O pożytkach związanych z matrioszkami

Od razu zaznaczam, że matrioszka w niniejszym tekście to jedynie figura stylistyczna lub metafora, chodzi zatem o zobrazowanie pewnej prawidłowości dającej się dostrzec w przeróżnych przesłaniach dotyczących „Smoleńska”, ale i „Warszawy” (tu np. EPWA), prawidłowości polegającej na tym, że jakiś komunikat jest ukryty w gąszczu innych komunikatów i zrazu niemal zupełnie niewidoczny jak w steganografii. Ruskie matrioszki, tj. zabawki składające się z ciągu (chowanych od największej do najmniejszej) figurek, podsuwają właśnie skojarzenie co do metody interpretowania rozmaitych „smoleńskich przesłań” – czyta się (słucha, ogląda) je raz, drugi, trzeci, dziesiąty, i za którymś tam razem dopiero wychodzi coś, co przeoczyło się przy pobieżnej recepcji, a więc, że jakby jedną ruską babę trzeba rozkręcić, by ukazała się następna, nieco mniejsza (jak zaś tę się rozkręci, to jeszcze mniejsza się ukazuje).

By nie być gołosłownym, wystarczy sięgnąć do dwóch zupełnie świeżych przykładów, o których powiem za chwilę. By zaś od razu unaocznić, o co chodzi, odwołam się do dwóch „case’ów”, o których już pisałem (choćby w zakazanej Czerwonej stronie Księżyca). Przykładowo w dok. filmie T. Sekielskiego Poranek zrobionym przez TVN24 na użytek oficjalnej narracji (materiał ten jest cały czas dostępny na YT, więc kto przeoczył winien nadrobić zaległości). Przypomnę, że film opowiada z grubsza o tym, jak to się redakcja rządowej telewizji zabierała do relacjonowania „Smoleńska” i jak jej to opornie szło, gdyż chciano „na 500%” sprawdzić wszystko, nim poinformowano widzów 10 Kwietnia o godz. 9.19 o „problemach z lądowaniem prezydenckiego jaka-40”. Ówczesna producentka P. Tamulewicz opowiada na tym materiale, że telefonowali wcześniej do redakcji a to J. Mróz (ze Smoleńska), a to R. Poniatowski (z Katynia) i właściwie już było jasne, że doszło do „katastrofy”, ale nie było jasne, co to był za samolot i kto był na pokładzie (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/07/tuz-po-9-tej-10-04.html; por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/08/woko-filmu-sobota.html, gdzie spisałem wypowiedzi polityków pojawiających się w dok. filmie zrobionym rok po tragedii).

Takie dictum Tamulewicz byłoby jak najbardziej uzasadnione choćby dziennikarską ostrożnością nakazującą wzbraniać się przed ogłaszaniem tragicznej wieści, nim fakt zajścia np. lotniczej katastrofy nie zostanie ostatecznie potwierdzony. W sytuacji jednak, w której wiadomo było, że pierwszy z telefonujących, a więc właśnie Mróz, nie kto inny, przyleciał osobiście dziennikarskim jakiem-40 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/lot-dziennikarzy.html) (jeśli nawet redakcja zrazu tego nie wiedziała, choć jak mogła nie wiedzieć, tego nie wiem, to i tak mogła się dowiedzieć z tych telefonów Mroza przecież, prawda?), zaś godzinę po tymże dziennikarskim jaku-40 miał wylecieć z EPWA już tylko „prezydencki tupolew” – to chyba żadnego problemu z ustaleniem w rozgorączkowanej tamtego poranka redakcji TVN24, kto wyleciał jakim samolotem, być nie powinno. Już pomijam zatelefonowanie na Okęcie po prostu i ustalenie u źródła.

