Niespodzianki świąteczne i noworoczne

Pierwszą z niespodzianek jest wywiad, jakiego zechciał udzielić mi p. Leszek Żebrowski, znakomity znawca współczesnej historii Polski, a zwłaszcza antykomunistycznego, niepodległościowego podziemia (całość poniżej) – wnet, bo za parę miesięcy, będzie ćwierćwiecze III RP, okazja zatem do takich ogólniejszych refleksji jest w sam raz. Drugą niespodzianką, szczególnie dla mnie, jest to, że powoli udaje się (rzecz jasna z pomocą osób dobrej woli, którym raz jeszcze z tego miejsca dziękuję) kompletować „reporterski sprzęt” (nie zdradzając marek powiem, że do pracy nad Lotami do Katynia (http://freeyourmind.salon24.pl/550881,loty-do-katynia) jest już i kamera, i cyfrowy rejestrator dźwięku, i mikrofony bezprzewodowe, i oprogramowanie do komputerowego montażu – z takich ważniejszych rzeczy). I żywię też w związku z tym nadzieję, że niektóre osoby, które dysponują swoimi prywatnymi archiwami, podzielą się ze mną na potrzeby filmu, no i dla dobra sprawy, swoimi depozytami foto- i wideo. Rozmaite archiwa „smoleńskie” istnieją i świetnie się mają, ponieważ jakimiś bocznymi albo okrężnymi drogami przedostają się w różne miejsca jakieś (kryminalistycznie rozumiane) ślady.

Nie szukając daleko, to poniższe zdjęcie opublikowane kiedyś przez „GP”: http://www.gazetapolska.pl/uploads/foto/2012/06/23_samolot_kaczynski1_-_arch.jpg. Która to może być godzina na Okęciu, zakładając, iż to fotografia z 10-04 wykonana niedługo po wschodzie słońca? Na tej fotce, oprócz cienia terminalu kładącego się na tupolewie, intrygująca jest także ta postać na schodkach po lewej stronie na granatowo ubrana, w czapce pilota. Mamy też biały autobus i jasnobrązowy wozik – osoby z obsługi tych pojazdów mogłyby więcej powiedzieć o okolicznościach pokazanych na tejże fotografii, jeśli to faktycznie 10-04. Może tego typu śladów uda się znaleźć więcej na potrzeby przyszłorocznych Lotów do Katynia – może znajdzie się np. ujęcie autokarów na parkingu przy Siewiernym, o których istnieniu zapewniał polski montażysta albo i samego S. Wiśniewskiego rozmawiającego z red. W. Baterem przy głównej bramie XUBS. Cierpliwości zatem :).

Przy tej okazji pozwolę sobie wszystkim Czytelnikom, Bywalcom, Komentatorkom/Komentatorom i Blogerkom/Blogerom odwiedzającym moje skromne blogowe progi, złożyć życzenia radosnego Bożego Narodzenia i duchowego umocnienia w Panu – Bóg się rodzi, moc truchleje

:)

FYM: Czy zgodziłby się Pan z takim moim stwierdzeniem, że w Polsce (zagadnienie na pewno jest szersze, lecz nas tu Polska interesuje szczególnie) nie tylko nie rozliczono, lecz przede wszystkim nie zrozumiano komunizmu? Nie zrozumiano, czym był, czym jest, czym może być ten ludobójczy ustrój – jakie przynosi przeobrażenia systemów wartości, do jakiej atomizacji i antagonizacji społecznej prowadzi, jak dalece zmienia sposób funkcjonowania szkolnictwa, badań naukowych, kulturę, rozrywkę, jakie głębokie zmiany mentalności wprowadza, jak wielkie marnotrawstwo pracy, umiejętności, sił etc. przynosi? W sytuacji, w której zawarto po koniec lat 80.  – we wciąż nie do końca prześwietlonych okolicznościach – porozumienie z komunistami, iż dojdzie do pokojowego podzielenia się władzą (termin „podzielenie się władzą” uważam za trafniejszy niż „pokojowe przekazanie władzy”, skoro pierwszym prezydentem „nowej Polski” został wybrany przez „nowy parlament” W. Jaruzelski, który desygnował na pierwszego premiera („niekomunistycznego”?) Cz. Kiszczaka – mało kto już pamięta tę sekwencję historycznych i symbolicznych zdarzeń po „czerwcowych wyborach”) – nie pokuszono się o kompleksowe studia nad poprzednią epoką, tak by dokonana została diagnoza obejmująca komunistyczny sposób organizowania państwa i rzeczywistości społecznej oraz by wypracowano – zabrzmi to może górnolotnie – klarowną wizję tej formuły polskiego państwa i polskiego społeczeństwa, która ma nastać po kilkudziesięciu latach sowieckiej okupacji?

