Trzy telefony prezydenta o 8.20, 10 kwietnia 2010

Kilka zdań wstępu: (jak ktoś niecierpliwy może pominąć, albo przeczytać później).

Rzecz można przedstawić skrótowo, ale i z drugiej strony wymaga obszerniejszego opisania, a uprecyzyjnienie tego i uszczegółowienie plus kontekst i zwrócenie szczególnie uwagi na sprawę szycia grubymi nićmi tragedii 10. 04. 2010, tak by szwy były widoczne, to materiał na kilka artykułów.

Zacząłem rzecz wprawdzie w ten sposób, aby zawrzeć ją w jednym materiale, ale obszerną. Porzucam tę w części już zaawansowaną pracę i przechodzę do wersji skrótowej (o ile około 6 stron znormalizowanego maszynopisu uznamy za wersję skrótową…).

Powodów jest kilka: Nie mam możliwości, po czterech latach, jako wolontariusz, przy dodatkowo prawie zerowej aktywności nie blogujących i nie komentujących czytelników pisać bardzo pracochłonne materiały. Ponadto pytanie jest dla kogo? Tym paru osobom można przesłać e – mailem. Po trzecie materiał ten winien pojawić się przynajmniej już na jesieni roku 2011. I tak czekam do dziś, czekam.. W tej sytuacji takie rzeczy powinno się pisać dla siebie i dla garstki znajomych, ale nie z powodu obaw spowodowanych niewygodnym tematem (choć te zagrożenia oczywiście są), ale trochę tak jak pisał staropolski pamiętnikarz „ Sam sobie gędę, sam wesół będę”. Bowiem umieszczanie na blogu i na portalu tego materiału, który powinien być od trzech lat w sieci otrąbiany przez niezależne osoby, zwiększa tylko egzystencjalne odczucie absurdu, w dodatku jest niewychowawcze wobec 99, 99 procent społeczeństwa.

Zobligowany byłem jednak aby to umieścić w internecie, w jakiejkolwiek formie, z tego przede wszystkim powodu że kwestia telefonu prezydenta do Jarosława Kaczyńskiego o 8.20 i tylko tego telefonu pojawia się ciągle pod wszystkimi artykułami Zygmunta Białasa dotyczącymi Okęcia, pod którymi komentuję i ciągle muszę pisać to samo i sprostowywać, a nie ma materiału o trzech telefonach o tej samej porze, o tej samej minucie, do którego można się odwołać. (Długofalowo oszczędzę więc sobie niejako czasu) Mimo wszystko, materiału nie byłoby może, gdyby nie to, że jest w kontekście „grubych nici” o których ostatnio, a szczególnie od jesieni piszę.

Dla porządku dodam że był materiał blogu Free Your Mind zatytułowany „Dwa telefony o 8. 20 (6.20 UTC)” we wrześniu 2011 http://freeyourmind.salon24.pl/345728,2-telefony-o-8-20-6-20-utc, ale dwa to nie trzy, a jak zobaczymy kwestia trzeciego telefonu i tego kto miał być odbiorcą jest tu szczególnie ważka, ale i istotność informacji o trzecim telefonie posiada jeszcze inne konteksty. Kwestia trzeciego telefonu wyszła w trakcie komentarzy pod wspomnianym artykułem, ale nowy materiał traktujący o trzech telefonach nie ukazał się.

_________________________________________________

Każdemu wiadomo o telefonie który miał wykonać prezydent Lech Kaczyński do swego brata Jarosława Kaczyńskiego o godzinie 8. 20 z telefonu satelitarnego, z pokładu samolotu.

Nie ma nawet potrzeby o tym przypominać. Każdy też pamięta to że rzecz pojawiła się zaraz po „katastrofie” i podawana była z jednoznacznym czasem.

Dodajmy tylko dla porządku że informacja pojawia się 11 kwietnia. Wywiadu udziela wtedy Adam Bielan dla RMF FM:

Rzecznik i europoseł Prawa i Sprawiedliwości zdradził, że prezydent zadzwonił z pokładu samolotu do brata Jarosława Kaczyńskiego o godzinie 8.20. Poinformował, że „wszystko idzie tak, jak miało iść”. – ( kolor ode mnie – C. P. To moje ulubione zdanie w tej historii) .Prezes pytał, czy już wylądowali. Prezydent odpowiedział, że nie, że lądują za kilkanaście minut. To było – jak rozumiem – dwadzieścia kilka minut przed katastrofą – opowiadał Bielan.

