Wesoło, coraz weselej?

Czasy zrobiły się tak ciekawe, że już nie tylko „Wprost” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/10/kwestia-badan-cia-ofiar-tragedii.html) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/10/koniec-milczenia.html), ale i „Newsweek” (o czym poniżej) zabiera się ni stąd ni zowąd za „temat smoleński” (czego nie zauważył na razie „Nasz Dziennik” odwołujący się zwykle do własnych materiałów), wobec tego przebudziło się naraz najnowsze „Uważam Rze” (42/2012), które też w tej materii dołączyło do mainstreamowych tygodników. Kto wie, czy nie jesteśmy świadkami jakiegoś szerszego przebudzenia, skoro w finale rozmowy mec. S. Hambury z pp. Karnowskimi, tenże pierwszy powiada: „prawdę znają Amerykanie i inne służby. Odpowiedź pewnie nas przerazi, co jest jakimś wytłumaczeniem ich milczenia”.

Zarówno z opowieści Hambury, jak i z tekstu M. Pyzy (zamieszczonych w tym samym n-rze) wyłania się obraz przedziwnych zachowań ludzi zajmujących się oficjalnie śledztwem. Nie tylko bowiem powraca sprawa tego, iż już pod koniec kwietnia 2010 wiedziano w Moskwie, że „ciało oznaczone numerem 21 nie jest ciałem Anny Walentynowicz, lecz innej ofiary katastrofy wskazanej z imienia i nazwiska”, zaś w Polsce tą bulwersującą sprawą zajęto się dopiero dobre dwa lata później – ale też powraca to, jak postępują sami prokuratorzy: „byłem zaskoczony postępowaniem prokuratorów wojskowych, wyraźnie niestety niezainteresowanych przebiegiem prac (medyczno-sądowych po ekshumacjach – przyp. F.Y.M.). Oni przecież powinni uważnie obserwować biegłych, wypytywać ich, być blisko, być czujnymi, szukać wskazówek. Ale założyli maseczki ochronne na nos oraz usta i stali głównie na uboczu. Jakby to chcieli odbębnić, i tyle. (…) To ja musiałem wymusić badanie aparatem rentgenowskim. Im nie przyszło to do głowy, choć powinno być w standardzie.”

Co do standardów właśnie (i nawiązując w tym miejscu do tytułu mojego posta), rąbka tajemnicy uchyla M. Pyza, który opisuje atmosferę panującą podczas wrocławskich badań: „Weszliśmy w posiadanie dokładnej dokumentacji dotyczącej tych czynności. Ten materiał zaskakuje. Przede wszystkim atmosferą, jaka panowała w sali Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Chwilami zbyt pogodną jak na sekcję zwłok – z ekspertami dość wesołym tonem opisującymi badane ciało. Medycy zwracają się do pani antropolog niczym w rozrywkowym programie telewizyjnym, a nie jak przy prokuratorskiej czynności dowodowej. Są w dobrych humorach. (…) Momentami salę Zakładu Medycyny Sądowej wypełnia nawet śmiech.”

Wydawać by się mogło, że gdzie jak gdzie, lecz na sali prosektorium zbyt wesoło zwykle nie jest, a już na pewno nie powinno być w ogóle wesoło podczas badań medyczno-sądowych związanych z tak tragiczną historią, jak ta z 10 Kwietnia. A tu wprost przeciwnie. Wesoło. Jakby tego było mało, to prokuratorzy zajmują postawy, jakby niespecjalnie interesowali się sprawą – choć przecież od miesięcy, jeśli nie lat, wiadomo o lukach w dokumentacji i materiale dowodowym, a więc dokładne przeprowadzenie badań poekshumacyjnych powinno być priorytetem na obecnym etapie śledztwa. A tu znowu nie. Czy ta beztroska nie jest zdumiewająca i zupełnie nieadekwatna do sytuacji? Czy to nie jest czasem tak, że część osób brała już jakiś czas wcześniej udział w tego rodzaju badaniach (tylko, że przeprowadzono je w sposób niejawny) i stąd obecnie zachowują się te osoby, jakby uczestniczyły w jakiejś komedii?

