Kto prowokował na Marszu Niepodległości?

Aktualizacja: 2012-11-12 10:29 am

Czy byliśmy świadkami prowokacji ze strony policji w dniu 11 listopada? Sam już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Wiem natomiast, że przed marszem miały miejsce masowe wywózki kibiców do komisariatów w celu sprawdzenia pod kątem posiadania „niebezpiecznych narzędzi”. Gdy marsz ruszył, został rozdzielony na dwie części przez policję, która zamanifestowała swoją siłę i chciała podjąć próbę brutalnej pacyfikacji. Na obrzeżach manifestacji kręcili się policjanci po cywilnemu w czarnych kominiarkach, że nie było wiadomo, kto jest chuliganem, kto prowokatorem, a kto funkcjonariuszem. Wreszcie policja wprowadzała w błąd uczestników marszu, nawołując przez mikrofon do rozejścia się, jakby manifestacja została rozwiązana, a przy tym żadnych dróg do tego rozejścia się nie wskazano.          

Komenda na ul. Źytniej

Było południe. Jeszcze kilka godzin do marszu. Nagle zadzwonił telefon. Chłopcy z Jastrzębia i Gdyni, kibice, zatrzymani i zawiezieni na rejonową komendę policji przy ul. Źytniej. Czy mogę interweniować? Pojechałem natychmiast. Nadkomisarz Piotr Spłocharski przyjął mnie grzecznie i zaprowadził do kibiców umieszczonych w jednym z pomieszczeń. Chłopcy (i kilka dziewczyn) byli dobrze traktowani, poza tym, że trzymano ich od 10 rano i nie chciano im powiedzieć, co było powodem ich zatrzymania i przywiezienia na komendę. Jak się okazało, zostali zatrzymani pod kątem sprawdzenia, czy nie posiadają „niebezpiecznych narzędzi”. Indywidualnie ich przesłuchiwano. Podobno grupa została wytypowana do sprawdzenia „operacyjnie”. Jeden z kibiców miał zostać oskarżony o posiadanie narkotyków. Gdy przyjechałem, w długiej procedurze wypuszczali pierwsze osoby. Na moją prośbę przyspieszono czynności i ok. 14 już wszyscy, zdaje się poza jednym, byli uwolnieni.

Ale to nie był jeszcze koniec. Gdy wyszliśmy z budynku komendy (w międzyczasie dołączyła do mnie poseł Małgorzata Gosiewska), zobaczyliśmy stojący na parkingu autokar z kibicami z Łodzi w asyście policji. Natychmiast się do nich udaliśmy. Bardzo się ucieszyli, że jesteśmy posłami Prawa i Sprawiedliwości, „bo innych by do autobusu nie wpuścili”. Okazało się, że podczas prewencyjnej kontroli policji pod kątem posiadania „niebezpiecznych narzędzi”, w autobusie znaleziono metalowy „mieczyk”, który należał do kierowcy. Kierowca musiał pofatygować się do komendy w celu udzielenia wyjaśnień. Udało się jednak uzgodnić z nadkomisarzem Spłochowskim, że kibice nie muszą opuszczać autobusu, skoro to kierowca był właścicielem „niebezpiecznego narzędzia”. Ale przecież starszy pan kierowca był w pracy i nie wybierał się na marsz, to dlaczego potraktowano go jak kibola? Szczerze powiedziawszy wyglądało to tak, jakby policja chciała utrudnić dotarcie ma marsz wielu jego potencjalnym uczestnikom. Tym bardziej, że jak otrzymałem informację, nie tylko komenda na ul. Źytniej przeżywała takie „oblężenie” przymusowymi gośćmi. Akcja była prowadzona na szeroką skalę.

Policjanci w kominiarkach?          