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/prezydent-dzwonil-do-brata-tuz-przed-katastrofa,211516.html

(Można by nawet domniemywać że wiadomość pojawiłaby się i 10 kwietnia, ale wedle tego co nam przekazano, Jarosław Kaczyński udał się do Smoleńska i Bielan mu towarzyszył).

Informacja o telefonie o 8.20 była potwierdzana, jak wiemy, przez Jarosława Kaczyńskiego i podawana też i przez niego dokładna minuta rozpoczęcia rozmowy:

Na przykład lipiec 2010.

„Później zadzwonił o 8.20. Myślałem, że już wylądował i dzwoni ze Smoleńska. Bardzo rzadko dzwonił z telefonu satelitarnego z samolotu. Powiedział mi, że z Mamą wszystko w porządku i poradził, bym się przespał. Pamiętam doskonale, że użył określenia: ‘bo się rozpadniesz’. (…) Tak wyglądała ta
bardzo krótka rozmowa”.

http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/poznalem-brata-po-bliznie/

(Dodam tylko, że późniejsze modyfikacje i ewolujące opowieści mające miejsce w wielu przypadkach matriksa 10.04. 2010, nie interesują mnie, gdy idzie o bycie bliżej prawdy.)

Jednak już 13 kwietnia ukazuje się relacja doktora Smoszny, oficjalnie jednego z trzech lekarzy prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,117915,7767830,Lekarz_prezydenta__plk_Jerzy_Smoszna_________to_niestety.html

„Nie uwierzyłem w tę wiadomość… Przecież o 8.20 dzwonił do mnie prezydent” – mówi Smoszna.

W trakcie relacji używa jeszcze określenia „około”

„Około 8.20 zadzwonił do mnie prezydent, pytał o stan mamy. Udzieliłem mu informacji, uspokoiłem go, pan prezydent był pogodny.”

W książce W książce „Cała prawda o Smoleńsku” – P. Bugajski, J. Kubrak s. 23 „ Zadzwonił do mnie o 8.20.”

Powtarza się to i w innych relacjach, w tym książkach.

W tym kontekście jednorazowe użycie określenia „około”, przy powtarzającym się wyraźnie: 8.20, należy traktować jako dookreślenie tego, że nie było to 8.20: 00 tylko na przykład 8.20 i 15 sekund.

Doktor Smoszna to osoba, która bardziej niż przeciętny Polak pamiętała o telefonie do Jarosława Kaczyńskiego właśnie o 8.20. I musiała zdawać sobie sprawę ..z pewnej niezręczności całej sytuacji, nazwijmy to tutaj delikatnie. W momencie gdy cała Polska wie o telefonie prezydenta do brata o 8.20 on udziela wywiadu i podaje ten sam czas, tę samą minutę.

Zresztą dziennikarz przeprowadzający rozmowę nie zwraca uwagi na tę oczywistą rzecz. Nie pyta czy się nie pomylił, bo jak wszystkim wiadomo prezydent dzwonił do brata o ósmej dwadzieścia. Zagajenie o to przy podawaniu minuty było oczywiste i ze strony samego Smoszny. Na przykład tak:

„Wszyscy wiemy że pan prezydent dzwonił do brata o 8.20. Do mnie dzwonił chwilę wcześniej”. Czy jakoś podobnie.To, że chwilę wcześniej jest oczywiste bowiem prezydent najpierw musiał zapytać lekarza o stan mamy, a potem dopiero, w następnym telefonie powiadomić o tym Jarosława Kaczyńskiego.

