Spacer ul. Kutuzowa

Nie chodzi o spacer w dzisiejszych czasach ani taki, jaki funduje nam lordJim (http://www.youtube.com/watch?v=ubnKL67bZHs), lecz odległy czasowo, w historycznych godzinach po „katastrofie smoleńskiej”. Na taki spacer nie mógł sobie pozwolić główny dendrolog i fotoamator doc. S. Amielin, którego dopuszczono do sporządzania „dokumentacji powypadkowej” i „badań drzewostanu przylotniskowego” dopiero 13 kwietnia 2010. Jak zresztą otwarcie pisze w swej książce Ostatni lot. Spojrzenie z Rosji (s. 24-26):
 
Teren, nad którym przeleciał samolot tuż przed upadkiem, był całkowicie niedostępny (otoczony kordonem żołnierzy i milicji) jedynie 10 kwietnia. Przez jakiś czas zamknięta była nawet szosa, obok której runęła maszyna. Na forum napisali o tym smoleńscy kierowcy. Oto kilka postów, umieszczonych 10 kwietnia: „Mieszkam niedaleko, poszedłem tam. Kordonu nie zdjęli. Widziałem złamane (ścięte) wierzchołki drzew. Przy wyjeździe z garaży obok stacji benzynowej leży skrzydło. Miejscowe dzieciaki zbierają szczątki samolotu. Widać złamaną potężną brzozę.(…)”
 
Na miejsce nie dopuszczano nawet dziennikarzy. Oto, co napisała później w „Gazecie Smoleńskiej” dziennikarka Jelena Niedbajłowa: „Na lotnisko Siewiernyj przyjechaliśmy godzinę po tragedii. Na szosie, kilka kilometrów przed miejscem upadku samolotu, postawiono blokadę. Milicja zawracała samochody i nie pozwalała przechodzić ludziom, nawet tym, którzy musieli przejść na drugą stronę z powodów osobistych. Przy kordonie stopniowo gromadził się tłum. Ludzie robili zdjęcia przejeżdżających wozów strażackich i służb porządkowych. Wkrótce na lotnisko wpuszczono przedstawicieli prasy, ale nam nie udało się podejść do szczątków samolotu. Czujni stróże porządku ignorowali legitymacje dziennikarskie i wszystkich zawracali.”
 
Jednak już kilka godzin później szosa została otwarta dla ruchu. Milicja i wojsko ochraniały jedynie poszczególne jej odcinki (oznaczone specjalnymi taśmami) z widocznymi śladami katastrofy albo fragmentami samolotu. Z pobocza drogi można było zobaczyć część drzew, które samolot uszkodził podczas upadku. Oprócz tego, na ziemi leżały drobne elementy samolotu, odłamane podczas uderzeń o gałęzie i pnie, przysypane ściętymi gałęziami drzew.  
 
To, że ul. Kutuzowa była 10 Kwietnia przez kilka godzin zamknięta dla ruchu samochodowego jak i dla pieszych, potwierdzają zdjęcia. Co się jednak działo, nim ją zamknięto? N. Szewczenko, spostrzegawczy kierowca autobusu, który prawo jazdy zdobył pewnie jeszcze w czasach armii czerwonej, a który w gęstej jak mleko mgle jechał 10 Kwietnia ponoć tą smoleńską ulicą, opowiada w Syndromie katyńskim (http://www.youtube.com/watch?v=SIn2MGAOguI od 31’26’’): Widziałem, jak zaczepił o druty. Przyhamowałem. Zaraz potem spadł. W tej odległości od pasa startowego powinien lecieć co najmniej 60 m nad ziemią, a on był na wysokości 12-13 m. I Szewczenko odwraca się przed kamerą w stronę samochodowego komisu i pokazuje, mówiąc: Wtedy zaczął się przekręcać, bo był bez skrzydła, zahaczył o drzewo, to spowodowało wyrównanie lotu, przeleciał nad drogą i tu coś się od niego oderwało. Część ogonowa. Zaraz za drogą uderzył o ziemię.
 
Z kolei po przeciwległej stronie ul. Kutuzowa i komisu samochodowego (nad którym „samolot rozpadał się w powietrzu” oszczędzając czekające na szczęśliwych nabywców automobile[1]), z okna hotelu Nowyj, w tej samej gęstej mgle, w której jechał Szewczenko ze swym bystrym spojrzeniem, ale mgle nieco rozwianej, z odległości kilkuset metrów (to jest nie więcej niż 400 metrów wg GPS-ahttps://www.youtube.com/watch?v=BP3lInh8yrg 2h07’13’’), mimo przesłaniających wysokich drzew rosnących wzdłuż szosy i budynków widocznych za hotelowym parkingiem, bardzo nisko nad szosą miał 10 Kwietnia widzieć „skrzydło skierowane pionowo w dół” legendarny polski montażysta S. Wiśniewski. Przypomnijmy sobie ten kluczowy fragment posiedzenia ZP, kiedy „przewodniczący” pomaga „sokratejską metodą” świadkowi uzmysłowić sobie, o jakie skrzydło może chodzić w przypadku 10-04 i tamtejszego mglistego przedpołudnia (czyli godz. 10:40/10:41 lokalnego czasu). I polski montażysta wszystko sobie po kolei pieczołowicie odtwarza z pamięci:
 