Marsz zaczął się ze sporym opóźnieniem. Najpierw szliśmy wolno. Ale ponieważ było tłoczno i panował spory ścisk, ruszyliśmy szybciej. Gdy przeszliśmy dobrych kilkaset metrów, gdzieś za nami, jak w ubiegłym roku, zaczęły wybuchać petardy. Prowokacja? Przemknęło przez głowę. Ale kto może prowokować? Przecież organizatorom zależy na spokojnym przemarszu. Gdy byliśmy w połowie drogi do Placu Konstytucji, usłyszeliśmy okrzyki, żeby się zatrzymać, bo marsz został „przecięty na pół” przez policję. Faktycznie, za czołówką marszu było niewiele ludzi, za to w oddali, przed tłumem z biało czerwonymi flagami, stała ściana policji uzbrojonej po zęby. Słuchać było strzały z broni gładkolufowej. Stasiu – zwróciłem się do posła Pięty – idziemy tam, musimy wrócić. I poszliśmy, a z nami poseł Gosiewska.

Policja specjalnie nas nie blokowała, przeszliśmy przez główny kordon na teren „niczyj”, kilkadziesiąt metrów od ściany tłumu. Tu kręciło się trochę ludzi, jacyś dziennikarze i podejrzane osobniki, podejrzane, bo zamaskowane i to pod okiem policji. Panowie, rosłe chłopaki, mieli takie same czarne kominiarki. Policja po cywilnemu w kominiarkach? Wraz z kilkoma osobami i dziennikarzami otoczyliśmy jednego z tych podejrzanych osobników. – Pan jest policjantem, niech pan zdejmie maskę, jaki jest pana numer – żądaliśmy. Milczał i starał się wydostać z okrążenia. Zauważyłem w jego dłoni policyjną pałkę teleskopową. Zaraz podbiegło do nas. Jeszcze dwóch podobnie zamaskowanych osobników i wyrwało go z naszego lichego okrążenia. Wycofali się w stronę kordonu policyjnego… – Czy widziałem, jak ten policjant po cywilnemu z zakrytą twarzą zachowywał się prowokacyjnie? – pytała mnie jedna z dziennikarek. Nie widziałem, ale czy policjanci po cywilnemu w kominiarkach z pałkami sami nie są „chodzącą prowokacją”?

W takich sytuacjach człowiek się zastanawia, czy osoby w kominiarkach, które rzucały petardy, to chuligani, lewaccy prowokatorzy, którzy się wmieszali w tłum, czy funkcjonariusze przeznaczeni do „specjalnych zadań”? Później przyjrzałem się młodym ludziom w kominiarkach, którzy paradowali w marszu – wszystkie były kolorowe. Natomiast dziwnie podobne czarne kominiarki, jak widziane u tamtych osobników, wystawały spod kasków uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy policji. Czy to przypadek?

Pomaszerujemy, albo krew się poleje

Do kordonu policji na ul. Marszałkowskiej podjechał ciężki sprzęt – wielkie, opancerzone polewaczki. Atmosfera była coraz bardziej nerwowa. Nagle kordon ruszył i z nim polewaczki. Wydawało się, że jeszcze kilkadziesiąt metrów i wjadą w tłum, już niebawem strumień wody sięgnąłby ludzi zgromadzonych na ulicy. Akurat stałem na wprost środkowego wozu i udzielałem wywiadu. Obok mnie stał poseł Pięta. Tuż za moimi plecami zatrzymała się policyjna polewaczka. Podszedł do mnie oficer i polecił się usunąć, gdyż przeszkadzam. Dalej spokojnie udzielałem wywiadu, a gdy poczułem zdwojoną presję, powiedziałem, że absolutnie się nie odsunę, gdyż zmasowany atak na demonstrantów, gdzie są całe rodziny, kobiety i dzieci, spowoduje wiele ofiar i szkód. Oficer starał się ze mną negocjować, bym ustąpił. Powiedziałem mu, żeby policja się cofnęła i puściła demonstrantów. – Chuliganów wyłapujcie, ale zwykłym ludziom pozwólcie dołączyć do czoła pochodu – mówiłem. – A zagwarantujecie panowie, że będzie spokój? – zwrócił się do mnie i posła Pięty oficer. – A zagwarantuje pan, że jakiś pana podwładny po cywilnemu nie zachowa się, jak ten, co rok temu skopał jednego z demonstrantów po głowie – pytałem. Rozmowa się przedłużała, ale najważniejsze, że wozy i policja stały w miejscu.