Smoszna powinien jednak powiedzieć w takim wypadku że prezydent dzwonił do niego przed 8.20. Tym bardziej że dziwności i niejasnej, a przez wielu domyślnej grozy „katastrofy smoleńskiej” do 13 kwietnia już, czy nawet dwunastego ( kiedy najprawdopodobniej miała miejsce ta rozmowa – o ile oczywiście Smoszna był do niej potrzebny) było dostatecznie już dużo i za dużo. Człowiek prezydenta, do tego lekarz wojskowy, powinien to skonsultować. Jako człowiek zaufania prezydenta mógł się też spodziewać że jacyś przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego i to na dużym forum medialnym zaczną sobie pokpiwać z tego albo podrywać autorytet śp. prezydenta lub Jarosława mówiąc choćby o bałaganie, albo że Jarosław coś pomylił itd.

A może jednak nie, może doktor Smoszna wiedział że choć będą i politycy którzy będą oskarżać Jarosława że ma krew brata na rękach, to nie wzruszą ramionami nad dwoma telefonami prezydenta o tej samej porze. I nie będzie też dziennikarzy, którzy choćby będą chcieli się to starać uściślić.

Telefon do doktora Smoszny, choć w potężnym medium, a potem w innych i książkach, nie był paradoksalnie równocześnie przedmiotem zainteresowania mediów. Do dzisiaj cytuje się tylko telefon do Jarosława Kaczyńskiego.

Również powszechnie zignorowali go blogerzy. Jak to możliwe że uszedł uwagi wszystkich, czy prawie wszystkich. Co gorzej zignorowali go blogerzy, którzy uznali inscenizację na Siewierny. Niektórzy mogli nie natrafić, ale prawie wszyscy? Przez ponad rok, aż dopiero sprawa telefonu do Smoszny znalazła miejsce w artykule FYM, ale znowu nie jako materiał z 13 kwietnia 2010, tylko z wydanej później książki i tym samym o wiele mniejszym zasięgu, więc i o nie takiej ważkości.

…………………..

No dobrze.

Jeden telefon, drugi, w tym samym czasie. Może ktoś coś pomylił. Rozmowy były zresztą krótkie. Złożyło się, zdarzyło.

Obaj panowie nie zarzekają się co do dokładnego i precyzyjnego czasu tak, że byłoby niezbicie jasne iż rozmowy nakładają się na siebie.

Powiedzmy : może się to jeszcze zdarzyć, choć jest to dziwne.

Jednak w marcu 2011 ukazuje się książka: „96 końców świata”.

I w niej na stronie 9 : „ Prezydent dzwonił do córki tuż przed katastrofą. Dokładnie o godzinie 8.20. Ich ostatnia rozmowa trwała cztery minuty. Co można powiedzieć przez 240 sekund?”.

To jest kropka nad „i”.

Jeden telefon, drugi, ale trzeci pokazuje grube nici całej sprawy. I jest podobny do innych celowo widocznych szwów 10. 04. 2010. Nie będę się powtarzał przytaczając dla przykładu niektóre z nich. Zapraszam do tego materiału:

http://cyprianpolak.blogspot.com/2014/04/grube-nici-10-04-2010.html

Kpinę z czytelnika i z rozumu podkreśla ostatnie cytowane zdanie „ Co można powiedzieć przez 240 sekund?”.

To co powiedziano. To co powiedziano można było powiedzieć.

Dziennikarze nie interesują się tym co powiedział prezydent do córki. Nie interesują się tym blogerzy. Nikt się nie interesuje tym telefonem, nie dziwi i nie pyta.

Podobnie jak nikt nie pytał dlaczego „Wyborcza” utrzymuje wpis informujący że Jadwiga Kaczyńska zmarła 11 kwietnia 2010. Wobec poruszanego tematu wszyscy internetowcy wyzywający Michnika od sowieckich kanalii nabierali wody w usta. Taka okazja by mu dowalić..

Zaś autor książki przypomina dziecko, które zadało przy mnie pytanie w autobusie i samo sobie odpowiedziało.”

Mamo ile jest domów na świecie?

Dziewięć tysięcy,

a może więcej?”.

Tylko co urocze, miłe i zabawne w przypadku dziecka nie jest już oczywiście takie w przypadku dorosłych, a zwłaszcza wobec kpiny z rozumu w tak niebywałej tragedii.

Czy trzeba to coś jeszcze dodawać, a propos trzeciego telefonu?