Intrygująco w tym zestawieniu prezentuje się relacja Wiktora Kołkutina „gł. eksperta ds. medycyny sądowej ministerstwa ochrony zdrowia Federacji Rosyjskiej”, który „od lipca 2009 do grudnia 2010 roku był dyrektorem Rosyjskiego Centrum Medycyny Sądowej” i miał brać udział w identyfikacjach w moskiewskiej kostnicy (rozmowę przeprowadza Nino Dżikija) zamieszczona w najnowszym „Newsweeku” (42/2012). Na pytanie, jak mogło dojść do słynnej zamiany ciał, odpowiada, że „Takich pytań nie należy zadawać Rosjanom. Nie odprowadzaliśmy polskich trumien aż do mogił, w których spoczęły”. Czyżby to nie był kamyczek wrzucony do polskiego ogródka?

Wracając jednak do 10-04. Kołkutin mówi: „Na początku nikt nie wiedział, gdzie odbędzie się identyfikacja zwłok: na miejscu w Smoleńsku czy w Moskwie. Mniej więcej ok. godz. 16 mieliśmy już wstępne rozeznanie, w jakim stanie są ciała. Zrozumieliśmy, że konieczne będą badania DNA. Dlaczego? Ciała były bardzo rozdrobnione. Jasne stało się również, że bezbłędnie zidentyfikować taką liczbę zwłok w bardzo krótkim czasie można było jedynie w Moskwie”.

Na pytanie zaś: „W jakim stanie były ciała?” (dostarczone do moskiewskiej kostnicy) Kołkutin odpowiada: „Ponad dwie trzecie można było rozpoznać bez większego trudu. Nawet jeśli twarz była zdeformowana, ciało było w jednym kawałku.” Nasuwa się zatem pewna, chyba oczywista, wątpliwość – tej natury: na „miejscu katastrofy” ciała, jak informowano Kołkutina, były „bardzo rozdrobnione”, zaś w moskiewskiej kostnicy „ponad dwie trzecie można było rozpoznać bez większego trudu”? To ile ciał było „w jednym kawałku”, a ile zdefragmentowanych, skoro stwierdza on pod koniec wywiadu: „Mieliśmy 96 ciał i ponad 600 fragmentów”? Wedle relacji Kołkutina: „ekspercka identyfikacja potrwała zaledwie cztery dni. Kilka dni później dostarczono też badania DNA. Nie było takiego precedensu w Rosji. Dla porównania, identyfikacja ofiar po zatonięciu Kurska trwała ponad miesiąc. Identyfikacja ciał w tych warunkach to prawdziwy majstersztyk” – w co nikt nie wątpi, sądzę, choć, jak pamiętamy z relacji części rodzin „smoleńskich”, niektórych ciał nie okazano przybyłym do moskiewskiej kostnicy Polakom w ogóle, bo się „nie znalazły”, zaś dokumentacja medyczno-sądowa dotycząca „zidentyfikowanych” zawiera rozliczne błędy. I jeszcze to skojarzenie z Kurskiem. „Normą jest, że w takich sprawach rodziny zgłaszają wątpliwości nawet po latach. Podobnie było w wypadku zatonięcia okrętu podwodnego Kursk. Tak już jest skonstruowana psychika ludzka.”

Z tego, co wiemy, to przynajmniej części ludziom uwięzionym w łodzi podwodnej można było pomóc, nim zginęli. Ale chyba nie o takie porównanie chodziło Kołkutinowi. Stwierdza on a propos robót w moskiewskiej kostnicy: „Wszystko było zrobione w ekspresowym tempie. To był ogrom materiału”, choć nie wyjaśnia, skąd i dlaczego ten nadzwyczajny pośpiech. Podobny do tego, z jakim czyszczono już 10 Kwietnia „miejsce katastrofy”. I to także na wesoło, co widzieliśmy na niejednym zdjęciu (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/smiech.html) (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-Aneks-2.pdf, s. 14).

FYM

Za: FYM Report (15/10/12) | http://fymreport.polis2008.pl/?p=7857

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content