Recydywa saska 2010 – Stanisław Michalkiewicz

Aktualizacja: 2010-03-1 11:22 am

Na tym świecie pełnym złości mało jest rzeczy doskonałych, a już zwłaszcza – w polityce. W polityce jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – a ponieważ przeważnie nie ma tego, co się lubi, to trzeba zadowalać się tym, co się ma, czyli tak zwanym Mniejszym Złem. Najwyraźniej taki los wypadł nam i nie ma co wierzgać przeciwko ościeniowi. Zresztą co tu narzekać, skoro przecież przez ostatnie 20 lat mogliśmy się wyfikać niepodległościowo i w ogóle, no ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy – a więc kończy się również i ta kolejna pieriedyszka. Ciekawe, że i poprzednia – ta między rokiem 1918, a 1939 też trwała tyle samo. Widocznie w naszej części Europy pieriedyszki dłużej trwać nie mogą i poza nielicznymi zatwardzialcami większość to rozumie. Jakże inaczej wytłumaczyć, że w roku 2003, gdyśmy nie zdążyli jeszcze nacieszyć się niepodległością, już się jej wyrzekliśmy, przyjmując w referendum traktat akcesyjny bez żadnych zastrzeżeń również co do przyłączenia Polski do unii walutowej? A jak się powiedziało „a”, to trzeba też powiedzieć „b”, więc naturalną koleją rzeczy 1 kwietnia 2008 roku Sejm uchwalił ustawę upoważniającą pana prezydenta do ratyfikowania traktatu lizbońskiego, który już formalnie przekształca Polskę w część składową nowego europejskiego cesarstwa – Unii Europejskiej, której politycznym kierownikiem są Niemcy, niekiedy działające w porozumieniu z Francją. Od 1 grudnia ubiegłego roku znajdujemy się już w całkiem nowej rzeczywistości politycznej, na którą w zasadzie nie mamy większego wpływu, nawet w ramach tak zwanego „współdecydowania o naszych sprawach”, czego, pod wpływem perswazji naszych Umiłowanych Przywódców, wielu nie chce dostrzegać, jako że nic tak nie gorszy, jak prawda.

W takich okolicznościach przychodzi nam zastanowić się nad wyborem tubylczego prezydenta, którego kadencja w tym roku dobiega końca. Wprawdzie piastowanie tego urzędu nikogo nie hańbi, ale też nikomu nie przynosi specjalnego zaszczytu, podobnie jak piastowanie stanowiska I sekretarza Komitetu Centralnego KC PZPR. W sytuacji wyrzeczenia się suwerenności politycznej, a więc samodzielnego określania praw własnego państwa, wprawdzie ktoś musi być namiestnikiem prawdziwego suwerena, ale kwestia – kto to będzie – nie wydaje się specjalnie ważna. Wprawdzie Władysław Gomułka pod wieloma względami różnił się od Edwarda Gierka, a Edward Gierek – od Wojciecha Jaruzelskiego, ale te różnice nie miały specjalnego znaczenia w sytuacji, gdy tak czy owak ostatnie słowo co do naszej przyszłości należało do Moskwy podobnie jak dzisiaj – formalnie do Brukseli, a faktycznie – do Berlina, dobrze, jeśli nie w porozumieniu z Moskwą.

Wspominam o tym dlatego, żebyśmy we właściwych proporcjach potrafili spojrzeć na propagandowe wizerunki, jakimi będą epatować nas poszczególne obozy, stręczące nam swoich kandydatów. Ponieważ od pewnego czasu propaganda usiłuje wbić społeczeństwu do głowy obraz dwubiegunowej sceny politycznej, to w tych właśnie ramach, między dwoma szalenie antagonistycznymi prezydenckimi obozami, będzie toczył się główny nurt kampanii wyborczej. Jak już wielokrotnie wspominałem, zasadniczą różnicą między obozami Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości jest swego rodzaju aktorskie emploi; Platforma Obywatelska wpycha Polskę do Cesarstwa Europejskiego szermując argumentami „europeizacji” i „modernizacji” – cokolwiek by to nie miało znaczyć, podczas gdy Prawo i Sprawiedliwość wpycha Polskę w to samo miejsce szermując hasłem obrony polskiego interesu narodowego. Ale to, czy Polska będzie pogrążała się i rozpuszczała w Unii Europejskiej w imię „europeizacji”, czy w imię „obrony interesu narodowego” – nie wydaje się aż tak istotne w porównaniu z faktem, że w miarę upływu czasu będzie się coraz bardziej pogrążała i rozpuszczała. Być może jest to nieuchronny skutek powrotu europejskiej polityki w stare koleiny, wyznaczane dzisiaj przez strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie, ale nawet jeśli tak jest w istocie, to tym bardziej nie ma powodu, by poddawać się politycznej wściekliźnie, szerzonej przez stręczących się kandydatów.