Podkreślać że Marta Kaczyńska nie tylko jak mało kto wie o telefonie do stryja, ale i doskonale wie że telefon do niej koliduje nie tylko z telefonem do stryja, ale i Smoszny. Źe gdyby nawet prezydent dzwonił do niej o 8.20 (dokładnie!) i rozmawiał cztery minuty, a nawet 240 sekund (więc też bardzo dokładnie choć już bez słowa „dokładnie”) to powinna się zdziwić zaraz po 10.04 podawaną informacją o telefonie do stryja o 8.20, a zaraz potem informacją o telefonie do Smoszny o 8.20.

Czy może trzeba podkreślać że gdyby autor napisał coś takiego bez zgody Marty Kaczyńskiej to zrobiłaby się niezła chryja?

Zresztą nie wiem i wcale nawet nie twierdzę czy tę informację podała dokładnie Marta Kaczyńska. Autor, osoby odpowiedzialne za książkę, te siły co za nią stały wiedziały, że Marta Kaczyńska nie będzie protestować wobec takiej rewelacji, a i ona sama wie że nie ma protestować i się na to zgadza. Lub też powiedziano jej że ma tak powiedzieć i bynajmniej nie sugeruję tu jakiegoś przymusu.

Rzecz jest podana celowo tylko w tej książce, a nie jest w ramach na przykład wywiadu w jakiejś „Gali” by nie „przegiąć”, bo taki trzeci telefon o długości w dodatku czterech minut (Dokładnie! czuj duch) i do samej Marty Kaczyńskiej przeczytany przez jakieś sto tysięcy czytelników byłby już nazbyt dużą lekkością bytu medialnego „katastrofy smoleńskiej”. Dodatkowo wypadałoby go cytować i innym portalom. Sytuacja byłaby więc trochę niezręczna… A tak w książce, którą kupiło w najlepszym przypadku kilka tysięcy osób ( a tak myślę że dwa tysiące to maksimum) – ujdzie i jest widoczne w taki sposób w jaki miało być. Tak to się robi.

Trzy telefony o tej samej porze pokazują fikcyjność każdego z nich. Nie było więc żadnego.

Nawet fałszowanego do Jarosława Kaczyńskiego, jak przypuszczali niektórzy zakładając że Jarosław myślał że rozmawia z bratem, ale mógł to być głos wcześniej nagrany i puszczony przez służby, lub użyty syntezator mowy.

Na stare oburzenia typu : Jak to, to co, niby Jarosław miałby kłamać? Zginął jego brat itd. itd. odpowiem że przecież Jarosław wcale się nie stara uwiarygadniać tego przekazu. Przecież to wynika z artykułu. Podobnie i Marta Kaczyńska. Zostawiając na boku płotkę Smosznę. Kto kłamie, ten stara się uwiarygodnić.

Jest tak zresztą i w innych miejscach.

Piszę o tym na przykładwe wspomnianym tekście Grube nici 10. 04. 2010.

(Do wyboru)

http://cyprianpolak.salon24.pl/577321,grube-nici-10-04-2010

http://cyprianpolak.blogspot.com/2014/04/grube-nici-10-04-2010.html

http://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=12357&Itemid=100

Zresztą nikomu nie jest tajno że wiele osób zajmujących się matriksem 10.04. 2010 uważało że Delegaci (mniejszość, większość) może żyć, to samo może dotyczyć prezydenta. I ja należałem do tej grupy.

Teraz jednak jeśli chodzi o prezydenta, od pewnego czasu nie zastanawiam się nad tym, jak się zastanawiałem, żyje czy nie żyje. Jeśli nie żyje, czy szczątki są na Wawelu, czy też jak przypuszczaliśmy, nie ma ich tam i w takim razie gdzie są?

Nie zastanawiam się nad tym od pewnego czasu, a będę dopiero ewentualnie do tego wracał, gdy dowiem się dlaczego wspólne zdjęcia bliźniaków i filmy z nimi są powszechnie fałszywkami.

Przypomnijmy może słowa człowieka z tamtej strony, ich człowieka, Michała Kamińskiego: (tym razem cytat z pamięci);

„Jarosław Kaczyński patrzy w lustro i codziennie śmieje się widząc że są jeszcze ludzie, którzy mu wierzą.”