L. Żebrowski: Komunizm nie został rozliczony i nie jest powszechnie rozumiany do dziś. W mass-mediach pokazuje się go od strony „śmiesznej” – a to wianuszek papieru toaletowego na szyi, a to kartki na jedno mydło miesięcznie… Wesołkowatość jest tu jednak nie na miejscu. Jest to ustrój zbrodniczy ze swej natury, ludobójczy. Pamiętajmy bowiem nie tylko o polskich doświadczeniach, nie tylko sowieckich, ale światowych. Ustrój ten istnieje po dziś dzień w Chinach, Wietnamie, Korei Północnej, na Kubie… I codziennie zbiera swe krwawe żniwo.

W Polsce wżarł się do wszystkich dziedzin życia. Mamy go po dziś dzień w sferze symbolicznej. Świadczy o tym nazewnictwo ulic, placów, szkół, pomniki, tablice. Próby zmiany tego stanu rzeczy (a minęło prawie ćwierć wieku, kiedy powinno się to dokonać natychmiast) są ośmieszane, w najlepszym przypadku łagodzone powiedzeniem: „komu to przeszkadza”. Mamy oficjalne, państwowe pochówki „generałów” Polski Ludowej i innych oficjeli, którzy powinni trafiać na śmietnik historii a nie w najlepsze miejsca w panteonach narodowych.

Mamy komunizm w sferze mentalnej – prawie półwiekowe ogłupianie przez szkoły, prasę, radio, TV pokutuje tym, że bardzo duża część obecnego społeczeństwa cały czas tkwi w tamtej epoce. I jest to podtrzymywane przez politykę antykulturalną kolejnych władz III RP. Przecież ciągle można oglądać/czytać „Czterech pancernych” (załganych od początku do końca), „Stawkę większą niż życie” (której bohaterem jest … enkawudzista), tfu-rczość prominentów peerelu (filmy, widowiska, sztuki, poezję, prozę…).

Mamy komunizm w sferze gospodarczej – pozostałości „gospodarki socjalistycznej”, rzekome osiągnięcia i przywileje, dotyczące w sumie milionów ludzi mają się dobrze, czyli jest to dolce vita na koszt podatnika. Olbrzymia sfera budżetowa, rozdęta do granic możliwości biurokracja (także gospodarcza), zakusy państwa, aby kontrolować wszystkich i wszystko – wszak to nic nowego, wprawdzie nie było takich instrumentów technicznych, aby robić to na taką skalę do 1989 roku, dziś omnipotencji państwa już prawie nic nie hamuje…

Mamy też komunizm w sferze kadrowej – ci sami ludzie, lub ich potomkowie, panoszą się w mediach, polityce, dyplomacji, biurokracji (tej decyzyjnej).

