Inkulturacja w wydaniu Jezuitów

Jezuita na indonezyjskiej wyspie Jawa odprawił podczas Mszy „tradycyjny jawajski egzorcyzm”. Ojciec Yohanes Mardiwidayat, SJ podczas odprawianej 29 listopada w parafii St. John Apostle Church w Pringwulung Mszy użył nie należącego do tradycji Kościoła, lokalnego obrzędu zwanego ruwatan. Wywodzi się on z pogańskich przesądów, według których zdejmuje on „klątwę” z dzieci urodzonych w określonej konfiguracji rodzinnej, które mają być predysdynowane do życiowego nieszczęścia. Według tych przesądów nieszczęście spada na dzieci urodzone jako jedno czy dwoje dzieci w rodzinie, na troje rodzeństwa, z których drugie wiekowo dziecko jest przeciwnej płci, na pięcioro rodzeństwa tej samej płci, na pięcioro dzieci, z których jedno jest przeciwnej płci czy też na dzieci z pięciorgiem rodzeństwa, jeśli liczba chłopców i dziewczynek jest taka sama. Na Mszy, z udziałem około 300 osób, wśród których obecnych było 89 takich „nieszczęśliwych” dzieci, zwanych sukerta, Jezuita zaraz po kazaniu odprawił „egzorcyzm” i powiedział, że „Odprawiamy ruwatan po to, aby ludzie nie patrzyli na nas jak na obcych.” „Egzorcyzm” ruwatan polega na klękaniu „nieszczęśliwego” sukerta, który dotyka kolanami i głową ziemi, po czym przeprowadzający „egzorcyzm” – w tym przypadku Jezuita ojciec Yohanes Mardiwidayat – obcina końcówki włosów jako symbol odcięcia się od nieczystości i dysharmonii kosmosu. Zamiast „tradycyjnego magicznego zaklęcia”, Jezuita odczytał urywek Ewangelii św. Jana.

Na uroczystość kościół został bogato ozdobiony liśćmi drzewa kokosowego, płat skóry zwany gunungan zwisał za ołtarzem, a przed ołtarzem rozłożone były potrawy z ryżem i warzywami, ugotowane kurczaki, banany i inne lokalne przysmaki. Po Mszy, zgromadzeni uroczyście rozrzucili obcięte kosmyki włosów.

 

KOMENTARZ BIBUŁY: Jakże piękna uroczystość inkulturacyjna. Nie możemy wyjść z podziwu. Z pewnością tenże Jezuita z zazdrością patrzył na samego Jana Pawła II – zresztą twórcę (1982 rok) terminu „inkulturacja w Kościele” – bo przecież pozwalanie sobie na okadzanie się pogańskimi dymami indiańskimi (Guadelupe, 2002) na Mszy papieskiej czy przebywanie i fotografowanie się z uroczymi roznegliżowanymi papuaskami (1984 rok) czy też podziwianie diabolicznych szamańskich tańców na Mszach, musiało wywoływać zazdrość. Arcybiskup Piero Marini, „mistrz ceremonii” Jana Pawła II, a i teraz odpowiednio dyrygujący Benedyktem XVI, nie kto inny tylko zły duch arcybiskupa Bugniniego, w 2003 roku powiedział, że Jan Paweł II poprzez swoje msze papieskie pragnie ustanowić precendens i wskazać lokalnym biskupom sposoby właściwego odprawiania Mszy. No i ustanowił precedens. Zatem – nie dziwota teraz, że dochodzi do takich eksperymentów. Jezuici dzisiejsi kroczący dumnie w pierwszym orszaku destrukcji Kościoła, dają przykład, zatem czekać tylko jak tego typu „inkulturacyjne wcielenia Ewangelii w rozmaite kultury, wzięcie z tych kultur to, co w nich jest dobre” (słowa Jana Pawła II), zaowocuje szeroko na świecie. A co jest „dobre”? O, tego dziś już nikt nikomu narzucić nie może i każdy wybiera sam. Ot, takie czasy – powiadają. No i wybierają ludziska, oczywiście spoglądając na przykłady z samej góry („Cooo? Gitary, rock i tańce nie pasują do Mszy? Przecież na Mszy papieskiej, w obecności samego Jana Pawła II to widzieliśmy!”). W ramach inkulturacji proponujemy zatem zastąpienie miesięcznej spowiedzi, ablucjami w mykwie w oparach ziół indiańskich przy śpiewach Hare Kriszna. Wszystko oczywiście publicznie, wszak jesteśmy Kościołem otwartym. Na pewno będą ludzie walili na takie imprezy (pardon: liturgie inkulturacyjne) drzwiami i oknami. I nawet na tacę rzucą więcej.

 

 

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content