Cenckiewicz odpowiada na kuriozalny artykuł prokuratorów Biura Lustracyjnego IPN

Pełny tekst polemiki Sławomira Cenckiewicza z artykułem prokuratorów Biura Lustracyjnego IPN.

Znaczne skróconą wersję polemiki opublikował właśnie tygodnik „Sieci”

W odpowiedzi śledczym od lustracji

Z rozczarowaniem przyjąłem prasową reakcję prokuratorów Biura Lustracyjnego IPN („W Sieci”, nr 8, 25 II-3 III 2013) na mój artykuł „Instytut Pamięci Narodowej rzuca Lechowi Wałęsie koło ratunkowe…” („W Sieci”, nr 1, 7-13 I 2013). W zasadzie jedynie mniej niż połowę opublikowanej przez Piotra Stawowego i Jacka Wygodę odpowiedzi uznać można za próbę merytorycznego ustosunkowania się do postawionych przeze mnie zarzutów. Ale i w tej części jest ona tylko powieleniem pisemnego uzasadnienia decyzji o niewszczęciu postępowania lustracyjnego wobec Lecha Wałęsy, którą 7 VII 2010 r. wydał prok. Stawowy (całość tego osobliwego postanowienia do pobrania na: www.sławomircenckiewicz.pl). Stąd w swojej polemice ze stanowiskiem pracowników Biura Lustracyjnego IPN odwołuję się nie tylko do artykułu z tygodnika „W Sieci”, ale i pisemnej decyzji prok. Stawowego z lipca 2010 r.

Pozostałe fragmenty tekstu Stawowego i Wygody są jedynie nieprzystającą prokuratorom publicystyką, w której umieścili oni przeinaczenia, wiele półprawd i manipulacji mających przysłonić istotę sporu. Można by sądzić, że choć prawnikami są raczej marnymi, to przynajmniej jakoś sobie radzą w łacinie. Ale i to pozór, bo, poza rolą czczej inkrustacji, przywołane przez nich cytaty (pobrane żywcem z internetowej ściągi dla uczniów Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Lipnie k/Popowa) nie mają żadnego merytorycznego zastosowania. Zacząć od maksymy audiatur et altera pars i na siedmiu szpaltach snuć rozważania nie na temat, zaiste, potrafiłby nawet prosty elektryk od ciągnięcia kabla na Wydziale W-4 Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Zważywszy jednakowoż, iż homo sum, humani nihil a me alienum puto, litościwie opuścimy większość wynurzeń obu prokuratorów i skupimy się na istocie prawno-historycznego wywodu naszych łacinników. Tak więc do rzeczy.

Stronniczość

Prokuratorzy Biura Lustracyjnego IPN niezgodnie z prawdą zasugerowali, że mój artykuł był przede wszystkim reakcją na tekst „Gazety Wyborczej” z 21 grudnia 2012 r. (IPN chciał znów zlustrować Wałęsę). W ten sposób ukryli fakt, że główna informacja podana przez „GW” o tym, że Biuro Lustracyjne IPN ze względu na brak „nowych faktów, które mogłyby być podstawą do rozpoczęcia na nowo procesu lustracyjnego Lecha Wałęsy (…) nie skierowało do sądu wniosku o ponowną lustrację Wałęsy”, została tego samego dnia potwierdzona przez prok. Wygodę na łamach portalu Niezależna.pl, zaś dzień później w „Gazecie Polskiej Codziennie”. Moją reakcję wywołał sposób, w jaki Wygoda tłumaczył tę decyzję: „książka [SB a Lech Wałęsa] ujawniła publicznie dowody i dokumenty, które nie były znane opinii publicznej. Były one jednak znane sądowi lustracyjnemu, który orzekał w sprawie Lecha Wałęsy w 2000 r.”.

