Ksiądz Jarosław Marek (czyli Rymkiewicz i historia) – prof. Andrzej Nowak

Aktualizacja: 2012-11-4 8:00 pm

Moja historia z Jarosławem Markiem zaczęła się tak. Był stan wojenny. Generał Jaruzelski, ludzki pan, nie miał – inaczej niż komisja kultury Sejmu zdominowana przez ruch PO i Ruch Poparcia Putina w roku 2012 – nic przeciwko obchodzeniu rocznicy Powstania Styczniowego.

Była więc sesja Instytutu Badań Literackich w Warszawie poświęcona 120. rocznicy powstania. Szedłem na nią, by posłuchać prof. Stefana Kieniewicza – mistrza cechu historyków, w którym zaczynałem dopiero terminować. Nie zawiodłem się, wykład musiał utwierdzić mnie w przekonaniu, że historia może być wspaniałym powołaniem, nie tylko osobistym, lecz także publicznym. Ale nic dziś z tamtego wykładu nie pamiętam. Zapamiętałem inny. Wygłaszał go docent IBL-u Jarosław Marek Rymkiewicz.

Nie było Smoleńska

Wykład nosił tytuł „Nie ma Polski, nie ma Rosji, nie było powstania”. Mówił o Ludwiku Jenikem – zapomnianym pionierze medialnej nierzeczywistości. Jenike w czasie powstania był redaktorem ukazującego się w Warszawie „Tygodnika Ilustrowanego”. Pismo służące władzy zaborczej przez cały rok 1863 nie wspomniało ani słowem o tym, że trwa w Polsce jakaś walka, że giną ludzie. Co więcej, pismo nie wspomniało w ogóle o Rosji, że jest takie imperium, które panuje nad Polską i używa w tym czasie 200 tys. swoich żołnierzy, by polskie powstanie stłumić. Jedyna wzmianka, jaka na temat Rosji pojawiła się w 1863 r. na łamach ówczesnego „Newsweeka” czy „Wprost”, informowała o tym, że w imperium udzielona została koncesja rosyjskiej spółce na budowę kolei Kijów-Odessa. Słuchałem tej analizy zawartości „Tygodnika Ilustrowanego” z 1863 r., skontrastowanej przez Jarosława Marka Rymkiewicza z obrazami powstańców-sztyletników, ich krwawymi zamachami i krwawymi egzekucjami na nich samych dokonywanymi. I myślałem oczywiście o dzienniku telewizyjnym Urbana w roku 1983, o ówczesnych gazetach zalegających w kioskach „Ruchu”. Tam też nie było wiele wiadomości o stanie wojennym, o więzionych, o pałkach, o gazie na ulicach. To nam przypominał wtedy Rymkiewicz, że to stara metoda, wyniesiona z rosyjskiego imperium: że „znacznie ważniejsze od tego, co się mówi, jest to, czego się nie mówi”. I to przypomina mi się znowu dzisiaj, kiedy widzę „Wiadomości” telewizji „publicznej”: trzy-cztery felietony o Madzi albo o dzikich działkowcach, albo o Halloween w Meksyku. Redaktor Kraśko z miną czarodzieja podaje kolejną sensacyjną wiadomość o niczym, inny redaktor przedstawia kolejną porcję szyderstwa z maluczkich. Czasem jest jakieś miłe wspomnienie historyczne. I już. Nie ma Polski, nie ma Rosji, nie było Smoleńska?

Może my ich nie znamy?

Historia się powtarza? Tylko tyle przypominał w 1983 r. Jarosław Marek Rymkiewicz? Tylko tyle przypomina dzisiaj? Nie. Wtedy uderzyło mnie coś innego. Uderzyły mnie te słowa, te pytania: „Może my ich naprawdę już nie pojmujemy, tych ludzi, co żyli przed 120 laty? Może w rozpaczy po klęsce uznali, że Polski nie ma i nie będzie, i że wszystko, co mogą z niej jeszcze mieć, to wspomnienie o skale Czackiego pod Źytomierzem i o figurze Zbawiciela w Snipiszkach? Może uznali, że nigdy nic więcej poza tymi wspomnieniami już mieć nie będą, że więcej żądać nie należy, że to i tak dużo? Ale nawet jeśli tak było, jeśli tak myśleli, to w czasie, kiedy przez miasto wieziono na wózku do wywożenia śmieci krwawiące zwłoki sztyletnika Wilhelma Algera, nie powinni mnie jednak przekonywać, że palenie tytoniu szkodzi zdrowiu i że nie powinienem śmiecić w omnibusie. To było niegodne.”.