W znacznym stopniu mamy do czynienia ze skomunizowaną nauką. Na przykład  – kadrowo (profesura rodem z peerelu – w naukach społecznych powinna nastąpić dekomunizacja tej kadry, weryfikacja ich dorobku „naukowego”, z odbieraniem stopni i tytułów naukowych…). Także w obszarach badań są to nie tylko naturalne zaległości. Brak jest monografii komunistycznej bezpieki  – UB-SB (cząstkowe opracowania tego nie zastąpią), Informacji Wojskowej i Wojskowej Służby Wewnętrznej, sądownictwa wojskowego i prokuratury wojskowej. A były to instytucje zbrodnicze.

Programy nauczania powszechnego i szkolnictwa wyższego nie uwzględniają konieczności nauczania o ustroju zbrodniczym, w związku z tym porównania niemieckiego nazizmu i komunizmu nie są zrozumiałe.

Przykłady można wymieniać dalej i wszystkie potwierdzają, że komunizm nie został rozliczony a zatem i zrozumiany w wystarczającym choćby stopniu. 

FYM: Czy Pana zdaniem scenariusz, w ramach którego komuniści kooptują do współrządzenia przedstawicieli „demokratycznej opozycji”, wykluczał zarówno rozliczenie poprzedniej epoki, jak i jej kompleksowe przeanalizowanie? Oczywiście ukazało się na przestrzeni lat sporo prac książkowych i artykułów, w których przedstawiano najprzeróżniejsze patologie ancien regime’u oraz czerwony terror, generalnie jednak w III RP wypracowywano popkulturową wizję „fajnego peerelu”, takiego bardziej z peerelowskich komedii (z ich stałym przesłaniem – socjalizm tak, wypaczenia nie) aniżeli z wnętrz ubeckich katowni, ze „ścieżek zdrowia”, z pałowania, inwigilowania, prześladowania, poniewierania, łamania sumień. Do dziś zresztą, jak wejdziemy do księgarni, można znaleźć lśniące albumowe wydania opracowań z peerelowską ikonografią. Z kart tychże albumów wygląda ku nam może nieco siermiężna i „śmiszna”, lecz w gruncie rzeczy „nie taka straszna” wizja komunizmu. Zabiegi te, może nieco bulwersujące tych przedstawicieli starszego pokolenia, dla których peerel „jajcarski” wcale nie był, dla młodego pokolenia mogą się okazać całkiem przekonujące i stwarzające zarazem podatny grunt ku postępom neomarksizmu, stanowiącego swoistą kanwę współczesnej kultury (nie tylko masowej). Czy sądzi Pan, że ten proces rozmiękczania obrazu komunizmu jest jakoś do zatrzymania i odwrócenia?

: Był to scenariusz niezwykle korzystny dla obu umawiających się ponad społeczeństwem stron: władzy komunistycznej oraz „opozycji demokratycznej”. Należy pamiętać, że jądro tej opozycji to byli dawni przedstawiciele tych władz, lub ich najbliższe rodziny, przede wszystkim dzieci stalinowców, członków Komunistycznej Partii Polski, PPR-PZPR, tajnych służb (także sowieckich!), w ogóle funkcyjnych pezetpeerowców…

Obie strony bały się jakichkolwiek rozliczeń, bo wiedziały, że prawdziwa dekomunizacja oznacza prawną, polityczną i moralną odpowiedzialność, w tym za masowe zbrodnie popełniane od 1944 roku.

Proces rozmiękczania obrazu komunizmu, propagandowego „obłaskawiania” tego ustroju jest oczywiście możliwy do powstrzymania. Ale prawdziwa wiedza o epoce lat 1944-1989 (w tym także na Kresach Wschodnich, tam bowiem także uśmiercano i prześladowano na olbrzymią skalę ludność polską) musi zaistnieć w mass-mediach i programach szkolnych. Przecież komuniści budowali swą zafałszowaną pozycję w ten właśnie sposób, przez skomunizowanie szkół i nauki, sfery literatury i sztuki, metodą masowego rażenia trującą propagandą. Na truciznę potrzebna jest odtrutka: prawda, prawda i jeszcze raz prawda.