Podanie tak oczywistej nieprawdy przez prawnika i funkcjonariusza publicznego powinno było skutkować albo przeprosinami z powołaniem się na czasową ciężką niedyspozycję, albo dymisją. Przecież nawet prok. Stawowy wyraźnie napisał o odnalezieniu przez autorów książki „SB a Lech Wałęsa” nowych nieznanych Sądowi Lustracyjnemu w 2000 r. dowodów (str. 1 i 3 postanowienia o niewszczęciu postępowania lustracyjnego wobec Wałęsy z lipca 2010 r.). Ta nieprawda będąca istotą wypowiedzi prok. Wygody została w polemice ze mną pominięta, zaś tytuły źródłowe, czyli Niezależna.pl i „Gazeta Polska Codziennie” zupełnie przemilczane. Za to z braku argumentów prokuratorzy IPN zarzucili mi, iż rzekomo nazwałem publikację „GW” „inicjatywą dyrektora Biura Lustracyjnego”, choć o niczym takim nie pisałem.

Materialne dowody współpracy

Broniąc swojej decyzji o niewznawianiu postępowania lustracyjnego wobec Wałęsy prokuratorzy Biura Lustracyjnego IPN powołują się przede wszystkim na orzeczenie Sądu Lustracyjnego z sierpnia 2000 r., w którym uznano, że ze względu na wymierzone w Wałęsę operacje specjalne SB z lat 80. polegające na „przedłużeniu” działalności TW „Bolka”, nie sposób jednoznacznie „powiązać” go z wcześniejszymi donosami TW „Bolek”. Napisali: „nie można wykluczyć fikcyjnego powiązania Wałęsy z rzeczywiście istniejącym i zarejestrowanym TW »Bolkiem«”. Dla potwierdzenia swojej tezy zacytowali także wielokrotnie analizowany przez badaczy fragment zeznania funkcjonariusza SB z 1985 r.: „ostatnie doniesienie »Bolka« pochodziło z 1970 r.”, po czym autorytatywnie dodają, że „nowe dokumenty, na które powołuje się Sławomir Cenckiewicz, nie stanowią zaprzeczenia takich ustaleń sądu”.

Prokuratorzy Stawowy i Wygoda usiłują udawać, że nie wiedzą o rzeczy najistotniejszej – materialnych dowodach współpracy agenturalnej (których w postępowaniach lustracyjnych domagał się Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z 1998 r.), którymi nie dysponował w 2000 r. Sąd Lustracyjny, a które w postaci siedmiu oryginalnych (w maszynopisie) doniesień agenturalnych TW „Bolek” z lat 1971-1972 odnalezionych w jednostkach archiwalnych dotyczących rozpracowania uczestników Grudnia ’70 w Gdańsku i pracowników Stoczni Gdańskiej, zostały ujawnione w książce SB a Lech Wałęsa. W oczywisty sposób zaprzeczają one tezie o „ostatnim doniesieniu »Bolka«” z 1970 (ostatni z odnalezionych donosów nosi datę 3 X 1972 r.), ale też o możliwości fikcyjnego powiązania Wałęsy z „Bolkiem”. Doniesienia te dewaluują znaczenie jednostkowej wypowiedzi funkcjonariusza SB z 1985 r., złożonego notabene w dość nerwowej atmosferze związanej z ucieczką na Zachód podwładnego z Biura Studiów SB MSW. Wprawdzie w swoim postanowieniu z 2010 r. prok. Stawowy ignorując ustalone przez historyków (a wcześniej przez archiwistów UOP) fakty orzekł kategorycznie, że „nie dają [one] żadnych podstaw do identyfikacji Lecha Wałęsy”, to analiza ówczesnej sieci agenturalnej Wydziału III SB w Gdańsku dowodzi jednoznacznie, iż w Stoczni Gdańskiej nie pracowała w tym czasie inna poza Wałęsą osoba, której SB przypisałaby pseudonim „Bolek”. Prokurator pozostaje ślepy i głuchy wobec faktu, że odnalezienie tak ważnych dowodów współpracy z SB, jakim są doniesienia agenturalne, na kartach których przewija się w dodatku blisko 30 nazwisk znajomych Wałęsie osób i potencjalnych świadków, jest wystarczającą przesłanką do wznowienia postępowania lustracyjnego wobec Wałęsy.

