Aktualizacja strony została wstrzymana

Uniwersytety czy chedery? – Stanisław Michalkiewicz

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci – powiada polskie przysłowie, zaś wymowni Francuzi podobną myśl wyrażają inaczej: kto raz był królem, ten zawsze zachowa majestat. A zatem czy ktoś, kto w młodości nasiąknął atmosferą totalniactwa, rzeczywiście skazany jest dożywotnio na totalniactwo? Tego nie wiemy, podobnie jak nie wiemy, czy totalniactwo jest dziedziczne. Są wyjątki, ale czy świadczą one o braku reguł, czy też przeciwnie – potwierdzają regułę? Coś musi być na rzeczy, bo w przeciwnym razie skąd brałoby się wśród naszych postępaków przekonanie, jakoby tworzyli środowisko nie tylko „ludzi rozumnych”, ale również – „przyzwoitych”?

Totalniacy, ma się rozumieć, wcale się ze swoim totalniactwem nie afiszują. Przeciwnie – taki na przykład Józef Stalin, przemawiając na wiecu wyborczym pierwszego stalinowskiego okręgu wyborczego miasta Moskwy, zachwalał demokrację, twierdząc, że „nigdy i nigdzie nie było takiej demokracji, jak nasza”. W pewnym sensie miał rację, ale jestem pewien, że nie o taki sens mu chodziło i dlatego aż po dzień dzisiejszy uczniowie Ojca Narodów chętnie drapują się w kostiumy płomiennych szermierzy wolności. Cóż jednak z tego, skoro kiedy tylko otworzą otwór gębowy swojej twarzy, natychmiast totalniactwo zaczyna z nich wyłazić wszystkimi porami?

Oto gazeta pod redakcją pana red. Adama Michnika skarciła Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, że „promuje” teorię o wybuchach w Smoleńsku, która przecież jest „kontrowersyjna”. Wprawdzie UKSW tylko udzielił gościny naukowcom, którzy w sprawie przyczyn katastrofy w Smoleńsku ośmielają się mieć zdanie odmienne od zatwierdzonego przez Rosjan i podanego do wierzenia naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu przez rząd premiera Tuska i jego klakierów – ale autor tej notatki najwyraźniej jest święcie przekonany, że uniwersytety powinny unikać stykania się z opiniami „kontrowersyjnymi” nawet przez papierek, a jeśli już w ogóle dopuszczają do wygłaszania na swoim terenie jakichś opinii, to powinny to być wyłącznie poglądy zatwierdzone. Przez kogo zatwierdzone? To nie jest do końca jasne, ale najprawdopodobniej przez jakichś cadyków, którzy suflują „przyzwoitym”, co i jak mają myśleć, no i mówić, pod rygorem wykluczenia ze stada „ludzi rozumnych” – bo u postępaków skwapliwe posłuszeństwo wobec „mądrości etapu” jest kartą wstępu do stada. Ta tresura w totalniactwie, zwłaszcza w przypadku ambitnych mikrocefali, przynosi znakomite rezultaty. Na przykład pewien lubelski bakałarz, występując przed tamtejszym niezawisłym sądem w charakterze biegłego, stwierdził, że użycie słowa: „Anschluss” na określenie przyłączenia Polski do Unii Europejskiej powinno być karane sądownie.

Właśnie przez media przetacza się dyskusja o upadku kształcenia nie tylko szkolnego, ale i uniwersyteckiego. Jakże jednak ma być inaczej, skoro za przyczyną totalniaków, którzy swoim rasowym i kulturowym obsesjom za pośrednictwem eurokołchozu nadają rangę norm prawnych, za którymi stoi przemoc państwa, uniwersytety przekształcają się w chedery? Tradycyjny uniwersytet był otwarty na wszystkie hipotezy, bo jedynym kryterium ich oceny była prawda. Teraz na uniwersytetach utytułowani hochsztaplerzy nauczają, iż prawdy nie ma, nie zauważając nawet, że w takim razie przynajmniej to zdanie musi być prawdziwe – więc miejsce prawdy zajmuje polityczna poprawność. W rezultacie uniwersytety przekształcają się w chedery, w których o żadnej „kontrowersyjności” nie może być mowy, bo tam nauczanie polega na mechanicznym powtarzaniu za mełamedem zatwierdzonych formuł.

Stanisław Michalkiewicz

.