Z wszystkiego można szmal wydostać – Stanisław Michalkiewicz

Poglądy, charakter, postawa zjawiskiem są dosyć rzadkim. Więcej się da wytłumaczyć zwyczajnym losu przypadkiem. Grosz dzisiaj jest w MSZ-cie, a Rubel jest u Andersa, bo tak się im ułożyło, a mogło być vice-versa” – pisał Antoni Słonimski zaraz po wojnie. Skoro już wtedy postawa była rzadkim zjawiskiem, to cóż dopiero teraz, kiedy taki poseł Antoni Mężydło z Torunia, nie tylko przechodzi sobie z Prawa i Sprawiedliwości do Platformy Obywatelskiej, ale w dodatku publicznie deklaruje, że wcale nie musiał przy tym zmieniać poglądów? Co więcej – wszystko wskazuje na to, że nie tylko mówił szczerze, ale, że to najprawdziwsza prawda! Dzięki temu lepiej rozumiemy, dlaczego Aleksander Kwaśniewski opowiadał, jak to „wychował się”, nie na żadnym tam marksizmie-leninizmie, tylko na Jerzym Giedroyciu i paryskiej „Kulturze”, uważanej przez Służbę Bezpieczeństwa, której Aleksander Kwaśniewski, tym razem jeszcze nie „prezydent wszystkich Polaków”, ale tajny współpracownik „Alek” się wysługiwał – za „wydawnictwo dywersyjne”.

Akurat zbliża się paneuropejski konkurs filutów o posady za 7 tysięcy euro miesięcznie przez okres 5 lat – bo tyle właśnie trwa kadencja do Parlamentu Europejskiego. Polsce Sojuz przyznał 54 takie posady, więc końcówka Wielkiego Postu obfitowała w krwawe walki buldogów pod różnymi partyjnymi dywanami i dywanikami. Wśród ofiar znalazły się całe rodziny, m.in. ojciec i syn Marcin i Filip Libiccy z Poznania, a przecież to tylko wierzchołek góry lodowej. Zwycięzców poznamy na pierwszych miejscach list wyborczych, bo ci będą mieli największe szanse. Tym większe, że frekwencja zapowiada się wyjątkowo niska – nawet na poziomie 13 procent – co wskazuje, że po pierwsze – publiczność chyba ma już dosyć statystowania w tego rodzaju widowiskach, a po drugie – że oligarchizacja politycznej sceny osiąga w ten sposób apogeum, bo do wyborów mogą pójść tylko rodziny i przyjaciele kandydatów, a więc osoby bezpośrednio zainteresowane wyborem oraz działacze partyjni, którzy wynikiem wyborów zainteresowani są pośrednio – żeby odblokowały im się własne ścieżki kariery. Oczywiście do posad aspirują nie tylko debiutanci, ale też i weterani europejskich salonów i właśnie oni składają się jak scyzoryki, bo wiedzą, że nigdzie już nie będzie im tak dobrze, jak tam. Podobnie Lech Wałęsa zdradził ostatnio, że pogróżki o wyjeździe za granicę, to tylko taka przenośnia, a nie naprawdę. On z kolei też wie, że swoją tak zwaną „legendę” może tak naprawdę dyskontować tylko w Polsce – oczywiście dopóki razwiedce, czy michnikowszczyźnie będzie to do czegoś potrzebne. A na razie jest – więc niechże srebrniki płyną.

Ta atmosfera udzieliła się nawet pani Danucie Hubner, która została wystawiona przez naszych okupantów na stanowisko komisarki z bajońskimi wręcz apanażami. Przy takich apanażach też musi toczyć się walka o byt w najjaskrawszych przejawach, więc i wokół naszej komisarzowej pojawiły się widocznie jakieś śmierdzące dmuchy, skoro w udzielonym specjalnie wywiadzie oświadczyła, że „nigdy” nie była w „żadnej partii”. Tymczasem przez 17 lat (1970-1987) była w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, dzięki której nie tylko zrobiła naukową karierę, ale w dodatku, w nagrodę za rzucenie partyjnej legitymacji, została przez razwiedkę skierowana na stypendium do Ameryki, żeby się zorientowała, jak się kradnie i gdzie chowa szmal w ustroju kapitalistycznym. Po takim wstępie nie zdziwiłoby nas nawet, gdyby pani Danuta zrobiła strip-tease i odtańczyła jakiś bachiczny taniec na rurze. Czy ktoś chciałby to oglądać, to inna sprawa, bo – jak wieszczy poeta – „któż widok ten opisać zdoła? Fiedin, Simonow, Szołochow? Ach, któż w ogóle go wytrzyma!” Wytrzyma, nie wytrzyma – czego to się nie robi dla tej Europy! Wańkowicz wspomina, jak to wracający z jarmarku chłop pracowicie usiłował zjeść pachnące mydełko, aż mu z ust spadały płaty piany. Spotkany przypadkowo pachciarz nie posiadał się ze zdumienia: Hryćku, toż to miło! – Odejdź Szlomka, bo jak splunę, to zgorzejesz. Miło, nie miło, a kupił, tak zjesz!