Organizatorzy przez megafon nawoływali do zachowania spokoju i nie ulegania prowokacjom. Natomiast w pewnej chwili policja przez drugi megafon zwróciła się do osób posiadających immunitet do opuszczenia zgromadzenia, bo nie będzie w stanie zagwarantować ich bezpieczeństwa, a do pozostałych osób zaapelowano o rozejście się, jakby manifestacja została rozwiązana. Nie wskazano dróg ewakuacji, ale posłowie (dołączył do nas też poseł Przemek Wipler) i osoby znajdujące się najbliżej kordonu nie zamierzały opuścić ul. Marszałkowskiej, a młodzi ludzie siedli na torowisku, jak widać zdecydowani na bierny opór.

W tym samym czasie, jak się nieco później dowiedziałem, trwały negocjacje policji z organizatorami marszu. Gdy polecono im rozwiązać zgromadzenie, zdecydowanie odmówili. Prosili o cofnięcie się policji i umożliwienie dalszego marszu. Zadeklarowali, że postarają się w porządku przesuwać do przodu. Po stronie policji trwała narada, gorączkowe telefony do centrum operacyjnego. Było widać, że sytuacja jest patowa, albo manifestacja ruszy do przodu, albo dojdzie do konfrontacji, a wtedy nie wiadomo, jak to się skończy, ile krwi poleje. Nerwowa atmosfera niepewności trwała dłuższą chwilę.

Jednak po dłuższej chwili kordon policji zaczął się powoli cofać, a wraz z nim policyjne polewaczki. Ludzie niedowierzali, że policja się wycofuje. Gdy tłum z flagami biało-czerwonymi ruszył do przodu, policja nadal się cofała. Przód marszu czekał cierpliwie, aż jego tył dołączy. Gdy obie grupy były już blisko siebie, policjanci rozstąpili się na boki, a wozy bojowe wjechały w boczne uliczki. Marsz Niepodległości ruszył dalej. Cieszę się, że po stronie policji zwyciężył zdrowy rozsądek. Ale jednak pozostało wrażenie, że w tym wszystkim policja spełniała jakąś dziwną, podejrzaną rolę.

dr Artur Górski

Poseł na Sejm RP

Za: ‘Konserwatysta w postkonserwatywnym świecie’ – dr Artur Górski blog (12.11.2012)

Gen. Polko: Działania policji na MN nawiązywały raczej do taktyk ZOMO

– Policja powinna była działać zdecydowanie bardziej elastycznie, a nie nawiązywać do taktyk, które szczerze mówiąc przypominają raczej ZOMO. To przecież było działanie, które jeszcze bardziej zaogniało całą sytuację, aniżeli przyczyniło się do jej rozładowania – ocenia w rozmowie z Martą Brzezińską gen. Roman Polko.

Marta Brzezińska: Panie Generale, jak Pan ocenia działania policji podczas wczorajszego Marszu Niepodległości? Czy zrobiła wszystko, aby zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom pochodu?

Gen. Roman Polko: Działanie policji, służb, urzędników nie dotyczy samego marszu. To pokłosie tego, co zostało, badź nie zostało zrobione wcześniej. Po pierwsze, cały czas byliśmy karmieni informacją, że będzie jeden słuszny marsz, który zjednoczy Polaków. Pozostałe wypadały na tym tle jako mniej słuszne, gorsze. To było dzielenie marszów na bardziej patriotyczne i te drugiej jakości. Już samo to mogło rodzić frustrację czy taką chęć „a my im pokażemy”.