Bajkopisarstwo

Znamienne, że prokuratorzy pomijają odnalezione w archiwum IPN doniesienia agenturalne oraz inne dokumenty odnoszące się do aktywności stoczniowca-agenta „Bolka” (np. SOS krypt. „Ogień”, w której wiosną 1971 r. wykorzystywano TW „Bolek” oraz oryginał Analizy stanu zagrożeń do sprawy obiektowej krypt. „MECHBUD” z 15 I 1979 r. dotyczącej sytuacji w Gdańskich Zakładach Mechanizacji Budownictwa „ZREMB”, w której napisano, że Wałęsa „w czasie pracy w stoczni był wykorzystywany operacyjnie przez Służbę Bezpieczeństwa”), a piszą jedynie o rejestracjach i zapisach ewidencyjnych SB. Warto w tym miejscu nadmienić, że w swojej decyzji z 2010 r. prok. Stawowy oba te dokumenty – zachowane w oryginale – bez żadnych podstaw uznał za „bez znaczenia” (SOS krypt. „Ogień”), bądź jak w przypadku Analizy stanu zagrożeń do sprawy obiektowej krypt. „MECHBUD” za „w żaden sposób” „niewpływające” „na sedno rozstrzygnięcia Sądu”! Swoją kwalifikację tego ostatniego dowodu w ten sposób uzasadnił: „Po pierwsze bowiem nie wskazuje się tam jaki był charakter »operacyjnego wykorzystania Lecha Wałęsy« przez SB, a po drugie nie ma pewności na ile ta adnotacja jest autentyczna, a na ile mogła być produktem działalności Biura Studiów SB MSW”. Gdyby prokurator IPN analizował dowody, których nie tylko wartość, ale i autentyczność za wszelką cenę usiłuje zakwestionować, bez trudu zorientowałby się, że notatka nt. Wałęsy w SO krypt. „Mechbud” została zarchiwizowana w 1979 r. zgodnie z zasadami archiwizacji dokumentów w teczce sprawy obiektowej dotyczącej ochrony zakładów „Zremb”, została podpisana własnoręcznie przez zajmującego się tym funkcjonariusza SB kpt. Kazimierza Kaziszyna (nigdy nieprzesłuchanego w tej sprawie), a nawet została powielona i zarchiwizowana dodatkowo w innym miejscu. Fakty te jedynie potwierdzają brak profesjonalizmu (oby tylko) prokuratora lustracyjnego IPN podejmującego decyzję w sprawie Wałęsy w oparciu o wyssaną z palca tezę na temat fałszowania wewnętrznych akt sprawy obiektowej krypt. „Mechbud” z lat 70. przez powstałe w 1982 r. Biuro Studiów.

Licząc na nieświadomość dobrodusznego czytelnika „W Sieci” prokuratorzy zabrali się za analizę tzw. pomocy ewidencyjnych SB (m. in. dzienników korespondencyjnych). W tym miejscu również nawiązują do absurdalnej opinii wyłożonej przez prok. Stawowego w lipcu 2010 r.: „Waloru identyfikującego nie można również z oczywistych względów (kserokopia o niewiadomym pochodzeniu, prawdopodobieństwo podrobienia dokumentu w toku działań Biura Studiów MSW) przypisać wspominanej przez autorów powyższej publikacji karcie ewidencyjnej E-14 (str. 46 publikacji), której nota bene Sąd nie wspomina w uzasadnieniu, ale którą dysponował”. Znając akta procesu lustracyjnego Wałęsy z 2000 r. i opisane w książce SB a Lech Wałęsa okoliczności kradzieży karty E-14 prok. Stawowy nie powinien nigdy zdecydować się na wyłożenie tak kuriozalnej tezy bez zebrania jakikolwiek dodatkowych dowodów, bowiem m. in. ze względu na złożone przed sądem zeznania świadków w sprawie karty E-14, Sąd Lustracyjny nigdy nie podniósł wobec niej zarzutu nieautentyczności.