FYM: Dlaczego nie powstały w Polsce (choćby pod auspicjami IPN-u) muzea, w których można by dzieciom i młodzieży pokazać realia komunizmu (nie mam tu na myśli peerelowskich zabawek, mebli ani sprzętu AGD)? Z jednej strony mamy sporo publikacji książkowych i prasowych (nie tylko IPN-owskich), z drugiej wciąż brakuje miejsc, w których pewnych rzeczy związanych z epoką sowieckiej okupacji można by dotknąć, pewnym rzeczom można by się przyjrzeć z bliska itd.

: Nie sposób mówić o braku takich instytucji bez zrozumienia, dlaczego nie ma do tej pory dekomunizacji i dlaczego takie postulaty są ciągle ośmieszane i brutalnie zwalczane (choćby slogany A. Michnika o „zoologicznym antykomunizmie” środowisk niepodległościowych).

A także bez zrozumienia, jakie środowiska dzierżą w Polsce władzę po 1989 roku – mamy dużo więcej ciągłości z minioną (?) epoką niż faktycznych, jednoznacznych zmian. Nawet ci, którym trudno przypisać wprost jakiekolwiek związki formalne z epoką komunistyczną, zachowują się tak, jakby nadal byli jej rzecznikami. Mam na myśli np. obecnego premiera, który swego czasu uznał, że „polskość to nienormalność” a Źołnierze Wyklęci to byli (?) dla niego „bandyci”, czy też obecnego prezydenta z jego „pomysłami” (a la Ferdek Kiepski), do czego można sprowadzić pojęcie patriotyzmu…

FYM: Nieprzypadkowo problem „przekazania wiedzy”, rzetelnej wiedzy, o komunizmie młodemu pokoleniu powraca w moich pytaniach. Wiem, że Pan jeździ ze swoimi wykładami o antykomunistycznym podziemiu po polskich szkołach – jak oceniłby Pan kondycję tego młodego pokolenia (mam na myśli, naturalnie, świadomość historyczną) i jak Pan patrzy na system edukacji III RP, który, przynajmniej według mnie, także – tj. tak jak media masowe i popkultura (klasycznym przykładem jest ikonografia z Guevarą jako takim „fajnym bojownikiem z imperializmem”, ale też symbolika leninowska w reklamach pewnej wielkiej sieci  sklepów ze sprzętem elektronicznym) – przyczynia się do zmiękczania obrazu komunizmu?

: Nie można już powiedzieć, że stan świadomości historycznej  młodego okolenia zmienił się już na tyle, że jest dobrze. Ale mamy do czynienia z procesem (który się nasila) poszukiwania tożsamości, szukania podstawy ideowej, nawiązywania do bohaterów z najnowszej historii, którzy czynnie lub biernie walczyli z komuną. Jeszcze kilka lat temu powszechnym symbolem na t- shirtach, czy bluzach młodzieży w Polsce był komunistyczny morderca „Che” Guevara. Dziś dominują bohaterowie Polskiego Państwa Podziemnego i Powstania Antykomunistycznego po 1944 roku. Młode pokolenie instynktownie odzyskuje fundament ideowy i patriotyczny. Dla nich nie ma wzorów wśród „poprawiaczy socjalizmu”, są natomiast wśród tych, którzy bronili wolności i godności, często płacąc za to życiem.

Bardzo ważne jest to, że żyjemy w epoce informatycznej. Dziś nie trzeba zakładać klubów, stowarzyszeń, organizacji, aby racjonalnie i skutecznie działać. Jest wolny Internet, komunikatory, portale społecznościowe, telefony komórkowe… W ciągu dosłownie paru minut można skrzyknąć się wokół jakiegoś wydarzenia, nie wychodząc z domu, nawiązać kontakty, podjąć wspólne działania, nie znając się bliżej. W ślad za tym idą kolejne inicjatywy: strony internetowe, wiece, demonstracje (także przeciwko obwożeniu pseudoautorytetów z komunistycznego aparatu bezpieczeństwa po wyższych uczelniach, sympozjach; wystąpieniach tych polityków, którzy propagują antywartości i naśmiewają się z symboli narodowych). Są to inicjatywy oddolne, poza kontrolą partii i organizacji politycznych, co cieszy. Taka młodzież nie podda się łatwo manipulacji i wyprowadzeniu jej na manowce.