Warto bowiem uświadomić sobie podobieństwa sytuacji, w jakiej właśnie znalazła się Polska z sytuacją, w jakiej znajdowała się w czasach saskich i stanisławowskich. Zasadniczym elementem tamtej sytuacji była rywalizacja ówczesnych mocarstw europejskich o wpływy w Polsce. Mocarstwa te nie tylko kreowały wygodnych sobie kandydatów, nie tylko przy pomocy rozbudowanej agentury budowały ich polityczne wpływy w polskim społeczeństwie, nie tylko zawierały porozumienia co do stanu rzeczy w Polsce (jak np. traktat prusko-rosyjski z 1720 roku w Poczdamie o blokowaniu każdej próby powiększenia wojska w Polsce, czy traktat Loewenwolda między Rosją, Prusami i Austrią z 1732 roku o zablokowaniu kandydatury Stanisława Leszczyńskiego na polski tron), ale niekiedy nawet prowadziły o to wojny, jak np. w latach 1733-1735, kiedy to toczyła się w Europie wojna sukcesyjna polska, zakończona pokojem wiedeńskim. Dzisiaj oczywiście żadnych wojen nikt nie toczy, bo i po co, kiedy te sprawy można załatwić znacznie taniej i bez ryzyka, przewerbowując kręcących tubylczą sceną polityczną razwiedczyków.

Właśnie mamy okazję obserwowania takiej operacji, której celem jest oczyszczenie przez Naszą Złotą Panią Anielę przedpola dla swego faworyta i , że tak powiem, wyprostowanie mu szybkiej ścieżki do tubylczej prezydentury. Oto Helsińska Fundacja Praw Człowieka, na co dzień kolaborująca z wiedeńską Agencją Praw Podstawowych, będącą rodzajem paneuropejskiego gestapo, pilnującego respektowania przez europejskie narody zasad politycznej poprawności – więc owa helsińska fundacja odkryła zapiski Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej z których wynika czarno na białym, że samoloty CIA, prawdopodobnie z osobami uznanymi przez Amerykanów za „talibów” co najmniej 6 razy lądowały na lotnisku w Szymanach. Niby nic – ale ta informacja może szalenie skomplikować sytuację Jerzemu Szmajdzińskiemu, który w tym czasie był ministrem obrony narodowej, a obecnie zachciało mu się kandydować na prezydenta. Tymczasem Nasza Złota Pani Aniela chyba nie po to „namówiła” premiera Tuska do rezygnacji z kandydowania, żeby tubylczym prezydentem został Szmajdziński! Prawdopodobnie też nie po to, by prezydentem został Radosław Sikorski. Wprawdzie minister Sikorski uwija się, jak może, ale widocznie Nasza Złota Pani Aniela też nie w ciemię bita i przecież pamięta, że kiedy samoloty CIA tu latały, to minister Sikorski pogrążony był jeszcze w sprośnych błędach Niebu obrzydłych i uchodził za duszeńkę Amerykanów. Cóż dopiero, kiedy pani red. Anna Applebaum, prywatnie małżonka ministra Sikorskiego niedawno właśnie ją skrytykowała za niewłaściwą politykę zagraniczną? Jeśli nawet Nasza Złota nie przywiązuje do tego większej wagi, jako do rzeczy bez znaczenia, to przecież nie może tego nie zauważyć!