Tamulewicz zaś powiada, że problem był, co nasuwa skojarzenie z innym, słynnym, a ukrytym w gąszczu przeróżnych medialnych materiałów, komunikatem, nadanym 10 Kwietnia przez operatora P. Wudarczyka pracownika kolejnej, ważnej stacji tamtego dnia, tj. Polsat News i także pasażera dziennikarskiego jaka-40, który to Wudarczyk zdenerwowanym głosem mówił w swej telefonicznej korespondencji, że „ale był jeszcze jeden samolot” oprócz „prezydenckiego tupolewa” i „dziennikarskiego jaka” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/by-jeszcze-jeden-samolot_31.html). Nic dziwnego zatem, że red. J. Kuźniar w rozmowie na antenie TVN24 z P. Paszkowskim miał pytać o to, który samolot się rozbił (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/byy-dwie-maszyny-ktora-sie-rozbia.html). Co więcej, nawet w dialogu gostka z „centrum operacyjnego” z amb. J. Bahrem po godz. 9-tej, mającym ponoć stać już wtedy na pobojowisku „po katastrofie” i nie widzieć „żadnych śladów życia” – pojawia się zagadkowe pytanie: „Czy to jest pewne, że to był ten nasz samolot?” (http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/fakty/news-msz-ujawnia-smolenskie-rozmowy-sikorskiego,nId,595431; por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/08/woko-filmu-sobota.html). Tak jakby na XUBS mógł się rozbić jakiś „nie nasz” albo „nie ten nasz”. Albo jakby nie było pewne, że „ten nasz” się w ogóle rozbił.

 

Drugi znany przykład „infomatrioszki”, choć może zapomniany, to wypowiedź P. Prusa z kolejnej legendarnej telewizji, bo TVP, zamieszczona w Misji specjalnej z 5-05-2010, kiedy to tenże Prus opowiada do kamery bez mrugnięcia okiem, że mieszkali w hotelu Nowyj, a więc tam gdzie moonwalker, od tygodnia i nawet nie wiedzieli, że opodal leży lotnisko, bo żadne samoloty tam nie latały (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/lotnisko-2.html):

nie mieliśmy pojęcia, że to jest lotnisko. Po prostu po drugiej stronie drogi od hotelu był jakiś niewysoki mur, jakaś stara zardzewiała brama, ale tam nie lądował żaden samolot. Nie było jakby żadnego śladu, który mógłby wskazywać, że to jest lotnisko.

Z tej relacji zaś można by wysnuć wniosek (zapewne pochopny, taki jak paranoicy smoleńscy wyciągają), że dziennikarze TVP tak bardzo byli zapracowani a może zaaferowani życiem intelektualnym ówczesnego Smoleńska, że nie zauważyli nie tylko lotniska Siewiernyj, w które tak czujnie się wpatrywał i wsłuchiwał pewien polski montażysta, ale i przylotów delegacji rządowych 7 kwietnia 2010, w tym polskiego rządowego tupolewa z 50 minutowym opóźnieniem (http://www.wprost.pl/ar/215756/Zapis-smierci/) (por. też http://clouds.salon24.pl/304662,tajemnice-lotu-7-04-2010). To, że stacjonujący w hotelu Nowyj ludzie TVP nie zauważyli tych przylotów, oczywiście, nie jest niemożliwe. Mogli być tamtego dnia np. na większych zakupach w Moskwie. Ale nawet gdyby nie zauważyli, to by pewnie wiedzieli od kolegów z innych redakcji, którzy właśnie 7-04-2010 mieli przylecieć jako obsługa medialna katyńskich uroczystości z Putinem i Tuskiem, lub choćby od montażysty TVP, że tam jakieś samoloty jednak latają i nawet czasem lądują.