AM: To było małe skrzydło od małego samolotu?
SW: No nie, no, to było dość spore skrzydło…
AM: Aha.
SW: …jeśli ono miało wysokość mniej więcej… porównywalny z wysokością drzew, a drzewa mają jakieś 10 do 12 m…
AM: Tak, tak, tylko chodzi mi o to, żeby pan miał jasność, że to jest wielki samolot, no.
SW: Tak, bo akurat, bo raczej porównując wysokość drzewa i że akurat to skrzydło, co powtórzę, akurat, co się może komuś nie podoba, było pionowo w dół. On le-…, to skrzydło prawie że leciało na wysokości – koniec skrzydła na wysokości szosy.
AM: Mhm.
SW: Tam nawet był… nie akurat, na, na naszych materiałach z Info powinno być, było na-…, na tego, że było widać yyy… trociny i tak z, z rozbitego, ze zniszczonego drzewa wcześniej, które nad ten…
AM: Mhm. Mhm.
SW: Dlatego podkreślam to po raz kolejny, żeby dać, uzmysłowić, że…
AM: Źe ono było wielkie.
SW: Źe był wielki, że skrzydło było co najmniej wielkości drzew.
AM: O.
SW: Czyli nie było to, nie była to awionetka, na pew- nie było to jakiś tam, na pewno nie był to iłuszyn, bo jeśli byłaby eksplozja, to podejrzewam by ten hotel zmiotło i zdmuchnęło. Dlatego był to, nazwijmy to, średniej wielkości samolot.
AM: Jasne.
SW: Co najmniej 15 m musiało mieć skrzydło.
AM: Dobra. Dzięki. Przepraszam za wtręt.  
 
Spacer ul. Kutuzowa zakończony wizytą w komisie samochodowym, odbył 10 Kwietnia ówczesny operator TVN24 J. Koltowicz (por. http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-zamiast-trailera-lotc3b3w-do-katynia.pdf s. 15-20), który twierdził w filmie J. Kruczkowskiego (10.04.10 – Na własne oczy), że pracownik komisu sprawiał wrażenie, jakby nic poważnego się nie stało w jego okolicy: pamiętam, że ogromny kawałek samolotu leżał obok… obok tej budy, gdzie był ten sprzedawca – taki rzekomy tych samochodów. No i pytamy (…). On mówi, że nic, siedziałem… leciało coś nade mną – potem zaczęło padać… ja przestraszyłem się (…). Ale… ale był taki, że jakby… jakby codziennie coś takiego, jakby to, jakby to deszcz padał…
 
Niestety, żaden z filmów śledczych jakiejkolwiek produkcji nie przedstawił dotąd (a minęły już 4 lata od „zdarzenia”) sylwetki tego dzielnego sprzedawcy samochodów, który ze stoickim spokojem przyjął przelot na wysokości paru metrów nad jego budą odrzutowca rozpadającego się nad jego (tego sprzedawcy) komisem. Samolot ten zresztą (mimo że np. doktór N. Bodin musiał się złapać koła samochodu, by go lotnicza wichura nie porwała) nie zerwał nawet tych żółtych plandek z napisami na ogrodzeniach komisu, choć trzymały się one dość prowizorycznie.
 
Niedługo później (choć dokładnego dnia ani godziny nie znamy), ku zdumieniu rozmaitych nadwiślańskich obserwatorów okolic ul. Kutuzowa, słynny smoleński komis, a z nim budka sprzedawcy oraz jego wychodek, znikły i pozostały po nich tylko foto-wspomnienia. Tak jak po tym obfitym deszczu gałęzi na szosie w „strefie”, przez którą przeszło „skrzydło pionowo w dół” niczym maszynka do golenia przez parodniowy zarost. Czemu jednak żaden motolotniarz smoleński nie mógł dokładnie oblecieć rejonu ul. Kutuzowa w dn. 10 Kwietnia, choćby w czasie jej parogodzinnej blokady po „katastrofie” (blokady zapewne pod kątem precyzyjnej wizji lokalnej, która miała się zacząć zaraz po 15-tej lokalnego czasu, jak dowiodła w Anatomii upadku 2 niezawodna A. Gargas odwołując się do odpowiedniej bumagi), by pokazać dokładnie skalę zniszczenia – tylko  musiał z lotami poczekać do jesieni 2010, kiedy komis uległ biodegradacji, a tak wiele drzewostanu okołokomisowego przetrzebiły pilarki?

Free Your Mind


[1] Tak na marginesie: czy ktoś widział wywiad z pracownikiem komisu samochodowego na temat „smoleńskiej katastrofy”?

Za: FYM (16 kwi 2014) | http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2014/04/spacer-ul-kutuzowa.html

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content