I oto natychmiast odezwały się nożyce. Nie mówię już o Jerzym Szmajdzińskim, który teraz może być zmuszony do opędzania się przed zarzutami Złamania Prawa wskutek przestępczej zmowy z CIA na szkodę Praw Człowieka. Włodzimierz Cimoszewicz wycofał się z wyścigu do prezydentury z powodu pani Jaruckiej, która w zestawieniu z Naszą Złotą Panią Anielą jest „prochem i niczem”. Ale w samej Platformie jak na komendę rozległ się klangor, w którym wybija się głos posła Palikota i pani minister Pitery, współbrzmiące z opinią Salonu, wyrażoną przez uchodzącego tam za proroka mniejszego red. Jacka Żakowskiego, że min. Sikorski może być prezydentem ale dopiero w roku 2020. Do chóru dołączył pan Władysław Bartoszewski, nie tylko potwierdzając, że min. Sikorski jest „za młody”, ale przypominając zasadę, że młodszy powinien ustąpić starszemu, mądrzejszy… – no, mniejsza z tym. Kropkę nad „i” postawił były prezydent naszego państwa Lech Wałęsa, udzielając poparcia marszałkowi Bronisławowi Komorowskiemu. Słowem – recydywa saska na całego!

Tak mniej więcej kształtuje się sytuacja w obozie zdrady i zaprzaństwa. No a co słychać w obozie płomiennych obrońców interesu narodowego? Na razie udało się zaklajstrować dyplomatyczny skandal na tle korespondencji, która wprawdzie na pewno była przez Kancelarię wysłana, ale równie na pewno nie dotarła do rosyjskiej ambasady. Na szczęście zawsze wszystko można zwalić jeśli nie na pocztę, to na dziennikarzy, którzy – patrzcie Państwo! – domyślili się, że ruscy dyplomaci zagrali naszym dygnitarzom na nosie. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, więc zawsze można będzie zinterpretować ten incydent jako wielkie zwycięstwo naszej kunktatorskiej strategii. To się nawet może przydać w charakterze kolejnego liścia do wieńca sławy, ale prawdziwym zmartwieniem pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego musi być realizacja strategii Mniejszego Zła, której istotnym elementem jest pilnowanie, by w obozie płomiennych obrońców interesu narodowego nie pojawiła się żadna Schwein, której kandydatura mogłaby uszczknąć nieco głosów ze spodziewanej z rozdzielnika puli.

A właśnie swoją kandydaturę zgłosił były marszałek Sejmu Marek Jurek, poddając surowej krytyce pomysł przyłączenia Polski do unii walutowej, chociaż był członkiem PiS kiedy partia Jarosława Kaczyńskiego popierała ten pomysł, agitując za traktatem akcesyjnym. Na szczęście ludzie mają dobrą pamięć, ale krótką, więc może nikt nie będzie byłemu marszałkowi tego pamiętał, zwłaszcza, że chociaż z PiS wtedy jeszcze wystąpić się nie odważył, osobiście traktatu akcesyjnego nie popierał. Stosunek prezesa Kaczyńskiego do Marka Jurka w nadchodzących miesiącach będzie zatem zależał od tego, czy kandydaturę swoją traktuje on serio, czy tylko – jako rodzaj karty przetargowej, przy pomocy której chciałby wydębić od prezesa Kaczyńskiego jakieś koncesje dla Prawicy Rzeczypospolitej. Wprawdzie podczas ostatnich wyborów PR wiele głosów nie uzyskała, ale podpisy zebrała, więc lepiej dmuchać na zimne tym bardziej, że pan prezydent Lech Kaczyński podczas swojej prezydentury zdążył narazić się właściwie wszystkim grupom, które w 2005 roku na niego głosowały. Ostrożność nie zawadzi tym bardziej, że Marek Jurek, chociaż nie reprezentuje formacji parlamentarnej, „przecie stoi między pany”, to znaczy – zapraszany jest do „Kawy na ławę” w TVN-24, co oznacza, że w razie potrzeby razwiedka może udzielić mu dopalacza, a wtedy taka dywersja może całą strategię Mniejszego Zła rozwalić w drobny mak. W obliczu takiej perspektywy jest raczej pewne, że prezes Jarosław Kaczyński, jako wirtuoz intrygi, nie tylko będzie kokietował Marka Jurka, ale również próbował zablokować mu poparcie – jak pokazuje casus pani red. Anity Gargas – z każdej możliwej strony. Bez pomocy starszych i mądrzejszych nie byłoby to możliwe, ale na wdzięczność starszych i mądrzejszych pan prezydent Lech Kaczyński liczyć chyba może?

Stanisław Michalkiewicz

Felieton   „Nasz Dziennik”   1 marca 2010

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza z cyklu „Ścieżka obok drogi” ukazuje się w „Naszym Dzienniku” w każdy piątek.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=18889 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]