Dlaczego USA nie chcą wygrać żadnej wojny?

Pytanie tytułowe może wydać się przewrotne i pozbawione sensu. Ale tylko pozornie.

USA razem ze swoimi tzw. sojusznikami z NATO dysponują koncentracją siły militarnej nie widzianej na świecie chyba od czasów Dzingis Chana. Lecz jakby prześledzić wszystkie konflikty, które USA wywołały bezpośrednio lub pośrednio, sponsorując tzw. kolorowe rewolucje tylko przez ostatnie 25 lat to dojdziemy do wniosku, że Amerykanie nie wygrali żadnego.

Owszem, zniszczono napadane kraje, przykładem niech tu będzie choćby Jugosławia czy Irak, ale nie zakończyło się to nigdy tym co zwykle było celem wojny czyli okupacją opanowanego terytorium. Burzono za to, pod szczytnym pretekstem „eksportu demokracji” tkankę socjalną napadanych krajów i niszczono, często ukształtowane przez wiele stuleci, relacje międzyludzkie. Paradoksalnie cały ten eksport demokracji doprowadzał do oddania władzy elementom ekstremistycznym, gorszym niż te poprzednie, vide Irak czy Libia.

Irak, praktycznie kolebka cywilizacji, rozpadł się na trzy części kontrolowane nie przez amerykańskich żołnierzy tylko przez różne ekstremistyczne odłamy islamistów. Raz sponsorowanych przez zachód a raz zwalczanych. Przy okazji mordowani są chrześcijanie, którzy pod rządami „reżimu” Saddama Husaina byli pod ochroną, podobnie jak przedstawiciele innych wyznań.

Libia z doskonale prosperującego kraju ze świetnym systemem usług socjalnych, w większości darmowych, stała się pobojowiskiem i żerowiskiem różnych zwalczajacych się wzajemnie ugrupowań ekstremistycznych.
Mieszkając wiele lat w Italii miałem okazję poznać wielu emigrantów z Maghrebu – Marokańczycy, Tunezyjczycy, nawet Egipcjanie. Nie było wśród nich Libijczyków… Teraz są ich już tysiące. Wygnała ich z ojczyzny wojna i bieda. Takie przykłady destrukcji można znaleźć w każdym „uzdrawianym” przez USA kraju. Taki uboczny efekt „eksportu demokracji”.
W sumie ciężko się w tym wszystkim połapać.

Czy w tym szaleństwie jest jakaś metoda czy to jedynie efekt nieudolności i skretynienia amerykańskich elit?

Na początek należałoby zdefiniować kim są te prawdziwe amerykańskie elity. Czy to Obama ze swoją świtą są tymi, którzy wymyślają takie bezsensowne i nieskuteczne akcje?
Wydaje się, że są oni jedynie wykonawcami planów swoich mocodawców. USA jako państwo już dawno wyzbyły się suwerenności na rzecz finansowych baronów i bossów kompleksu przemysłowo-zbrojeniowego. To oni dyktują warunki i wystawiają na świecznik różnych Bushów i Obamów. Sami pozostają w cieniu, dzierżąc pełnię władzy niepochodzącej z mandatu narodu.
USA, kraj mieniący się ideałem demokracji i jutrzenką wolności na planecie Ziemia stał się w rzeczywistości państwem policyjnym gdzie ponoć ryzyko śmierci z rąk policjanta jest 55 razy większe niż z ręki zamachowca „terrorysty”. Policja została zmilitaryzowana. System penitencjarny, praktycznie w całości sprywatyzowany jest przygotowany na przyjęcie nowych osadzonych w liczbie ok. 2 milionów. Mimo, że odsetek osadzonych w USA jest już najwyższy w świecie.

USA tracą (jeśli nie stało to się już faktem) status światowego żandarma. Dolar jako waluta zapasowa świata odchodzi do lamusa. Całego świata nie da się jednak zbombardować tak jak kiedyś Jugosławię. Tworzą się nowe ośrodki władzy, choćby BRICS. Wielu z nas, którzy mają świadomość ogromu zbrodni dokonanych przez obecnie panujący reżim syjonistyczny wydaje sie to jakimś światełkiem nadziei i powrotem do normalności i suwerenności państw i narodów. Tylko czy tak będzie naprawdę? Bo to, że ten system niebawem padnie to pewne jak słońce na niebie. Tylko jakim kosztem to sie odbędzie i czy ten nowy porządek będzie lepszy? Czy z czasem też się nie zdegeneruje? Na te pytania może dziś odpowiedzieć jedynie wróżka.

Póki co jednak, taka taktyka USA przynosi efekty. Chaos, który wprowadzają działania militarne, sponsorowanie lokalnych „rewolucji” jak np. ostatnia na Ukrainie, jest jak najbardziej na rękę ustawiaczom świata. Produkcja broni rośnie, przy okazji zniszczeń spowodowanych działaniami inwazyjnymi można drenować bogactwa napadanych krajów odbudowując je za ich pieniądze i interes się kręci.

Wojna zawsze stanowiła doskonały interes dla tych, którzy ją finansowali.
Mayer Amschel Rothschild, protoplasta rodu, przy pomocy swoich pięciu synów rozlokowanych w pięciu różnych stolicach europejskich mógł finansować wszystkie wojny na kontynencie ciągnąc zyski od obydwu stron konfliktu. Ten schemat obowiązuje do dziś tyle, że już w wymiarze globalnym.

Wydaje się więc, że nie wygrywanie wojen ale właśnie wprowadzanie chaosu jest tym co przynosi zyski na dłuższą metę. Każde zagrożenie, czy to prawdziwe czy sprokurowane przy pomocy false flag jest doskonałą okazją do ograniczenia wolności obywatelskich. Stwarzając kryzysowe sytuacje zmusza sie obywateli do dobrowolnego w istocie poddania się nowym restrykcjom.
Króliczka trzeba gonić ale niekoniecznie złapać.

SpiritoLibero

Za: SpiritoLibero (2015-03-07) | http://spiritolibero.blog.interia.pl/?id=3362728

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content