Po tych dwóch starych przykładach „medialnej matrioszki” przejdźmy do dwóch zupełnie świeżych. W mej ostatniej notce (http://freeyourmind.salon24.pl/471086,fakty-smolenskie-i-warszawskie) poświęciłem sporo miejsca najnowszemu artykułowi M. Pyzy (jednego ze świadków z 10-04 prowadzącego dziennikarskie śledztwo), ale, co zrozumiałe, nie wyczerpałem tematu. I właściwie to, co najlepsze, zostawiłem sobie na deser. Oto i on. Proszę uważnie (a nie pobieżnie) przeczytać poniższy fragment i zastosować metodę „na matrioszkę”, czyli wydobywania kolejnych „ruskich bab” z tej największej, po jej rozkręceniu (W Sieci, 2/2012, s. 18):

Wiemy, że prokuratorzy wiele godzin poświęcili na poszukiwanie dowodów mitycznej kłótni gen. Andrzeja Błasika z kpt. Arkadiuszem Protasiukiem przed odlotem z Okęcia (…) [tak jak i kwestii pilotowania tupolewa przez Błasika (por. http://www.wprost.pl/ar/215756/Zapis-smierci/?pg=1) – przyp. F.Y.M.]. W marcu 2011 r. prokuratorzy przesłuchali na tę okoliczność wielu świadków. Co znaleźli? Nic. Z tego wątku bardziej przykuwa uwagę niezabezpieczenie nagrań z Okęcia i wyłączenie serwera w DSP, ale zanim okazało się, że miało ono miejsce, śledczy wnikliwie wypytywali żołnierzy z nieistniejącego już 36. pułku i funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu o zdarzenia na lotnisku.

Wszyscy zeznawali podobnie. BOR-owiec zabezpieczający bramkę prowadzącą na płytę lotniska: „O tym fakcie dowiedziałem się z mediów.” Inny, pełniący służbę w dyżurce terminalu: „O fakcie tej rozmowy dowiedziałem się z mediów. Nikt z kolegów z Biura Ochrony Rządu nie mówił mi o tym, że widział to zdarzenie,” Następny, z bramy wjazdowej na Okęcie: „Rozmawiałem z kolegami z BOR o doniesieniach medialnych dotyczących tego zdarzenia, ale nikt nie przyznał się, że był jego świadkiem.”

Rezerwista z pułku: „Ja o tej rzekomej rozmowie dowiedziałem się ze środków masowego przekazu. Nikt także z pracowników Portu Lotniczego nie mówił mi, aby taka rozmowa miała miejsce.” I jeszcze jeden, kierowca lotniskowego autobusu: „Ja takiej okoliczności nie widziałem, ani też od nikogo nie słyszałem, aby mogła mieć miejsce taka rozmowa.”

Co mamy ciekawego w tym pełnym powtarzających się elementów fragmencie? 1) Datę nowych przesłuchań ludzi z EPWA: marzec 2011, 2) zeznania „toczka w toczkę”, że się posłużę tytułową frazą Pyzy, 3) wymienionych różnych świadków z miejsc, w których akurat mieli pracować, 4) omawianą już kwestię „wyłączenia serwera DSP” i – to, co można było przeoczyć przy powierzchownym czytaniu, tj. 5) informację o kierowcy lotniskowego autobusu. To jest właśnie wyjątkowo interesująca, malutka „ruska babinka” w całym ciągu poprzednich, nieco większych. Jakiż to kierowca jakiego autobusu jaki kurs robił z jakimi pasażerami i do jakiego samolotu, skoro od terminalu do tupolewa było raptem jakieś 200 metrów, które w te i we wte pokonywał „spanikowany troszeczkę” M. Martynowski (por. jego relację zacytowaną we fragmentach w http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/06/FYM-Aneks-3.pdf, s. 38)? „Spanikowanie troszeczkę” miało być spowodowane tym, że Martynowski, odprowadziwszy pasażerów, przycupnął sobie w zapełnionym niemal do ostatniego miejsca tupolewie o godz. 7.02, gdy już wszyscy poza Parą Prezydencką wsiedli i obawiał się, że poleci wraz z Prezydentem na katyńskie uroczystości.