Sąd stanął na stanowisku, że o ile w latach 80. „fałszowano dokumenty mające świadczyć, że Lech Wałęsa od 10 lat wstecz współpracował ze SB PRL” a „sporządzone w jej toku pokwitowania odbioru pieniędzy i donosów pod pisanych »Bolek« rozprowadzono w Polsce i za granicę m.in. przy pomocy fikcyjnej organizacji »OKO«”, o tyle w jakimkolwiek zakresie nie potwierdził „fałszowania” własnej, wykorzystywanej na swój wewnętrzny użytek, dokumentacji ewidencyjnej SB. Fakt niepodważenia autentyczności karty E-14 przez Sąd Lustracyjny, a także potwierdzenie jej wiarygodności zeznaniami świadków oraz poprzez odnalezienie innych zapisów ewidencyjnych w oryginale (imiennych zapisów ZSKO, dzienniki korespondencyjne) umożliwiających identyfikację Wałęsy jako „Bolka”, winien być również jedną z przesłanek wznowienia postępowania lustracyjnego.

Tym gorzej dla faktów…

Bodaj najbardziej zaskakującym argumentem śledczych w sprawie Wałęsy jest sposób potraktowania kpt. Edwarda Graczyka, który nie zeznawał w procesie lustracyjnym w 2000 r., gdyż uznano wówczas, że nie żyje. Pojawienie się tego kluczowego świadka (Graczyk był oficerem SB, który zwerbował i prowadził początkowo TW „Bolka”) redukowane jest do subiektywnie negatywnej oceny jego zeznań złożonych w dodatku w zupełnie innym postępowaniu prokuratorskim. Nawet fakt przyznania przez Graczyka, że wręczał pieniądze Wałęsie, że był on określany przez SB pseudonimem „Bolek”, nie jest dla prokuratorów lustracyjnych żadnym poważnym dowodem w sprawie.

Niczym adwokaci lustrowanego, ignorując przy tym dostępną wiedzę historyczną na temat werbowania (i tzw. wiązania) oraz prowadzenia agentury przez SB, w tym również m. in. treść opublikowanych już donosów potwierdzających operacyjny i agenturalny związek Graczyka z „Bolkiem”, podchwytują oni niektóre niejasne fragmenty jego przesłuchania każąc nam wierzyć, że „pieniądze Wałęsie miał przekazywać jako zwrot kosztów dojazdu”, zaś informacje przekazywane przez Wałęsę w toku rozmów profilaktyczno-ostrzegawczych „nikomu nie szkodziły”. Prok. Stawowy zakwestionował także konsekwencje owych spotkań: „Wg intencji funkcjonariusza miały one służyć wykorzystaniu Lecha Wałęsy do »uspokojenia nastrojów na terenie stoczni«. Nie wiadomo jednak, czy Lech Wałęsa spełnił pokładane w nim nadzieje”.

Gdyby prokuratorzy IPN nie bawili się z sobie tylko znanych powodów w adwokatów i rzetelnie podeszli do zbadania tej sprawy, bez trudu odnaleźliby ważne źródło potwierdzające zastosowanie się Wałęsy do zadań nakreślonych przez Graczyka. W zachowanej w oryginale imiennej ankiecie SB dotyczącej Wałęsy z lutego 1971 r. możemy przeczytać, że „przeprowadzona z nim wówczas „rozmowa profilaktyczno-ostrzegawcza odniosła pozytywny skutek. Po rozmowie działalność Wałęsy miała charakter pozytywny i przyczyniła się do rozładowania sytuacji na Wydz[iale] W-4 i stoczni” („SB a Lech Wałęsa”, s. 59). Zamiast więc ubolewać nad „niejednoznacznością” niektórych fragmentów zeznań Graczyka należało poważnie przeanalizować ujawnione w książce dokumenty, porównać je z zeznaniami i podnieść wskazany przez Graczyka fakt identyfikacji Wałęsy jako „Bolka”, kwestię wypłacania przez niego pieniędzy Wałęsie oraz odbywania spotkań i rozmów, natomiast ewentualną weryfikację i ocenę tych faktów pozostawić sądowi.