Może nie rozumiemy ich, tamtych ludzi, którzy kupowali „Tygodnik Ilustrowany” w 1863 r. (choć nakład tygodnika bardzo spadł: z 3800 do 1500 egzemplarzy); może nie rozumieliśmy tych, którzy w 1983 r. uwierzyli, że Solidarność ostatecznie przegrała, że Urban z Czekiszczakiem wygrali już na zawsze; może nie rozumiemy dzisiaj tych, którzy mówią, że już mają dość Smoleńska, że lepiej nie wymawiać imienia Putin, słowa „imperium” – i że liczy się tylko dzisiejszy grill, nowy odcinek telenoweli, nowy żart Jakuba W.? Ale wiemy, że to jest niegodne.

Pomiędzy lud przerażony

To odwołanie do godności – do godności bycia Polakiem, godności zapisanej na zawsze w historii – w tym wykładzie z 1983 r. zapadło mi w pamięć najbardziej. To oraz ów sugestywny obraz walki, jaką przez swoje przemilczenia, manipulacje, w końcu kłamstwa, toczy wciąż propagandowa nierzeczywistość z polską rzeczywistością.

Właśnie przez przeoczenie cenzury wojskowej tego roku, ukazała się kolejna książka Jarosława Marka – „Wielki Książę z dodaniem rozważań o istocie i przymiotach ducha polskiego”. Chwilę potem nad Wigrami powstawały „Rozmowy polskie latem 1983″. Potem zaczął się pięcioksiąg o Mickiewiczu, a następnie, już w późnej III RP, „Wieszanie”, „Kinderszenen”, „Samuel Zborowski”…

Czy jest pisarz, który w ciągu ostatnich 30 lat mocniej poruszał naszą wyobraźnię historyczną, ożywiał spory wokół naszej wspólnej przeszłości, wokół polskiej wolności i zamachów na nią, wokół powstań i strachu przed imperium, wokół trwania i sensu polskości? Źaden historyk z cechu nie mógłby tego dokonać.

Kiedy z dzisiejszej perspektywy zastanawiam się nad tym, co robi z naszą wspaniałą, groźną, dziką, krwistą historią Jarosław Marek, przychodzi mi na myśl obraz księdza Marka – proroka konfederacji barskiej:

Uderzył z czarnej ambony
Pomiędzy lud przerażony.
W sam środek szary motłochu,
W sam środek czerni szepczącej
O tej kości latającej,
O tym poruszonym prochu,
O tym niespokojnym grobie.

Tak, właśnie jak ksiądz Marek w 1 akcie dramatu Słowackiego, Jarosław Marek ciska między nas czaszki wielkich Polaków, rzuca kości, kamizelki, pudelmantle, żmuty, piki, szubienice i rewersy na carskie rubelki, wydobyte z niespokojnego grobu naszej przeszłości. Szepczemy poruszeni. Niektórzy, przerażeni, pytają: „Czegóż chcesz w tej egzaltacji?”. Inni oburzeni chcą tej groźnej historii zamknąć usta sądowym wyrokiem. Jeszcze inni, wyrafinowani krytycy, chcieliby jakoś unieszkodliwić te demony, które wywołuje Jarosław Marek z matecznika historii. Ci mówią: to nic, to tylko postmodernistyczna zabawa, troszkę krwawa, ale ta krew nieprawdziwa na szczęście, coś jak z Tarantino, może z Eco, a może z Haydena White’a. Narracyjne igranie z faktami.