Nawiasem mówiąc, perypetie Martynowskiego są równie zagadkowe jak A. Klarkowskiego, który miał toczyć przy tupolewie rozmowę z paroma osobami do czasu przyjazdu Pary Prezydenckiej, rozmowę, dodajmy, przy uruchomionych silnikach, zaś w Załączniku 4 do „raportu Millera” (s. 13) napisano, iż silniki zostały włączone dopiero, gdy Prezydent wsiadł na pokład, tj. ponoć o godz. 7.14 (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/06/FYM-Aneks-3.pdf, s. 36). Oczywiście nikt nie podejrzewa, że Klarkowski ustawił się przy jakimś innym tupolewie, np. tym z nr. 102 będącym w hangarze, a pokazywanym nie wiedzieć czemu 10 Kwietnia w TVP Info o godz. 9.48, a więc niedługo po pierwszych oficjalnych już informacjach o „smoleńskiej katastrofie” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/06/FYM-Aneks-3.pdf, s. 26), no ale chyba nie stałby przy „prezydenckim jaku-40”. Jakie więc on silniki słyszał?

Tak czy tak nikt z okęckich „naocznych świadków” (ani np. Martynowski, ani Klarkowski) do tej pory nie wspominał, by kogokolwiek woził po Okęciu 10 Kwietnia nad ranem lotniskowy autobus. Choć T. Szczegielniak wspominał o jakimś „hanga-, terminalu” (http://clouds.salon24.pl/399036,byl-sobie-hangar-tajemnicze-okecie-2010; por. też dyskusję pod notką http://freeyourmind.salon24.pl/397936,zagadka-prezydenckiego-fotografa), z którego, tak się jakoś złożyło, wielu rzeczy nie widział. Nie widział np. przesiadki dziennikarzy z jaka do jaka, nie widział podwójnej próby silników tupolewa po godzinie 5-tej. Mógł więc też nie widzieć lotniskowego autobusu. Z kolei kierowca tego autobusu nie widział, jak czytaliśmy, kłótni Błasika i Protasiuka, lecz nie wiemy (bo Pyza w swym tekście nie cytuje innych fragmentów zeznań tego kierowcy), co widział. I kogo widział. I gdzie. Może Pyza napisze o tym w swych kolejnych artykułach.

Teraz danie extra (i to całkiem a propos), bo wczorajsza rozmowa J. Paradowskiej z J. Millerem. Góra z górą chciałoby się rzec. I faktycznie konwersacja niemalże kipi od tego, co mówione jest i wprost, i między wierszami, aż prosiłoby się o jej przytoczenie w całości, lecz można po prostu wywiadu odsłuchać tu: (http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,13040697,Miller__Rosjanie_nie_kwestionuja_polskiej_wlasnosci.html). Miller stwierdza otwarcie (choć słyszymy to dopiero w dniu 13-12-2012), że jeśliby Ruscy nie przekazali kopii nagrań czarnych skrzynek, to polski raport w ogóle by nie powstał. Nietrudno więc się domyśleć, iż kopie tychże nagrań to podstawowy (w myśl tego, co ujawnia Miller, zaznaczam), najważniejszy dowód w sprawie „smoleńskiej katastrofy”.