A jak Pan ocenia, Panie Generale, samą technikę pracy policji?

Mając doświadczenia z ubiegłego roku, policja mogła łatwo przewidzieć, co się może stać. Wiadomo, że podczas przygotowań do tego typu wydarzyń, a w takich uczestniczyłem podczas pracy w Urzędzie Miasta Stołecznego, bardzo ważne jest rozpoznanie. Policja, służby mają informacje, kto może być potencjalnym sprawcą zamieszek. Nie jest tak, że nagle tłum się buntuje. Zwykle jest jakaś liczba prowokatorów, którzy potrafią skupić na sobie uwagę ludzi i prowokować różnego rodzaju zajścia. Tych prowokatorów można było wcześniej monitorować. Jeżeli to byli kibole – bo i takie infomacje się pojawiają – to tym bardziej policja dysponuje ich dokładnymi danymi. Z pewnością można było przewidzieć, co się wydarzy i przede wszystkim, nie dopuścić do tego, aby w tłum wmieszali się ludzie poubierani w kominiarki.

A jeżeli już do tego doszło?

Funkcjonariusze policji, także działający po cywilnemu, podczas samego zdarzenia powinni byli takich ludzi – prowokatorów – wyłuskać z tłumu, a nie doprowadzić do takiej sytuacji, w której legalna manifestacja zostaje zatrzymana przez kordon policji. Większość nie wiedziała co się dzieje, była zdezorientowana. Użyto środków, czy to gazu pieprzowego, czy to broni gładkolufowej. To rzeczywiście mogło eskalować. Słyszałem nawet takie opinie uczestników Marszu Niepodległości, którzy mówili, że znaleźli się w kotle. Nawet kiedy chcieli opuścić zgromadzenie, nie wiedzieli, w którą stronę pójść. Wziąwszy pod uwagę, że tam były kobiety i dzieci, sytuacja była bardzo trudna i mocno eskalowała. Myślę, że to był duży błąd. Takich rzeczy się nie robi. Trzeba działać wybiórczo na te osoby, które prowokują zajścia, a nie działać na całość. To mogło doprowadzić do regularnego zwarcia. Sytuacja mogła całkowicie wymknąć się spod kontroli.

Doszło do absurdalnej sytuacji, w której czoło pochodu zostało oddzielone od reszty uczestników. Na własne oczy widziałam, jak grupa ok. 150 osób stała przez blisko godzinę w okolicach pl. Konstytucji czekając na te kilkadziesiąt tysięcy, które na rondzie Dmowskiego zatrzymała policja. Dziś oglądam w sieci nagrania, na których widać, jak dwóch posłów zatrzymuje armatkę wodną i próbuje negocjować z policją umożliwienie marszu. Czy rozdzielanie marszu było nieodpowiedzialnym działaniem?

Zdecydowanie! Wiadomo, że na czele pochodu zwykle idą organizatorzy, którzy kierują manifestacją, komitety poparcia. Szczególnie jeśli to są parlamentarzyści, to myślę, że warto takich ludzi posłuchać, a nie działać w sposób standardowy, łatwy do przewidzenia, mało elastyczny. Nie chcę formułować zbyt daleko idących ocen, ale powinniśmy byli wyciągnąć wnioski z tego, co miało miejsce w ubiegłym roku. Policja powinna była działać zdecydowanie bardziej elastycznie, a nie nawiązywać do taktyk, które szczerze mówiąc przypominają raczej ZOMO. To przecież było działanie, które jeszcze bardziej zaogniało całą sytuację, aniżeli przyczyniło się do jej rozładowania. Na szczęście jakoś to się rozeszło po kościach, tym razem. Z pewnością opinie, które już w mediach słyszałem, że państwo znowu zdało egzamin, to absurd. Nie chciałbym, aby państwo w taki sposób po raz kolejny „zdawało egzamin”. Trzeba uderzyć się w piersi i powiedzieć, co zrobiliśmy źle i to poprawiać. A nie przechodzić w nastrój samozadowolenia – dziś słyszałem, jak pani prezydent Warszawy mówi, że wprawdzie były zamieszki, ale było lepiej niż w tamtym roku.

