Hmmm, hmmm… – Stanisław Michalkiewicz

Przykład, jak wiadomo, idzie z góry, więc nic dziwnego, że ministrowie – podwładni premiera Tuska upodabniają się do swego szefa. Dlaczego jednak premier Tusk w stachanowskim tempie upodabnia się do byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego? Czyżby on był jakimś jego przełożonym? Jeśli tak, to oczywiście nieoficjalnym, bo oficjalnie, to Aleksander Kwaśniewski jest teraz wynajęty przez Europejski Kongres Żydów do walki z antysemityzmem. Ale przecież jedno drugiemu nie przeszkadza i nowa funkcja naszego byłego prezydenta nawet nieźle by wyjaśniała ten swoisty mimetyzm premiera Tuska. Jak wiadomo, prezydent Kwaśniewski znany był przede wszystkim z tego, że nigdy nie było wiadomo, kiedy mówi serio, a kiedy nie i premierowi Tuskowi też zdarza się to ostatnio coraz częściej. Jest w tym również racjonalne jądro. Prezydent Kwaśniewski mimo, a może właśnie dlatego, że nigdy nie było wiadomo, kiedy mówił serio, a kiedy nie, cieszył się w Polsce niesłabnącą popularnością i był prezydentem aż przez dwie kadencje. Pewnie byłby i po raz trzeci, gdyby takiej możliwości nie przewidywała konstytucja. Zatem – na kim ma się wzorować, do kogo upodabniać premier Tusk, jeśli nie do prezydenta Kwaśniewskiego? Wiadomo przecież, że największym marzeniem premiera Tuska jest zostać tubylczym prezydentem, że dla popularności gotów jest nie tylko upodobnić się do Aleksandra Kwaśniewskiego, ale nawet robić jeszcze gorsze rzeczy, na przykład – ratyfikować traktat lizboński i w ogóle wszystko, co mu tam każe nasza Katarzyna Wielka, czyli pani Aniela, która tylko na pozór wygląda tak poczciwie, ale naprawdę, jak mówią wtajemniczeni, to w tańcu tupa. Nie ma zatem takiej rzeczy, której by nie zrobił, żeby tylko nie stracić popularności, zwłaszcza teraz, kiedy – chociaż zasadniczo nadal jest naszą duszeńką – w sondażach jego rząd popiera już tylko połowa ludu pracującego miast i wsi, co może oznaczać, że razwiedka próbuje go trochę podkręcić. W tej sytuacji, w braku konkretnych sukcesów, pan premier próbuje wywołać w społeczeństwie przynajmniej jego wrażenie. W tym celu odbył debatę, czyli rodzaj kazania na puszczy, z towarzystwie dwóch związkowców, których pięknie do wszystkiego przekonał. Zresztą jakże inaczej, jeśli wcześniej rząd ogłosił, że najpierw stocznię w Gdyni, a potem również stocznię w Szczecinie kupił strategiczny inwestor? Tym strategicznym inwestorem okazała się tajemnicza firma United International Trust, zarejestrowana na Curacao na Antylach Holenderskich. Premier Tusk dawał do zrozumienia, że stoi za nią „kapitał z Kataru”, ale z internetu wynika, że ten cały United International Trust wchodzi do Sapiens International Corporation NV, które z kolei uczestniczy w konsorcjum Emblaze Ltd, w którym, obok wyższych wojskowych izraelskich, zasiada Nahum Admoni, były szef Mosadu. Jeśli to ma być ten „Katar”, to chyba sienny, bo czyż izraelska razwiedka i generalicja potrzebuje trzymać szmal akurat w Katarze? Jeśli w innych sprawach rząd premiera Tuska też jest tak znakomicie zorientowany, to nic dziwnego, że lepiej idzie mu w przemyśle rozrywkowym, niż w rzeczywistości. Zresztą mniejsza o to, bo znacznie ważniejsza jest kwestia, co za lody zamierza w Gdyni i Szczecinie kręcić Mosad, zwłaszcza, że zrobił znakomity interes, kupując stocznie za równowartość terenu, jaki obejmują. Czyżby przygotowania do rozbioru Polski i utworzenia Żydolandu na „polskim terytorium entograficznym” były bardziej zaawansowane, niż sądzimy? Z jednej strony wydaje się to mało prawdopodobne, jako że Polska cieszy się w świecie opinią kraju antysemickiego, co ostatnio przypomniał niemiecki tygodnik „Der Spiegel”, stawiając tezę, że Niemcy dlatego zdecydowali się na wymordowanie europejskich Żydów, bo mogli liczyć na chętną współpracę Polaków, Ukraińców, Litwinów, Łotyszy i Estończyków i właściwie wyszli naprzeciw ich najgorętszym oczekiwaniom. Z drugiej jednak strony – czyż Palestyna i w ogóle – obszar Bliskiego Wschodu nie jest jeszcze bardziej antysemicki, niż Polska, nawet jeśli brać pod uwagę jej wizerunek sporządzony przez „światowej sławy historyka” Jana Tomasza Grossa? Jak pamiętamy, nie tak dawno w jednej z niemieckich gazet ukazał się artykuł pewnego malarza, postulujący z tego właśnie powodu przeniesienie Izraela do Europy, na przykład – na teren Polski. W Niemczech malarze niekiedy dochodzą do dużego politycznego znaczenia, więc coś może być na rzeczy. Na tym świecie pełnym złości niczego z góry wykluczyć nie można, zwłaszcza, że minister Sikorski właśnie ogłosił, że niezależnie od tego, czy tarcza antyrakietowa będzie, czy nie, to już niedługo zostaną w Polsce zainstalowane rakiety „Patriot”, obsługiwane przez kompanię wojska amerykańskiego, która przybędzie razem z nimi. Ponieważ wygląda na to, że tarczy antyrakietowej w Polsce chyba już nie będzie, to tym bardziej aktualne staje się pytanie, co Amerykanów skłoniło do takiej determinacji i czego te „Patrioty” będą pilnowały. Jak wiadomo, jedynym stałym elementem amerykańskiej polityki, jest wspieranie Izraela żeby tam nie wiem co, więc ta okoliczność rzuca na tę kwestię snop światła, ale pewności, rzecz prosta, nie ma. Oczywiście pytanie jest aktualne pod warunkiem, że te „Patrioty” zostaną w Polsce zainstalowane naprawdę, to znaczy – że nie jest to tylko tak zwany „bąk”, puszczony przed wyborami do Parlamentu Europejskiego przez rząd premiera Tuska, który dla popularności gotów jest na wszystko – nie tylko na upodobnienie się do Aleksandra Kwaśniewskiego, z którym nigdy nie było wiadomo, czy mówił serio, czy nie, a nawet na jeszcze gorsze rzeczy. Stanisław Michalkiewicz Komentarz  ·  tygodnik „Goniec” (Toronto)  ·  2009-05-24  |  www.michalkiewicz.pl Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Rząd powie komu sprzedał stocznie