Jest to o tyle zastanawiająca uwaga ze strony szefa nieistniejącej już komisji badawczej (http://www.msw.gov.pl/portal/pl/2/8414/Szef_MSWiA_na_czele_komisji_badajacej_katastrofe_smolenska.html) (http://www.msw.gov.pl/portal/pl/2/8431/Sklad_Komisji_Badania_Wypadkow_Lotniczych_Lotnictwa_Panstwowego.html), że na przestrzeni tych paru lat od dnia kwietniowej tragedii okazało się, iż co jak co, lecz właśnie „kopie zapisów CVR” („prezydenckiego tupolewa”) budzą bardzo poważne wątpliwości i wartość dowodową tychże zapisów stosunkowo łatwo zakwestionować, wskazując choćby na rozbieżności w kolejnych wersjach „odczytów” dokonywanych coraz bardziej dokładnymi, kryminalistycznymi metodami (pominę kwestię uszkodzeń samej taśmy oraz obudowy rejestratorów, których to zniszczeń obudowy zrazu świadkowie mieli nie widzieć na pobojowisku (http://freeyourmind.salon24.pl/369017,o-diablach-co-rejestratory-sponiewierali)). Różnice zresztą pojawiają się także między stenogramami opublikowanymi w Załączniku 8 do „raportu Millera”, za którymi miało stać ponoć Laboratorium Kryminalistyczne KG Policji a stenogramami Zakładu Kryminalistyki krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, dostępnymi na stronie NPW. (Nie kto inny zaś, jak właśnie Miller i ówczesne jego ministerstwo stoi za kuriozalną zupełnie publikacją „pierwszej wersji” zapisów CVR (sporządzonych bez kryminalistycznej, fonoskopijnej analizy) 1 czerwca 2010, nim jakiekolwiek badania nad „katastrofą smoleńską” zakończono; por. też http://freeyourmind.salon24.pl/381899,pozdrowienia-dla-ies). Strach pomyśleć, co by było, gdyby czarne skrzynki uległy całkowitemu zniszczeniu albo anihilacji, jak wiele innych rzeczy z pobojowiska na XUBS. Czy wtedy bowiem eksperci nie ruszyliby na badania do Smoleńska?

Skoro jednak mowa była o NPW. Paradowska wskazuje Millerowi na to, iż wojskowi prokuratorzy niejako kwestionują ustalenia KBWL LP, zaś przedstawiciele tejże komisji „nie bronią raportu”, co zadziwia Paradowską. W wywiadzie tym pojawia się też wątek „zapodany” przez legendarnego min. J. Sasina imputującego Millerowi podpisanie z Moskwą porozumienia co do wraku, że ma on pozostać na ruskiej ziemi do czasu zakończenia ruskiego śledztwa. Skąd Sasin wie o takim porozumieniu, skoro 10 Kwietnia nawet via Moskwa nie chciał wracać do Polski (jak proponował mu Bahr) i chyba od tamtego czasu w Moskwie nie był, zaś przy samym wraku „niedługo po katastrofie” czasu spędził nie za wiele – licho wie, choć ja się domyślam, jaki tutaj maestro za taką „informacją” o takim porozumieniu stoi. Miller bowiem odpowiada, iż jedyne porozumienie, jakie podpisał, dotyczyło kopii zapisów CVR i tyle:

Pan minister Sasin chyba myśli o dokumencie, który podpisywaliśmy rzeczywiście ze stroną rosyjską, a dotyczyło przekazania nagrań z… tzw. czarnej skrzynki z tupolewa. I chyba wszyscy sobie zdajemy sprawę, że… zakres dokumentu, który mieliśmy o przebiegu zdarzeń 10. kwietnia był ograniczony [ten „dokument” to zapewne „raport Millera” – przyp. F.Y.M.]. Gdyby nie to, że Rosjanie przekazali nam kopie zapisów w czarnych skrzynkach, to prawdopodobnie polski raport by do dzisiaj nie powstał. (…) Co do wraku, to byliśmy tylko poinformowani, że Rosjanie oczywiście nie kwestionują, że wrak jest własnością strony polskiej, natomiast, że jest im niezbędny do postępowania prokuratorskiego, do czasu, dopóki prokurator nie dojdzie do przekonania, że jest już im zbędny do dalszych postępowań prokuratorskich. O postępowaniu sądowym na tym etapie w ogóle się jeszcze nie mówiło. A w związku z tym nie mylmy dwóch rzeczy: wrak i czarne skrzynki.

