Są u nas człowieki Renesansu – Stanisław Michalkiewicz

Melchior Wańkowicz wspomina o pewnym panu, który jeszcze w początkach Polski Niepodległej został prezesem państwowego banku. Któregoś razu jego przyjaciel wszedł do jego gabinetu w momencie gdy pan prezes właśnie fikał koziołki na dywanie. Widząc zdziwioną minę przyjaciela powiedział: „gdybyś w dzieciństwie pasał krowy, a teraz dostał taki fajny bank, to też byś fikał koziołki”. Słuchając kolejnego optymistycznego expose pana ministra Radosława Sikorskiego nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jego optymizm ma podobne, a może nawet identyczne podstawy. Bo popatrzmy; Radosław Sikorski studiował w Oxfordzie, gdzie kolegował z „Źorżem Ponimir …” to znaczy – pardon, nie z Źorżem Ponimirskim, bo z Źorżem Ponimirskim w Oxfordzie kolegował, jak wiadomo, Nikodem Dyzma – ale czy wszyscy muszą koniecznie kolegować z Źorżem Ponimirskim? Jasne, że nie muszą, więc jeśli nawet minister Sikorski z Źorżem Ponimirskim w Oxfordzie nie kolegował, to i cóż z tego? Za to potem – ach! Pisywał z Warszawy korespondencje do jakiejś angielskiej gazety, której tytuł wypadł mi z pamięci.

Musiały one być bardzo mądre, no i oczywiście bojowe, bo Radosław Sikorski wkrótce został wiceministrem obrony w rządzie premiera Olszewskiego, a potem, po krótkiej przerwie, spowodowanej nieuzasadnioną, jak się okazało, nieufnością razwiedki, kolejne rządy już podają sobie Radosława Sikorskiego niemalże z rąk do rąk; w rządzie charyzmatycznego premiera Buzka zostaje wiceministrem spraw zagranicznych przy „drogim Bronisławie”, naszym bezpowrotnie utraconym „skarbie narodowym”. Ledwo odpoczął po tych trudach, a zaraz został ministrem obrony w rządzie charyzmatycznego premiera Marcinkiewicza, który teraz z posłem Niesiołowskim i mec. Giertychem tworzy Instytut Myśli Państwowej. Strach pomyśleć, co wymyślą!

Wracając do ministra Sikorskiego, to długo się tam nie nabył, bo w lutym 2007 roku czujnie podał się do dymisji, by w okrzykiem: „dorżnąć watahę!” – wejść do rządu premiera Tuska w charakterze ministra spraw zagranicznych. Wprawdzie mówiono na mieście, że jest on tam tylko figurantem, bo tak naprawdę ministerstwem kieruje ekipa skompletowana jeszcze przez „drogiego Bronisława” – ale czego to ludzie nie gadają? Tak czy owak – kariera znakomita, pokazująca, że wbrew różnym czarnowidzom są jeszcze u nas prawdziwi ludzie Renesansu, co to potrafią wszystko: i dorżnąć watahę i wygłosić expose, dźgające złowrogiego posła Macierewicza w chore z nienawiści oczy starannie dobranymi argumentami, z których niezbicie wynika, że Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostat… to znaczy nie – Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej za Edwarda Gierka; przynajmniej tak on sam mówił z trybuny kolejnych zjazdów partii, dopóki się wszystko nie skawaliło.

Nie, teraz Polska nie rośnie w siłę, a ludzie nie żyją dostatniej, ale za to mamy najdłuższy w historii Polski okres pokoju i dobrobytu. Co tu ukrywać; to lepiej niż w wieku XVI, bezpodstawnie uznanym za „wiek złoty”! Ile w tym „pokoju” zasługi ministra Sikorskiego, to sprawa trochę skomplikowana, ale już dostatek, przynajmniej w przypadku ministra spraw zagranicznych chyba jest prawdziwy. Daj Boże każdemu – chociaż wiadomo, że każdy ministrem spraw zagranicznych być nie może, to chyba jasne?