Wreszcie dowiemy się kto kupił polskie stocznie i co będzie w nich robił. „Pełna informacja dotycząca inwestora stoczni w Gdyni i Szczecinie oraz jego zamierzeń zostanie przedstawiona w najbliższych dniach” – obiecał w Sejmie wiceminister skarbu Zdzisław Gawlik. „Na tą informację będziemy musieli poczekać jeszcze tydzień” – powiedzieł wiceminister Zdzisław Pawlik. Jak twierdzi – inwestor pochodzi „z takiego kręgu kulturowego”, że nie chce przekazywać o sobie informacji przed podpisaniem ostatecznej umowy. Tymczasem jak mówił w czwartek w Sejmie poseł Czesław Hoc z PiS, United International Trust czyli firma, która kupiła stocznie „nie ma nawet własnej strony internetowej”. Poseł PiS, który pytał o zamiary inwestora wobec stoczni, zaatakował rząd, że sprzedał ich majątek za „niewielkie pieniądze”. „Dla pana posła być może są to grosze, dla innych nie są to grosze. Źeby inwestorzy przyszli do tych spółek, należało dołożyć 1 mld 350 mln. Jeżeli ja mam do wyboru: wziąć jakieś pieniądze za ten majątek i mieć szanse na to, że działalność stoczniowa będzie prowadzona, a z drugiej strony mam dołożyć określone, niemałe pieniądze, to wobec podatników i tych ludzi, którzy potrzebują pieniędzy ja będę optował za tego typu wyborem, mimo że ktoś oceni, że te pieniądze są zbyt niskie” – odpowiedział Gawlik. Do tej pory nie było wiadomo jak zostanie wykorzystany majątek polskich stoczni. 14 maja br. minister skarbu Aleksander Grad poinformował, że United International Trust chce produkować statki w Stoczni Gdynia. Dwa dni później powiedział, że ta sama firma jest również zwycięzcą przetargu na majątek Stoczni Szczecińskiej Nowa. dziennik.pl


Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content