FYM: Po niedawnym Pańskim wykładzie (na Uniwersytecie Rzeszowskim) dotyczącym życiorysów Źołnierzy Wyklętych, pytałem Pana, czy istota rzeczy nie sprowadza się do tego, że współczesna Polska cierpi na swoistą schizofrenię. Z jednej strony konstruuje się obraz wolnego i „rosnącego w siłę i dostatek” kraju, który pokojowo przeszedł od komunizmu do demokracji (czego wyrazem jest także trwały udział środowisk komunistycznych w systemie rządzenia, edukacji, nauki, kultury, rozrywce itd.) – z drugiej strony usiłuje się przywrócić cześć oficerom i zwykłym żołnierzom antykomunistycznego podziemia, wprowadza się uchwałę dotyczącą szczególnego obchodzenia ich święta, szuka się miejsc, gdzie ubecy zrzucili ciała zamordowanych, torturowanych. Istnieje przy tym olbrzymia dysproporcja – regułą raczej jest, przy różnych okazjach, mniejsze lub większe gloryfikowanie peerelu, a nie jego potępianie. W związku z tym nasuwa się – nieco cyniczne – pytanie: przeciwko czemu i w imię czego walczyli Źołnierze Wyklęci, jeśli „Polska Ludowa” wcale nie była krajem tak złym? 

: Proszę pamiętać, że są to dwa różne procesy. Z jednej strony mamy do czynienia z oficjalną, nachalną, instytucjonalną propagandą o dobrodziejstwach „okrągłego stołu” i braku rozliczeń (co jakoby groziło… „wojną domową”!), z drugiej zaś z wymuszaniem przez siły społeczne i ich naciskiem, aby właśnie przywracać cześć bohaterom, poszukiwać ich doczesnych szczątków, piętnować zdrajców, morderców i zbrodniarzy.

Ten nacisk zaczyna być skuteczny i przybiera na sile, co wywołuje już nie tylko niepokój, ale wręcz strach  miłośników „grubej kreski”. Stąd biorą się absurdalne oskarżenia środowisk młodzieżowych, narodowych, kibicowskich – o „faszyzm”. Oskarżyciele zaś wywodzą się bardzo często rodzinnie i instytucjonalnie z… faszyzmu, tyle, że czerwonego. Ten zaś wcale nie był lepszy od brunatnego.

Dziś walka prowadzona jest innymi metodami, ale trwa. To walka propagandowa i walka o świat wartości. Obrońcy starego porządku maskują się hasłami o „tolerancji” i „postępie”, stosują jednak bardzo często metody stalinowskie – kłamstwa, pomówienia, prowokacje.