Kiedy tak trwają podchody pod Parlament Europejski, a kraj pogrążył się w świątecznej nirwanie, gwałtowny pożar socjalnego hotelu w Kamieniu Pomorskim stworzył okazję zarówno premieru Tusku, jak i prezydentu Kaczyńskiemu do wyścigu na wrażliwość społeczną. Premier Tusk zachował się niesportowo, uzyskując fory poprzez zatajenie wiadomości przez prezydentem, który o tym, że w Kamieniu Pomorskim się pali, dowiedział się z mediów. Zdążył jeszcze wprawdzie na dogaszanie pogorzeliska, i z powodu ponad 20 ofiar w ludziach ogłosić trzydniową żałobę, ale wyniknął z tego kolejny kryzys konstytucyjny, bo obowiązek współdziałania obejmuje również informowanie prezydenta o tym, co się w kraju dzieje. Kryzys – swoją drogą, ale licytacja premiera z prezydentem na społeczną wrażliwość może zapoczątkować serię gwałtownych pożarów takich socjalnych hoteli, w których władze gmin i miast umieszczają lokatorów nie płacących żadnych czynszów. W innych miastach też potrzebują oni polepszenia bytu, a taki pożar, to okazja, która może się prędko nie powtórzyć.

Tymczasem Polska ma całkiem inne zmartwienia, czego znakomitą ilustracją była inspekcja, jaką przeprowadził w naszym kraju oraz na Ukrainie były francuski piłkarz Michał Platini. Teraz Michał Platini jest europejskim dygnitarzem futbolowym w randze co najmniej generała, a może nawet feldmarszałka – bo przez naszych mężyków stanu podejmowany był mniej więcej z takimi właśnie honorami. Pan Platini, jako rewizor z Pietierburga, który miał sprawdzić stan przygotowań do piłkarskiej imprezy Euro 2012, znalazł u nas wszystko w jak najlepszym porządku, co oznacza, że razwiedka już ustaliła, kto i ile ma na tym całym Euro zarobić, a kto ma stracić – żeby było sprawiedliwie i w ogóle – gites tenteges. A skoro tak, to co tu mają do rzeczy jakieś poglądy? Po co komu poglądy? Nie wystarczy wypić i zakąsić?

W zasadzie mogłoby wystarczyć, ale na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności. Jak przewidział poeta, „wszędzie mięsiste węszą nosy”, więc nic dziwnego, że się dowąchały więzień CIA w Polsce. Wszyscy zainteresowani oczywiście się wypierają i zasłaniają tajemnicą państwową, ale jakie tam tajemnice możemy mieć przed CIA, skoro nie mamy niczego do ukrycia nawet przed Michałem Platinim? Na razie jedyną tajemnicę stanowi okoliczność, kto za to zainkasował forsę i w jakim raju podatkowym ją schował. Jak pamiętamy, z tytułu zaangażowania wojsk polskich w Iraku, Amerykanie wypłacili swoim polskim agentom wynagrodzenia za pośrednictwem firmy Nur Corporation, no a teraz? Tajemnica to wielka, prawie taka sama, jak finansowanie podziemnych struktur Solidarności w stanie wojennym i latach 80-tych, dzięki czemu tak wielu zabiedzonych związkowców mogło w 1989 roku zacząć rosnąć wraz z krajem.


Stanisław Michalkiewicz

Komentarz  ·  tygodnik „Goniec” (Toronto)  ·  2009-04-19  |  www.michalkiewicz.pl

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).


Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content