I nie mylimy tych rzeczy, idąc za radą pana ministra – choć wydawać by się mogło, iż jakiś związek między czarnymi skrzynkami a wrakiem samolotu, na pokładzie którego miały być zainstalowane, istnieje (czy akurat z tamtym wrakiem na XUBS, to osobna sprawa). Miller kontynuuje zaś:

Jeśli chodzi o czarne skrzynki, rzeczywiście, byliśmy poinformowani, że dostajemy kopie, a oryginały, które też są naszą własnością, dostaniemy wtedy, kiedy będą już rzeczywiście zbędne z punktu widzenia ewentualnych postępowań sądowych. Mówimy o zdarzeniach z maja 2010 r. I gdyby nie bezpośrednie zaangażowanie się premiera Donalda Tuska, to jestem przekonany, że do dnia dzisiejszego nie mielibyśmy również tychże kopii… kluczowych z punktu widzenia naszej wiedzy o tym, co się naprawdę działo.

To zaś zdumiewa nawet Paradowską: A Rosjanie mogli nam nie dać tego? Nie udostępnić?… Przecież w ramach pomocy prawnej… oni…

Miller odpowiada: Jeśli chodzi o pomoc prawną, to, jak widzimy do dnia dzisiejszego, funkcjonuje ten mechanizm, natomiast funkcjonuje… z dużym opóźnieniem. My chcieliśmy… móc podjąć równoległe badanie przyczyn katastrofy. Tego się nie da zrobić tylko i wyłącznie w… regułach pomocy prawnej. Tutaj trzeba być samodzielnym i samodzielnie podjąć pewne analizy, które strona rosyjska… może chciała, może nie chciała, nie wnikam w to, ale robiła w swoim tempie i ustawiała swoje priorytety…

Paradowska znowu się dziwi: Ale… utrudniała nam zrobienie własnych? Dlatego, że w tej chwili, jeżeli czytamy sporo, zwłaszcza w prawicowej prasie, informacji na ten temat, to właściwie wygląda na to, że… raport, który pan firmuje swoim nazwiskiem, jest zawieszony w próżni, bez żadnych badań, chyba że jakieś badania teoretyczne przeprowadzone w Polsce.

Na co Miller: Po pierwsze, nie wiem, co to są badania teoretyczne, a co nieteoretyczne…

Paradowska: No tak, że tam specjaliści siedzieli i robili sobie wykresy jakieś…

Miller: Tak. Po drugie opieraliśmy się na faktach, a nie na domniemaniach i to jest przewaga naszego raportu w stosunku do innych… materiałów raczej publicystycznych niż badawczych. Po trzecie, siłą rzeczy,… dostęp do informacji był ograniczony do tego, co potrafiliśmy zdobyć w czasie pobytu w Smoleńsku i w Moskwie oraz tego, co wynegocjowaliśmy ze stroną rosyjską jako możliwe do przekazania – nie w ramach konwencji chicagowskiej. Proszę pamiętać, że myśmy mieli swojego przedstawiciela w ramach konwencji chicagowskiej, ale to nie był… to nie był członek komisji…, którą… miałem okazję…

Paradowska: Znaczy mówi pan o akredytowanym, tak?

Miller: Tak.

Paradowska: To on był w ramach konwencji chicagowskiej, a oprócz tego…

Miller: A oprócz tego miał swoich… współpracowników, którzy mieli dostęp do… dokumentacji [jak to wyglądało mogliśmy przeczytać w polskich „Uwagach” z zimy 2010 – przyp. F.Y.M.] i mieli prawo korzystać z informacji powziętych w trakcie swojego pobytu, udostępniając nam również i dokumenty, i swoje opinie.