FYM: Wspomniałem o gloryfikowaniu peerelu czy szerzej komunizmu jako takiego, a zwanego eufemistycznie „realnym socjalizmem” (a więc ustrojem dalekim od sowieckiego zamordyzmu). Nie odbywa się ono, ma się rozumieć, wprost. Pomijam środowiska komunistyczne, które w swoich gazetach, czasopismach, książkach etc. zachwalają peerel jako kraj, gdzie terror stanowił tylko jakiś mikroskopijny ułamek funkcjonowania państwa i zapewniają o powszechnej wesołości w tym „baraku” w całym obozie sowieckim. Mam na myśli media masowe, które co rusz przypominają peerelowskie seriale lub produkcje, zachwalają peerelowską szkołę filmową, wzdychają z sentymentem nad starymi dobrymi czasami gierkowskiego „Studia 2”, wspominają „kultowe programy”, „kultowe postaci telewizyjne” etc. Mam na myśli ekskluzywne boksy z „kinem radzieckim”, dostępne w empikach i koncerty chóru „armii czerwonej”. Mam na myśli też całą serię współczesnych kinowych produkcji o „dobrych ubekach” czy „dobrych esbekach”, zapoczątkowaną głośnymi „Psami” W. Pasikowskiego – przy jednoczesnym, bardzo konsekwentnym, pomijaniu przez filmowców postaci autentycznie heroicznych, jak choćby rotmistrz W. Pilecki, którego życiorys mógłby posłużyć za pretekst do znakomitego filmu akcji. Na tym tle poruszający film „Generał Nil” ze świetną rolą O. Łukaszewicza okazuje się jedynie „wyjątkiem potwierdzającym regułę”. Dlaczego, Pana zdaniem, nawet w obszarze kultury masowej nie dokonuje się utrwalenie tej historii Polski niezłomnej, bohaterskiej, stawiającej opór okupantom?

: Sfera kultury i sztuki została opanowana przez komunę bardzo konsekwentnie po 1944 roku. Tfu-rcy „Polski Ludowej” mieli przecież wzory sowieckie i wiedzieli, jak ważna jest ta dziedzina w kształtowaniu nowej mentalności i produkcji stalinowskiego „człowieka szczególnego pokroju”. Dlatego tak ważną rzeczą jest odmitologizowanie komunistycznych elit. Przecież ich przedstawiciele zajęli miejsca polskich elit niepodległościowych we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Odbywało się to bardzo często kosztem życia najwybitniejszych jednostek – przedstawicieli prawdziwych elit politycznych, wojskowych, naukowych, kulturalnych…

Proszę zobaczyć, kto dziś zdominował film, literaturę, sztukę – mamy całe środowiska „budowniczych Polski Ludowej” (oraz ich potomstwo), którzy wrzeszczą (tak, nie krzyczą a wprost wrzeszczą) nam w twarz: „Polacy, nic się nie stało”. Ale to nieprawda. Z jednej strony są trzy pokolenia ludzi UB (i PPR-PZPR), z drugiej zaś – trzy pokolenia Polski Niepodległej, normalnej, wolnej. Nie mam wątpliwości, kto tę walkę wygra, choć nie przyjdzie to łatwo i szybko.

FYM: Na Pańskim wykładzie pojawił się też wątek niemal stale powracający w debatach dotyczących antykomunistycznego podziemia – przypisywania oddziałom walczącym z komunistami współpracy z Niemcami. Chciałbym do tej sprawy wrócić, ponieważ w świeżym, grudniowo-styczniowym wydaniu magazynu Focus Historia Ekstra (6/2013) w artykule R. Kudelskiego pod jednoznacznym tytułem Dawny wróg, nowy sojusznik jest omówiony wątek możliwej kooperacji (już po II wojnie) polskich oddziałów wartowniczych w Dachau z tajną organizacją założoną przez byłych członków SS (internowanych w Dachau). Współpracy tej miałyby dowodzić „pewne dokumenty z amerykańskich archiwów”. Zacytuję fragment tego artykułu (s. 69):