Natomiast jeśli chodzi o sytuację naszego nieszczęśliwego kraju, to cóż; dobrze ona nie wygląda, ani na wschodzie, ani na zachodzie, ani na północy, ani na południu – chociaż nie można powiedzieć; minister Sikorski stara się jak może i kiedy składał swój słynny „hołd pruski”, to pojawiły się nawet głosy, jakoby balansował na krawędzi zdrady stanu – ale jaka tam znowu „zdrada stanu” w tyle lat po Anschlussie i po ratyfikacji traktatu lizbońskiego? Wolno starać się o względy Naszej Złotej Pani premieru Tusku, to dlaczego nie może tego samego na własną rękę robić minister Sikorski tym bardziej, że w odróżnieniu od premiera Tuska, swobodnie kandydował na prezydenta? Kto wie, może Nasza Złota Pani w nagrodę zrobi go ministrem spraw zagranicznych całej Unii Europejskiej, bo nie ulega wątpliwości, że od tej Angielki podobnej do konia minister Sikorski jest zdecydowanie przystojniejszy.

Dopiero by wtedy sztorcował posła Macierewicza, dopiero by go wtedy przytłaczał autorytetem – oczywiście jeśli przy okazji wznowionego właśnie śledztwa w sprawie przygotowań do katastrofy smoleńskiej, to znaczy pardon – oczywiście nie żadnych „przygotowań do katastrofy smoleńskiej”, bo katastrofy smoleńskiej nikt przecież chyba nie przygotowywał – tylko przygotowań do lotu delegacji Rzeczypospolitej Polskiej na uroczystości do Katynia, nie wyjdą jakieś śmierdzące dmuchy. Bo właśnie śledztwo w tej sprawie zostało na skutek zażalenia Jarosława i Marty Kaczyńskich wznowione, mimo skwapliwego umorzenia go wcześniej przez niezależną prokuraturę. Wprawdzie wielkich nadziei nie można z tym wiązać, bo właśnie Sąd Najwyższy nie dopatrzył się kłamstwa lustracyjnego w oświadczeniu pułkownika PRL-owskiej razwiedki ex-jezuity Tomasza Turowskiego, że nie był funkcjonariuszem tejże razwiedki – ale nigdy nic nie wiadomo.

Więc minister Sikorski podobnie jak Casanowa; obracał się w najświetniejszych towarzystwach, dygnitarze podawali go sobie z rąk do rąk, prawie tak samo, jak ministra Sikorskiego, ale w swoich pamiętnikach użala się on na jakiegoś cyrulika, który uporczywie i co gorsza – zdaje się, skutecznie go prześladuje. Nawiasem mówiąc, Sąd Najwyższy już raz w podobnej sytuacji uwolnił od zarzutu kłamstwa lustracyjnego legendę „Solidarności” Mariana Jurczyka. Do trzech razy sztuka; jeśli jeszcze raz wyda podobny wyrok, to już chyba będzie można postawić hipotezę, że z jakichś zagadkowych przyczyn Sąd Najwyższy ma faiblessę do kłamców, a już lustracyjnych – w szczególności. Czy to – jak powiadał stalinowski prokurator Wyszyński – solidarność „elementów socjalnie bliskich”, czy coś jeszcze innego – tajemnica to wielka. Tak czy owak – chcesz kłamać – to tylko przed Sądem Najwyższym!

Tymczasem w kilka dni po sobotniej inauguracji Platformy Oburzonych w Gdańsku, pan prezydent Komorowski zapowiedział audiencję dla pana przewodniczącego Dudy – bo pan Kukiz wprost nie wychodzi z niezależnych mediów. Ta skwapliwość akurat ze strony pana prezydenta zdaje się potwierdzać moje przypuszczenia, że i pan prezydent traktuje manifest Platformy Oburzonych jako rodzaj oferty skierowanej do dysponentów miejsc mandatowych na listach wyborczych do Parlamentu Europejskiego i parlamentu tubylczego – no i że Platforma Oburzonych jest prawdziwym darem Niebios dla razwiedki, która musi jakoś rozładowywać potencjał tkwiący w amorficznym młodzieżowym ruchu, skupiającym ludzi, którzy zorientowali się, że ktoś ich tutaj zrobił w konia i chcą się dowiedzieć – kto i w jaki sposób. No ale to właśnie jest dla wszystkich aktorów sceny politycznej bardzo ryzykowne, więc w tej sytuacji lepiej podjąć próbę podsunięcia im reformy systemu wyborczego – i niech się nią masturbują.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    24 marca 2013

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2779

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content