Ale determinacja prokuratorów Biura Lustracyjnego IPN zdaje się nie mieć granic. Wbrew rygorystycznie przez procedury prawne wymaganej zasadzie ad solemnitatem, zakazującej zrównywania dowodu z zeznań odebranych pod rygorem odpowiedzialności karnej z wypowiedziami medialnymi, powołują się na opublikowane w prasie (sic!) oświadczenie Graczyka (prawdopodobnie chodzi o spisaną przez prawników Wałęsy deklarację z 9 XII 2008 r. na którym widnieją podpisy m. in. Graczyka, Wałęsy i jego adwokata – Eweliny Wolańskiej) w którym miał on oświadczyć, że Wałęsa był rozpracowywany przez SB w ramach SOR krypt. „Bolek”. Ta mistyfikacja jest jawną bzdurą, bo sprawa ta została wszczęta dopiero w październiku 1978 r.! Ale nasi dzielni śledczy łapią się tej brzytwy i bezradnie oświadczają, że nie są w stanie ustalić kiedy mówi on prawdę a kiedy kłamie…: „Co więcej, E. Graczyk wydał kilka dni po przesłuchaniu oświadczenie (opublikowane w prasie), które prokurator musiał wziąć pod uwagę. (…) Tym samym zezna­nia E. Graczyka straciły wartość jako prze­słanka do zmiany ustaleń Sądu Lustracyjnego, które legły u podstaw orzeczenia z 2000 r. W najlepszym bowiem razie nie wiadomo, w którym miejscu zeznaje on prawdę. Tak też ocenione zostały przez prokuratora”.

O tempora, o mores! Wykształceni na kanonach prawa rzymskiego polscy śledczy dali pierwszeństwo oświadczeniu prasowemu Graczyka i przeciwstawili go złożonym przez niego pod rygorem odpowiedzialności karnej zeznaniom w IPN, a w konsekwencji uznali, że „straciły” one wartość dowodową „jako przesłanka do zmiany ustaleń Sądu Lustracyjnego”! Gdyby ta metoda wnioskowania stała się praktyką ogólną, to państwo polskie poczyniłoby wielkie oszczędności na likwidacji wymiaru sprawiedliwości – po prostu podejrzany lub oskarżony opublikowałby, co chce w prasie i sprawa byłaby skończona.

Ignotum per ignotum

Na marginesie publicystycznej aktywności śledczych IPN warto też wspomnieć, w jaki sposób poradzili sobie oni z innym ważnym świadkiem w sprawie Wałęsy – mjr. Januszem Stachowiakiem. Prok. Stawowy tyleż arbitralnie, co bezpodstawnie uznał, że złożone podczas procesu sądowego Wałęsa-Wyszkowski zeznania Stachowiaka „cechują się” „niską wiarygodnością”. Dla uzasadnienia tej opinii prokurator IPN wytoczył ciężką armatę – sugestię, że na relację Stachowiaka złożoną przed gdańskim sądem nałożyła się najpewniej wiedza wyniesiona z książki IPN: „Szczegółowa analiza zawarta w publikacji była zatem już znana świadkowi przed złożeniem zeznań. Bardzo płynny, szczegółowy i uporządkowany pomimo upływu czasu charakter relacji świadka oraz jej znaczne dostosowanie do logiki faktów i dokumentów przedstawionych w publikacji nasuwa wątpliwości, na ile zapodania świadka są wyrazem jego pamięci, a na ile projekcją faktów poznanych dzięki publikacji. Świadek opisuje również bardzo szczególny sposób prowadzenia Tajnego Współpracownika, w którym inni oficerowie pozyskiwali i prowadzili źródło, a inny prowadził dokumentację”.

Jak widać prok. Stawowy domyśla się, co myślał Stachowiak, ale nie pomyślał o prostym zestawieniu dat – niemal identyczna do zeznania w sądzie relacja Stachowiaka została złożona Wyszkowskiemu w 2005 r. (szeroko pisała o tym prasa a niektóre nagarnia zostały nawet umieszczone w Internecie)., a książka „SB a Lech Wałęsa” ukazała się w 2008 r.! Prokurator ignoruje również fakty, które potwierdzają przydatność dowodową zeznań Stachowiaka. Pracował on bowiem w Grupie VI Wydziału III SB, która prowadziła pracę operacyjną z wykorzystaniem agentury ulokowanej w Stoczni Gdańskiej (w tym z TW ps. „Bolek”), był bliskim współpracownikiem ppłk. Jana Kujawy (naczelnika Wydziału III KW MO w Gdańsku), współuczestniczył w realizacji operacji o krypt. „Jesień ’70”, a w dodatku nadzorował pracę rezydenta SB ps. „Madziar” (kpt. Jozefa Dąbka), który na terenie Stoczni Gdańskiej obsługiwał „Bolka” i odbierał od niego doniesienia!