„20 stycznia 1947 r. agenci  970. oddziału amerykańskiego Korpusu Kontrwywiadu (CIC – Counter Intelligence Corps) sporządzili notatkę na temat postępów śledczych w operacji o kryptonimie „Brandy”. Sprawa dotyczyła rozpoznania środowiska członków SS, którzy po wojnie podejmowali działania dywersyjne i próby sabotażu. Chociaż skala tych zdarzeń nie była wielka, Amerykanie starali się przeciwdziałać wszelkim akcjom prowadzącym do niepokojów społecznych. Sprawozdanie z przebiegu operacji zawierało informacje, które należy uznać za sensacyjne. Po pierwsze dokument jest jednym z niewielu dowodów na to, że na terenie Niemiec istniał ruch o kryptonimie Odessa: „Organization der Entlasse SS Angehoerige”, czyli Organizacja Zwolnionych Członków SS. Po drugie agenci kontrwywiadu wskazywali, że jednym z kierowników tej organizacji był słynny komandos Adolfa Hitlera Otto Skorzeny. Po trzecie Amerykanie weszli w posiadanie informacji sugerujących, że w czasie pobytu w obozie dla internowanych członków SS w Dachau Skorzeny miał prowadzić swoją działalność m.in. z pomocą… polskich oddziałów wartowniczych!

„Polacy wydają się być zwolennikami tego ruchu, ponieważ uważają, że będą kłopoty z Rosją i organizacja złożona z byłych członków SS może im się przydać. Polscy strażnicy pomagają uciec ludziom, którzy dostają rozkazy od Skorzenego. Wygląda na to, że generał Anders z 2. Korpusu Polskiego ma kontakty w tym ruchu” – stwierdza raport. Ostatnie zdanie wydaje się dość szokujące. Czyżby Polacy próbowali wykorzystać niedawnych wrogów do walki z nowym zagrożeniem – komunizmem?”  

W tym wypadku mamy więc śmiałą sugestię, iż ludzie Andersa (a może i sam Anders) widzieli możliwość współdziałania z byłymi esesmanami, autor dodaje też (s. 71), że wartownicy w Dachau rekrutowali się z członków Brygady Świętokrzyskiej NSZ, co miałoby „wyjaśniać” ich pomoc udzielaną byłym esesmanom (o tej pomocy mieli się Amerykanie dowiedzieć od samych członków SS, nawiasem mówiąc).

Przywołuję to jako egzemplifikację pewnej ogólnej tendencji w piśmiennictwie popularno-historycznym, tendencji do uporczywego łączenia przedstawicieli antykomunistycznych oddziałów zbrojnych z hitlerowcami. Tendencja ta bowiem przekłada się na takie potoczne przekonanie, że „coś w tym musi być”, skoro „wciąż się o tym mówi/pisze”. W ten zaś sposób żołnierze antykomunistycznego podziemia stają się de facto ponownie „zaplutymi karłami reakcji”, którzy czyhając na przedstawicieli ludowej władzy, działają w cieniu swastyki. W rezultacie ktoś może sądzić, iż czerwoni mieli rację zwalczając antykomunistyczne „bandy”. I koło się zamyka. Udokumentowana zaś współpraca PPR-owców z Niemcami w okresie okupacji pozostaje zaś faktem zgoła nieznanym, nieobecnym w (nie tylko polskiej) przestrzeni publicznej.

: W okupowanej Polsce było tylko jedno liczące się środowisko, które podjęło współpracę z Niemcami – bezpośrednią i pośrednią, także w zakresie zwalczania polskich niepodległościowców. Było to środowisko b. kapepowców, a od czerwca 1941 r.  podziemie komunistyczne. W latach 1939-1941 komuniści byli najlepszymi sojusznikami niemieckich nazistów. Współpraca dotyczyła przecież nie tylko  Gestapo i NKWD, przedstawicieli obu zbrodniczych armii, ale na poziomie lokalnym – co może wydawać się szokujące – b. działaczy KPP z NSDAP! To są potwierdzone mocnymi dokumentami zjawiska, może jeszcze mało znane, ale już niemożliwe do zakwestionowania.