Rozmawiała Marta Brzezińska

Zobacz policyjnych prowokatorów: [zob. na stronie źródłowej – tutaj]

Za: Fronda.pl (12.11.2012) – ‘Gen. Polko dla Fronda.pl: Działania policji na MN nawiązywały raczej do taktyk ZOMO’

 

Poseł, który zatrzymał armatkę wodną i negocjował z policją: Chodziło o skompromitowanie uczestników MN. I o to, by zaprzyjaźnione media miały co pokazywać

Dziś w sieci znaleźliśmy dramatyczne nagrania, na których widać, jak posłowie Stanisław Pięta oraz Artur Górski (obaj z PiS) stają naprzeciw posuwającej się w kierunku uczestników MN armatki wodnej. Parlamentarzyści podejmowali też negocjacje z policją, aby pozwoliła reszcie pochodu dołączyć do oddzielonego czoła marszu. Poseł Pięta relacjonuje dla portalu Fronda.pl co się wydarzyło na rondzie Dmowskiego.

Marta Brzezińska: Z naszych telefonicznych rozmów wiem, że był Pan wczoraj w oddzielonej od czoła Marszu grupie zatrzymanej przez policję na rondzie Dmowskiego. Co tam się wydarzyło?

Stanisław Pięta, PiS: Widząc, że oddziały prewencji policji, wyposażone w bojowe oporządzenie, dwie armatki wodne, stopniowo, ale systematycznie posuwają się do przodu, a gdzieś w odległości 80 metrów ludzie już nie stoją, ale siedzą na jezdni, próbowaliśmy z posłem Arturem Górskim skłonić dowodzącego grupą policjantów do zmiany decyzji. Wtedy jeszcze nic nie wiedziałem o przyczynach tych awantur. Powiedzieli mi o nich dopiero reporterzy, którzy się do nas przedostali. Wedle ich relacji, zza kordonu policji wybiegło kilkadziesiąt zamaskowanych osób, które obrzuciły petardami i racami tłum. Wówczas z tłumu także padły petardy i race w kierunku policji. To zaowocowało podjęciem przez policję interwencji.

Czyli chce Pan powiedzieć, że to prowokatorzy obrzucili policjantów, dając tym samym początek regularnej wojnie na Marszałkowskiej?

Zastanawiające jest to, że aż tyle osób stojących na obrzeżach tłumu było ubranych w kominiarki, że to były kominiarki tego samego rodzaju, w tym samym kolorze, że ci ludzie byli w podobnym wieku, że byli wyposażeni w pałki teleskopowe. To wszystko wskazuje, że mieliśmy do czynienia z zaplanowaną prowokacją. Nie wiem, czy policjantów, ale na pewno byli to ludzie ze służb.

Kto tam dowodził?

Policjant, który dowodził tą grupą na Marszałkowskiej NIE podejmował decyzji. Doszło do zaplanowanego i sprowokowanego oddzielenia przez „nieustalonych sprawców”, a potem działania policji, czoła pochodu od reszty demonstrantów. W tę przestrzeń pomiędzy rozdzielonymi uczestnikami MN wkroczyły oddziały prewencji wyposażone w armatki wodne i usiłowały zepchnąć demonstrujących. Nie wiem gdzie, bo nie było miejsca, w które mogliby oni się wycofać. W mojej ocenie chodziło o eskalowanie protestów. Ponadto policja – usłyszałem to z ust dowodzącego tamtą grupą na Marszałkowskiej – fałszywie informowała o tym, że organizatorzy rozwiązali marsz. Ja wiedziałem, że to nieprawda. Pamiętam przecież, co działo się rok temu, kiedy policja również podawała przez megafony kłamliwe informacje, jakoby marsz został rozwiązany.