W celu wytworzenia w opinii czytelników wrażenia dyskwalifikacji świadectwa Stachowiaka prok. Stawowy zamiast go przesłuchać i skonfrontować ewentualne sprzeczności z zeznaniem Graczyka, bezpodstawnie stwierdza: „świadectwo Janusza Stachowiaka nie znajduje potwierdzenia w zeznaniach E. Graczyka”. Podobną metodę zastosował wobec relacji Stachowiaka o współpracy Wałęsy z WSW w okresie służby wojskowej: „Znaczenie takie ma jednak wyrywkowo [podkreślenie – S.C.] przeprowadzone w toku niniejszej analizy sprawdzenie szczegółowo opisanej przez świadka kwestii rejestracji Lecha Wałęsy jako informatora Wojskowej Służby Wewnętrznej. W ramach sprawdzenia przeprowadzono kwerendę w materiałach po byłej WSW zachowanych w archiwach EPN za okres obejmujący zasadniczą służbę wojskową Lecha Wałęsy, tj. 1962-1965. Kluczowe znaczenie miała kwerenda w centralnym rejestrze agentury i właścicieli lokali konspiracyjnych po kontrwywiadzie wojskowym (EPN BU 003200/1), w którym rejestracja Lecha Wałęsy musiałaby być odnotowana, inwentarzu archiwalnym zespołu »ZA« (IPN BU 001712/2). W tych jednostkach ewidencyjnych nie odnaleziono wpisów dot. Lecha Wałęsy”. Prok. Stawowy zdając sobie sprawę z łatwości wykrycia zastosowanego nadużycia, ale licząc na skołowaconą już świadomość czytelnika, sam dodał zastrzeżenie sprzeczne z wcześniejszym kategorycznym odrzuceniem wiarygodności Stachowiaka: „Gwoli ścisłości należy oczywiście dodać, że w centralnym rejestrze IPN BU 003200/1, na stwierdzonych ponad 4000 wpisów za ten okres, 53 pierwotne wpisy były zaklejone i naniesiono na nie inne dane. Podobną praktykę stwierdzono w inwentarzu IPN BU 001712/2 z tym, że tu 4 wpisy były zaklejone, a jeden wydrapany”. I pomimo to za chwilę z pełną dezynwolturą ponownie dodaje: „nie zmienia to jednak oceny, że zeznania świadka J. Stachowiaka są sprzeczne z treścią ewidencji WSW” (sic!)

Ta argumentacja razi swą tendencyjnością, bo choć nie ma obecnie archiwalnego dowodu na współpracę Wałęsy z WSW, to rzetelny prokurator ma żelazne podstawy do przesłuchania Stachowiaka w kwestii współpracy Wałęsy z SB po masakrze Grudnia’70.

W butach sądu

W świetle powyższych cytatów trudno przyjąć na dobra monetę zapewnienia Stawowego i Wygody, że w Biurze Lustracyjnym IPN „przeanalizowano” wszystkie „nowe fakty i dowody” w sprawie ewentualnego wszczęcia postępowania lustracyjnego Wałęsy. Owe „analizy” wyglądają na przeprowadzone wyjątkowo nierzetelnie, z pominięciem dostępnej wiedzy historycznej i wielu dowodów, krytyki źródeł i wykorzystania wiedzy kluczowych świadków. Nowym dowodom nadano często zupełnie fałszywą historyczną interpretację. Nawet potencjał wiedzy zgromadzony na kartach książki SB a Lech Wałęsa nie został w tej sprawie wzięty pod uwagę. Wydaje się, że obaj prokuratorzy, a zwłaszcza prok. Stawowy, który formalnie podpisał się pod uzasadnieniem decyzji o niewszczynaniu postępowania lustracyjnego wobec Wałęsy, wykroczyli poza swoje kompetencje rozstrzygając już na etapie rzekomej „analizy” dowodów, iż „wystąpienie z wnioskiem o wznowienie postępowania” byłoby „niezasadne i nierokujące szans na uzyskanie pozytywnego rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego”.