Później, już w okresie istnienia PPR i GL-AL (1942-1945) nie była to współpraca tak jawna i instytucjonalna, ale przecież była i jej wymiar jest szokujący. To wszystko wychodzi na jaw i budzi zdumienie, że tego oblicza komunistów nie znaliśmy. Jak choćby stwierdzenia w oficjalnym, konspiracyjnym dokumencie Gwardii Ludowej, dotyczącym przewidywanego powstania w Warszawie przeciwko Niemcom. Można tam przeczytać, że mieli przed sobą „siły wroga: faszysty niemieckiego i polskiego”. Na równi III Rzeszę Niemiecką i Polskie Państwo Podziemne…

Komuniści wzywali też do podstępnego atakowania i mordowania polskich powstańców: Nie możemy zapominać, że w gorączce walk pierwszych godzin, można będzie bezkarnie „trzepnąć” ten, czy inny oddział reakcyjny włażący nam w parafię”. Doprawdy, trudno jest znaleźć mocniejsze argumenty do demitologizacji heroicznych jakoby „zasług” komunistów, późniejszych właścicieli Polski Ludowej.

Co do fałszywych oskarżeń o taką współpracę NSZ-owców zdążyłem się już doprawdy przyzwyczaić.  Wielokrotnie publicznie wzywałem do debaty na ten temat i pokazania „dowodów” instytucjonalnej współpracy środowisk niepodległościowych z Niemcami, w najgorszym znaczeniu tego słowa. Brak jest chętnych…

Proszę zwrócić uwagę na sformułowania, jakie padają w przytoczonym przez Pana artykule R. Kudelskiego w Focus Historia Ekstra (6/2013). „Amerykanie weszli w posiadanie informacji sugerujących…”; „Polacy wydają się być…”; „wygląda na to…”. To jakaś zgaduj-zgadula, a nie rzetelne opracowanie historyczne. Azali, a jużci, a może…

FYM: Pytanie zatem podstawowe na koniec: czy według Pana komunizm rzeczywiście upadł (pomijam tu realia Chin Ludowych, Korei Północnej itd.)? Czy też tylko się nieco „skulił”, a jego niektóre, co bardziej kłujące w oczy, emblematy, pochowano? Jak bowiem można by rozumieć rzeczywisty upadek komunizmu, skoro ani nie doszło do skazania wielu winnych zbrodni sądowych, tortur, ludzi wysyłających czołgi na ludność cywilną itd. itd., ani też nawet do dokładnego przemyślenia tego, jak funkcjonował sowiecki system?

: Praktycznie nie ma w Europie instytucjonalnego komunizmu i do postaci znanej nam do początków lat 90-tych XX wieku nie ma już powrotu. Nie chcieliby tego przede wszystkim reprezentanci tamtego ustroju. Zamiast „Kapitału” Karola Marksa w głowie, wolą mieć realny kapitał w kieszeni, w bankach… Wiedzą, że to daje władzę, pozwala ją zachować już nie jako absolutną, ale w takim zakresie, jaki  pozwala na kontrolowanie społeczeństwa i unikanie odpowiedzialności. Trwa natomiast ofensywa marksizmu kulturowego i znów to oni (oraz ich potomstwo) są na czele. Jest to bardzo groźne zjawisko, bo nie jest kojarzone jako ciągłość instytucjonalna i personalna z minionym ustrojem, ale mamy w dalszym ciągu zwalczanie tradycyjnego społeczeństwa, jego dążeń wolnościowych, wolności wyznania, prawa do prawdziwej historii i kultywowania tożsamości. A przecież to wszystko zwalczali już komuniści (i naziści), w dodatku najbardziej brutalnymi metodami!

FYM: Dziękuję za rozmowę.

*

P.S. Raz jeszcze dziękuję p. Żebrowskiemu za tę rozmowę i za walkę o prawdę o współczesnej historii Polski. Optymizm Żebrowskiego jest zaraźliwy i tego optymizmu nam potrzeba w nadchodzącym roku :). Więcej tego rodzaju rozmów może mi się uda nagrać w 2014 roku z kamerą :). Wesołych Świąt Narodzenia Pańskiego!

Za: Free Your Mind (23 gru 2013) | http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2013/12/niespodzianki-swiateczne-i-noworoczne.html

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content