Znalazłam dziś w sieci wstrząsający filmik, na którym widać, jak z posłem Górskim stoi pan naprzeciw posuwającej się armatki wodnej i nie dopuszcza, aby dojechała ona do siedzących dalej na jezdni uczestników marszu.

Widząc, co się dzieje, próbowaliśmy z kolegą Arturem wytłumaczyć dowodzącemu akcją, że ta koncepcja walki z demonstrantami jest nonsensowna. Nie powoduje wygaszenia emocji, ale wręcz przeciwnie – nakręcenie wzajemnej niechęci i agresji ze strony demonstrujących, którzy chcieli przecież spokojnie przejść, jednak widząc zwarte oddziały policji dawali się czasem sprowokować. To, że marsz poszedł dalej nie jest naszą zasługą. To była zaplanowana koncepcyjnie akcja prowokacyjna, aby zaprzyjaźnione media otrzymały odpowiednie ilości obrazków ukazujących zadymę. Kiedy już doszło do przepychanek, a w mediach można było puścić kompromitujące obrazy o walkach i burdach, można było puścić uczestników MN.

Pan rozmawiał z dowodzącym akcją na ul. Marszałkowskiej w okolicach Ronda Dmowskiego. Jak policja tłumaczyła fakt, że doszło do rozdzielenia uczestników MN?

Troską o nasze bezpieczeństwo (śmiech).

I nie dostrzegała tego, że wskutek podjętych przez nią działań z każdą minutą Wasze bezpieczeństwo malało?

Nie. Moim zdaniem miała inne rozkazy. Widać było, że dowódca rozumie narastającą powagę sytuacji. Kiedy przemieszczałem się z Arturem Górskim pomiędzy tymi oddziałami policji – legitymacja poselska nam na to pozwalała – nad moją głową przeleciał pokaźny kawałek kostki chodnikowej. Było bardzo niebezpiecznie, a mogło być jeszcze gorzej. Dowódca to widział, wiedział, że podjęta przez niego taktyka stanowi zagrożenie zarówno dla uczestników MN, jak i policjantów. Moim zdaniem, wykonywał polecenia odgórne i wbrew własnej ocenie sytuacji musiał wydawać rozkazy podległym mu funkcjonariuszom, którzy postępowali naprzód i napierali na tłum. To było oczywiście irracjonalne, i ostatecznie nieskuteczne, ale moim zdaniem, kierującym wówczas akcją – naprawdę kierującym – zależało na eskalacji przemocy. W jakim celu? Skompromitowania uczestników MN.

Co mogłoby się stać, gdybyście z posłem Górskim nie zatrzymali armatki wodnej i nie podjęli prób pertraktacji z policją, aby MN ruszył dalej?

Trudno powiedzieć. My nie zrobiliśmy nic szczególnego. Znaleźliśmy się w sytuacji, w której nade wszystko staraliśmy się zachować zdrowy rozsądek. Trudno odgadnąć, jakie plany mogła mieć policja. Może to była wyłącznie demonstracja siły, mająca na celu eskalację emocji, a być może policja chciała naprawdę polewać uczestników MN wodą. Tego nie wiemy i dobrze. Dobrze, że po okresie pewnego napięcia i walk, prowokacji organizatorom marszu udało się wynegocjować rodzaj rozejmu i spokojnie zakończyć marsz.

Rozmawiała Marta Brzezińska

Zobacz dramatyczne nagranie Nowego Ekranu, na którym widać, jak posłowie Pięta i Górski zatrzmują armatkę wodną: [zobacz na stronie źródłowej – tutaj]

Za: Fronda.pl (12.11.2012) – ‘Poseł, który zatrzymał armatkę wodną i negocjował z policją dla Fronda.pl: Chodziło o skompromitowanie uczestników MN. I o to, by zaprzyjaźnione media miały co pokazywać’

Tags: ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=63330 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]