Wchodząc niejako w rolę sędziego prok. Stawowy stwierdził kategorycznie, że jakikolwiek z nowych dowodów w sprawie Wałęsy, w tym nawet odnalezione materialne dowody współpracy (doniesienia agenturalne), materiały ewidencyjne (w tym nie zakwestionowana nigdy autentyczność karty E-14), szczegółowe relacje i zeznania sądowe Stachowiaka, a także pojawienie się oficera werbującego i prowadzącego TW ps. „Bolek” (Graczyk), „nie posiadają walorów przesłanki wznowienia postępowania o jakich mowa w art. 21 d ust. 1 pkt 2 ustawy lustracyjnej z 2006 r.”.

O intencyjności tej decyzji świadczyć też może ostatni z użytych przez prok. Stawowego argumentów: „tytułem jedynie dodatkowego argumentu wskazać również należy, iż termin zawity do wznowienia postępowania upływa w dniu 25 sierpnia 2010 r., co również znacznie obniża szanse na uzyskanie jakiegokolwiek merytorycznego rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego. Okoliczność ta zdaje się stawiać pod znakiem zapytania również celowość kierowania wniosku o wznowienie postępowania”. Wynika z tego, że prok. Stawowy spieszył się, by zamknąć sprawę korzystnym dla Wałęsy rozstrzygnięciem, bo za około miesiąc sprawa po 10 latach nie mogłaby być już wznowiona. Tak oto, gdy prokuratorzy pomylili swą rolę z advocatus diaboli i na dodatek weszli w buty sądu, okazało się, że są one tak bardzo dla nich za duże, że się w nich kompletnie zagubili.

Złoty środek czy kompromis przeciw prawdzie?

Prokuratorzy Stawowy i Wygoda kończą swój tekst popularną obecnie (a w przeszłości szczególnie w czasach stanu wojennego) figurą publicystyczną o dwóch skrajnościach i racji/prawdzie leżącej pośrodku: „Ocenie czytelnika pozostawiamy, czy pretensje »GW« oraz Sławomira Cenckiewicza mają merytoryczne podstawy. Ze swej strony twierdzimy, że nie. Biuro Lustracyjne IPN i jego prokuratorzy działali w każdym aspekcie tej sprawy zgodnie z prawem i dobrymi obyczajami. Ataki i niezasłużona krytyka z obu stron wydają się najlepszym dowodem obiektywizmu i braku wszelkiego zaangażowania politycznego prokuratorów pionu lustracyjnego Instytutu Pamięci Narodowej”. Cóż powiedzieć? Źe niby „les extremes se touchent” (krańcowości się stykają), a in medio stat veritas? A może in vino veritas, bo pisanina prokuratorów przyłapanych in flagranti robi wrażenie, że nie zdają sobie sprawy ze skali autokompromitacji?

Paradoksalnie słowa podsumowania w istocie dyskwalifikują moich polemistów właśnie jako prawników. Prokurator powinien bowiem uzasadniać swoje decyzje siłą merytorycznych argumentów, nie zaś zasłanianiem się płynącą z dwóch stron krytyką. Założenie to bowiem zakłada, że obie strony zawsze nie mają racji, a prawdę osiąga się horribile dictu przez wymierzenie kompromisu. Na takie dictum nie może być zgody w praworządnym państwie i należy mieć nadzieję, że zgodnie z zasadą ignorantia iuris nocet juryści z Biura Lustracyjnego IPN poniosą w przyszłości konsekwencje swojej ignorancji, a może i złej woli.

Quod erat demonstrandum.

Sławomir Cenckiewicz

Pismo01

Pismo02

Pismo03

Pismo04

Pismo05

Pismo06

Pismo07

Pismo08

Pismo09

Pismo10

 

Za: Sławomir Cenckiewicz (02 kwietnia 2013) | http://www.slawomircenckiewicz.pl/index.php/Aktualno%C5%9Bci/cenckiewicz-odpowiada-na-kuriozalny-artyku-prokuratorow-biura-lustracyjnego-ipn.html

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content