Uczciwi Polacy nie pozwólcie więc robić z siebie głupków. Żydzi wami gardzą widząc jak łykacie ich grube nici, jedząc potrawę, którą wam przygotowali. A im bardziej grube i bezczelne są szwy, tym wy bardziej udajecie że ich nie ma, z odprężeniem ludzi z „Wehikułu czasu” Wellsa. Wiedzieli oni że względny i pozorny dobrobyt okupiony jest ucztą u kanibali, co jakiś czas pożerających grupę ludzi. Jednak było to dla nich tabu.

Podobnie i wy gdy przed oczami stawiane są wam coraz dziwniejsze i bezczelniejsze matriksy 10. 04. 2010 (i nie tylko 10. 04. 2010) nie piszecie na ścianach „Mane, tekel, fares” tylko TABU.

Za: Cymes Mordor (19 maja 2014)

(Artykuł wyszperany przez i dostępny również na stronie prof. Dakowskiego)

KOMENTARZ BIBUŁY: Odniesiemy się jedynie do tej części powyższego wywodu, traktującego o możliwości/niemożliwości przeprowadzenia rozmów telefonicznych. Otóż, poprzez paralelę, można uzupełnić go całkiem podobnym przypadkiem, a mianowicie kwestią wykonania/nie wykonania połączeń telefonicznych podczas operacji 11 września 2001 roku. Oto co pisaliśmy przed niemal 11 laty na łamach BIBUŁY:

„Również analiza rozmów rodzi wiele pytań, choćby to, że rozmowy prowadzone z członkami rodzin (do matki, żony, teściowej) były krótkie i polegały raczej na jednostronnym przekazie informacji, nie zaś na konwersacji i kończyły się nie nagłym przerwaniem połączenia, lecz na świadomym zakończeniu rozmowy („Dobrze, muszę już kończyć„, „Dobrze. Musimy coś zrobić.  Zadzwonię później.„), zaś te dłuższe prowadzone były z osobami postronnymi (operator telefoniczny), nie znającymi prawdziwego głosu osoby dzwoniącej. Wszystkie rozmowy były mniej lub bardziej niewyraźne i jedynie dwie ze wszystkich rozmów zostały nagrane, a treść reszty jest przybliżona, gdyż odtworzono je z pamięci wstrząśniętych wydarzeniami osób. W rozmowach z członkami rodzin dochodziło do takich dziwnych zachowań, jak np. przedstawienie się swojej matce z imienia i nazwiska. Oto dla przykładu przebieg jednej z takich dziwnych rozmów (samolot Lot Numer 93): „Mamusia? To mówi Mark Brigham. Chcę, byś wiedziała, że cię kocham. Jestem w samolocie z Newark do San Francisco i jest tutaj trzech facetów, którzy porwali samolot i mówią, że mają bombę.” „Kim są ci ludzie?” – pyta matka. Chwila przerwy i pada odpowiedź: „Wierzysz mi, prawda?” „Tak, Mark, wierzę ci, ale kim są ci ludzie” – ponownie pyta matka. Chwila przerwy (konsternacja? brak przygotowanej odpowiedzi?) i rozmowa urywa się.”

Całość: Czy rozmowy telefoniczne z uprowadzonych samolotów były możliwe?

W sumie chodzi o to, że całkiem prawdopodobne, iż w obu przypadkach – operacji 11 września i operacji smoleńskiej – rozmowy telefoniczne były spreparowane i dokonywane z jakiegoś ośrodka-centrum. W jedym i drugim przypadku rozmowy nie były inicjowane przez realne osoby, lecz wykorzystany był głos z wcześniejszych nagrań tych osób. To jest przecież dziecinnie łatwie do zrobienia nawet przez laika bawiącego się plikami MP3, a cóź dopiero przez fachowców zatrudnionych przez służby specjalne. Zamierzony efekt jest ten sam: osoba(y) odbierająca tak zainicjowany telefon wierzy, że rozmawia ze znaną sobie osobą, bo przecież słyszy jej głos, a nawet ten głos „odpowiada” na jakieś sprowokowane pytanie. Dziecinnie łatwa zabawa wywołująca jednak piorunujący efekt realności.

Skip to content