tu tkwi paradoks. Rodzina Traore pochodzi z Mali, a jej korzenie z plemienia Soninke. Lud ten zajmował się handlem niewolnikami na długo przed epoką kolonializmu. W wieku XI przyjęli islam i dostarczali niewolników arabskim handlarzom. Stopniowo stali się społeczeństwem kastowym, opartym właśnie na pracy uwięzionych, których liczba na ich terytorium jeszcze pod koniec XIX wieku mogła wynosić nawet połowę mieszkańców. Byli traktowani brutalnie i mieszkali w osobnych gettach. Soninke współcześnie mają dużą diasporę we Francji. Kiedy dzisiaj Assa Traore zaczyna mówić o kolonializmie i niewolnictwie, warto pamiętać, że prędzej to ona jest potomkiem handlarzy ludźmi niż 95 procent piętnowanych przez nią Francuzów. Nie dajmy się więc zwariować…

Polityka ustępstw ośmiela

Francja jednak przyjęła postawę kapitulancką. Nic dziwnego, że na polecenie producenta i właściciela praw do filmu Warner Brothers największe paryskie kino Rex odwołało projekcję „Przeminęło z wiatrem”. Pokaz miał być premierą filmową po tygodniach zamknięcia tego kina. „Nadszedł rok 1984” – skomentował ten fakt tygodnik „Le Point”.

Na tym się jednak nie kończy. Poza niszczeniem pomników, pojawiają się nawet postulaty „dekolonizacji języka francuskiego”. Niejaka Rhoda Tchokokam opracowała specjalny leksykon słów zakazanych i ich nowych zamienników. Filozof Alain Finkielkraut obawia się skutków takich działań i mówi: „odkrywamy apartheid i wracamy do lat 30. XX wieku, udając, że z nimi walczymy”. Finkielkraut dodaje, że „wstyd bycia białym zastąpił złe burżuazyjne sumienia”.

Na ścieżce rewolucji

Niszczenie posągów to wprowadzanie nowej rzeczywistości i nowych porządków. Tak było w krajach postkomunistycznych, ostatnio w Iraku w 2003 roku czy podczas Arabskiej Wiosny osiem lat później. W krajach zachodnich zmiana jest ewolucyjna, ale już teraz, przy „cenzurowaniu” pomników, jesteśmy świadkami narzucania nowej wizji dziejów i zakwestionowania pewnego konsensusu historii. Stopniowo wkraczamy na ścieżkę celów rewolucji, a poprzez kwestionowanie przeszłości, także na drogę końca naszej cywilizacji.

Bogdan Dobosz

Tags: , , , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=114863 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]