No dobrze, a gdzie tutaj w tym całym dialogu Paradowskiej i Millera jest „ruska baba”? Taka, że komuś postronnemu wydawać by się mogło, że to jedna zrazu była polska komisja od „katastrofy”, a nie parę. Ja natomiast już w Zagadnieniach smoleńskich (http://freeyourmind.salon24.pl/455882,informacja-dnia) sygnalizowałem, że funkcjonowało kilka naraz gremiów wokół sprawy 10 Kwietnia (też jakby na zasadzie „matrioszki”, tylko że instytucjonalnej), a przy tym działał wojskowy kontrwywiad, o czym otwarcie mówi właśnie „akredytowany” E. Klich (w Mojej czarnej skrzynce). Gdyby tego jednak było mało w zawikłanej historii „badań”, to przecież ów E. Klich podsłuchiwał ówczesnego szefa MON B. Klicha (http://niezalezna.pl/21303-rozmowa-dwoch-klichow-%E2%80%93-calosc), zaś kontrwywiad wojskowy rozpracowywał E. Klicha :), natomiast ówczesny szef NPW, tj. K. Parulski, jak pamiętamy, zarzucał „akredytowanemu” działanie na szkodę Polski. Z kolei „akredytowany”, gdyby tego wszystkiego było mało, w Mojej czarnej skrzynce już na wstępie zaznacza (s. 8), że

sprawa nie jest zakończona. Prędzej czy później do jej zbadania Sejm powoła komisję śledczą, jestem tego pewien.

Tak jakby „akredytowany” zupełnie nie zauważał nie tylko swojej roboty, nie tylko KBWL LP ani NPW, ale też i „zespołu parlamentarnego”, który dwoi się i troi od paru lat, by „wyjaśnić katastrofę”. No ale wracając jeszcze do niedawnej rozmowy Paradowskiej z Millerem, bo odbiegliśmy od głównego wątku. Proszę zerknąć na tę końcóweczkę:

Paradowska: Ale z kim rozmawiać, z profesorem Biniendą i z tymi, którzy mówią, że tam…

Miller: Nie.

Paradowska: …się rozpadł ten samolot 20 metrów nad ziemią?

Miller: Nie. Z osobami, które naprawdę mają swoje wyniki przemyśleń, bo nie badań, bo większość nie miała żadnej szansy przebadać i rozproszenie ich wątpliwości. Nie w charakterze dyskusji niezobowiązującej. Ja sobie coś powiem, za chwilę ktoś inny coś innego powie, a drogi słuchaczu domyśl się, kto ma prawdę. Tylko jeżeli nas pani zaprosi na spotkanie, gdzie zadba pani właśnie, żeby te emocje były możliwie wyciszone – to ja z przyjemnością przyjmę zaproszenie.

Kogo ma na myśli Miller? Brzmi to bardzo intrygująco i zachodzę w głowę. I jeszcze jedno już zupełnie na koniec, w wywiadzie były szef KBWL LP ujawnia, że utajniony przed opinią publiczną Załącznik nr 7 do polskiego „raportu”, nie został opublikowany ze względu na drastyczność opisów i dotyczy… załogi:

to są te elementy badań, które dotyczą członków załogi, dlatego bo nas interesowało zachowanie załogi.

Tymczasem ja naiwny do tej pory sądziłem, że ów Załącznik dotyczy wszystkich ofiar „katastrofy smoleńskiej”, a więc jest medycznym raportem o stanie zwłok nie tylko załogi, lecz i pasażerów „prezydenckiego tupolewa”. No ale jeśli nawet w „raporcie MAK” (s. 104) jest informacja: „16.20 – na miejscu AP odnaleziono 25 ciał ofiar” i nic więcej na temat dalszych odnalezionych ciał nie sposób w lakonicznym opisie „działań zespołów ratunkowych i przeciwpożarowych” znaleźć – to „komisja Millera”, bazująca w tej materii właśnie na „raporcie MAK”, nie miała rzeczywiście innego wyjścia jak zająć się wyłącznie załogą. Obrażenia członków załogi były wszak w tymże ruskim raporcie dość szczegółowo opisane, a badania medyczne sięgnęły tam tak daleko, że nawet odtwarzano procesy myślowe pilotów sprzed katastrofy.

Free Your Mind

Za: CentralaAntykomunizmu - Free Your Mind blog (14 gru 2012) | http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/12/o-pozytkach-zwiazanych-z-matrioszkami.html

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content