Pokonać nierzeczywistość

A co mówi sam autor? Jak on swoją historię rozumie? Do kogo się z nią zwraca? W „Wieszaniu” Jarosław Marek zdaje się udzielać prostej odpowiedzi: pisze dla „miłośników historii ojczystej, takich, którzy lubią czytać o tym, jak wyglądało życie polskie w dawnych czasach i jak żyli nasi przodkowie, jakie mieli przygody oraz obyczaje”. A więc byłaby to tylko „historia antykwaryczna”, trochę nostalgiczna, pisana ze świadomością, że tylko to, co utracone, jest naprawdę nasze i że „nie ma raju innego niż raj utracony”. Przed Borgesem przecież odkrył to jeszcze Mickiewicz i w „Panu Tadeuszu” pokazał nasz raj utracony przeszłości, kraj lat dziecinnych, zaścianka, Kresów, Świętej Polski. Do tego nas teraz Rymkiewicz zaprasza i tym nas pociesza?

Tak. Ale nie tylko. W tym samym „Wieszaniu” oddaje istotę swoich historycznych prac bardziej dramatycznie. „Moja książka jest fragmentaryczna, zlepiona z czegoś takiego, co się rozpadło, rozłączyło, rozleciało, rozproszyło. (…) Można powiedzieć, że tak właśnie jest w życiu. (…) Jest ono tajemniczą katastrofą, albo skutkiem tajemniczej katastrofy – nastąpiła katastrofa, o której nam nic nie wiadomo, w jej efekcie coś się rozleciało na kawałki”. Rymkiewicz zbiera te kawałki po kosmicznej katastrofie, rozrywającej naszą całość, układa obok siebie fragmenty wydobyte z niespokojnego grobu przeszłości, wiedząc, że układa nie tylko historię, ale i siebie. I to podpowiada niektórym swoim czytelnikom, co kiedyś najzwięźlej wyraził inny (niemiecki) poeta: „Przepełnia nas. Porządkujemy. Rozpada się / Scalamy znowu i rozpadamy się sami.”

To jest właśnie historia. Dlatego ona nas przejmuje, bo to jest nasza historia. Można od niej uciec w rozpacz. Można machnąć na nią ręką i udawać, że nas ona nie dotyczy. I można dokonać takiego wyboru, jakiego dokonuje Jarosław Marek Rymkiewicz: wyboru historyka. Tego, który zbiera rozproszone kawałki i porządkuje, szuka wciąż swojego sensu. Autor „Wieszania” odnajduje go w Polsce. Dlaczego w niej? Może dlatego, że w jej wspaniałym trwaniu, rozpadaniu i scalaniu, na przekór najpotężniejszym imperiom najwyraźniej rozpoznać można to egzystencjalne wezwanie do oporu przeciwko siłom nicości i zapomnienia?

Mistrz Wincenty

Patronem poszukiwań historycznych Jarosława Marka wydaje się pierwszy polski pisarz, który był zarazem pierwszym dziejopisem polskim: mistrz Wincenty, po wiekach nazwany Kadłubkiem. Inna to niż u patrona bardziej uładzonych historyków cechowych, Galla Anonima, wyobraźnia, inny styl, a nade wszystko porywające, antyimperialne przesłanie i wiara w potęgę wolnego, niezwyciężonego ludu Lechitów-Polaków. To ono nade wszystko czyni z mistrza Wincentego duchowego antenata mistrza Jarosława Marka. Tu jest dowód tej ciągłości, ciągłości polskiej historii, w której sens odnajdujemy dzisiaj na kartach „Kinderszenen”, „Zborowskiego”, „Wieszania”, „Rozmów polskich latem”… Sens ten przed wiekami mistrz Wincenty wskazał w opowieści o tym, jak to wolni Lechici-Polacy starli się z samym Aleksandrem Macedońskim:

„Gdy bowiem ów sławny Aleksander (…) usiłował ściągnąć z nich trybut, (Polacy – przyp. red.) rzekli posłom: »Posłami jesteście, czy także królewskiego skarbu kwestorami?« Ci odpowiedzieli: »I posłami jesteśmy, i komornikami«. Na to tamci: »Wpierw więc – mówią – trzeba okazać posłom szczerze uszanowanie, abyśmy wspaniale przyjętych wspaniałymi uczcili darami; następnie komornikom musimy wypłacić wyznaczony trybut – należy się bowiem cesarzowi, co jest cesarskiego – aby nie spotkał nas zarzut obrazy majestatu«. Przeto głównym osobom spośród posłów najpierw żywcem połamano i powyrywano kości, potem zdarte z ich ciał skóry wypchano częściowo złotem, częściowo najlichszą trawą morską, i ten kruszec, ludzką skórą, lecz nieludzko odziany, odesłano z takim listem: »Królowi królów Aleksandrowi królewska władczyni Polska. Źle innym rozkazuje, kto sam sobie nie nauczył się rozkazywać; nie jest bowiem godzien zwycięskiej chwały ten, nad którym zgraja namiętności triumfuje. Zwłaszcza twoje pragnienie żadnego nie znajduje zaspokojenia, żadnego umiarkowania; co więcej, ponieważ nigdzie nie widać miary twojej chciwości, wszędzie żebrze niedostatek twego ubóstwa. Chociaż jednak świat nie może nasycić twojej nienasyconej żarłoczności, zaspokoiliśmy jakoś głód przynajmniej twoich (ludzi – przyp. red.). I niech ci będzie wiadome, że u nas nie ma trzosów, dlatego te oto podarki włożyliśmy w kalety twoich najwierniejszych (sług – przyp. red.). Wiedz zaś, że Polaków ocenia się według dzielności ducha, hartu ciała, nie według bogactw. Nie mają więc skąd zaspokoić gwałtownej żarłoczności tak wielkiego króla, by nie powiedzieć tak wielkiego potwora. Nie wątp jednak, że obfitują oni w prawdziwe skarby młodzieży, dzięki której można by nie tylko zaspokoić, lecz całkowicie zniszczyć twoją chciwość razem z tobą«.”

Wiara w Lechitów

Nie tak ważna wydaje się dołączona do tego listu opowieść o tym, jak to potem fortelem udało się pokonać wojska rozjuszonego takim potraktowaniem swoich posłów Aleksandra. Ważna jest niezwykła, na tle powszechnego także w średniowieczu uwielbienia dla postaci genialnego Macedończyka, krytyka jego podbojów, niepohamowanej żarłoczności imperium. Polacy-Lechici, walcząc o swą wolność, rozbijają roszczenia kolejnych Aleksandrów do uniwersalnego panowania, o Polaków rozbijają się kolejne imperia. Jak wymyślony przez Kadłubka Lestko (Leszek) I pokonuje chciwość Macedończyka, tak rządy Wandy, córki Krakusa, prowadzą do zwycięstwa nad „tyranem niemieckim”, a Leszek III kładzie granice panowaniu samego Cezara. Mistrz Wincenty szukał swoistego sensu opowiadanej przez siebie historii Polaków w konsekwentnej obronie nie tylko suwerenności zewnętrznej – między imperiami, ale i wolności obywateli (czyli rycerskiej elity) od samowoli własnego władcy. Wzór dał w osobie pierwszego legendarnego władcy: Kraka-Grakcha. Wybrać miał go wiec wolnych Polaków po złożeniu przez kandydata do tronu obietnicy, że „nie królem będzie, lecz wspólnikiem królestwa”. Władca miał współrządzić z obywatelami, w oparciu o państwowe prawo, które winno stać na straży sprawiedliwości.

Takiej też Polski szuka Jarosław Marek Rymkiewicz w niespokojnym grobie jej historii. I nas tam wprowadza.

Prof. Andrzej Nowak


Artykuł jest zredagowanym i skróconym przez Autora zapisem jego referatu wygłoszonego tydzień temu w ramach Festiwalu Rymkiewiczowskiego w Milanówku.

Prof. Andrzej Nowak jest historykiem, wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Arcana”.

Tags: , , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=62924 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]