Czy prokuratura zna notes Kopacz?

Z Antonim Wolańskim, bratem ciotecznym Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej, wiceprezes Fundacji Golgota Wschodu, rozmawia Marta Ziarnik

Andrzej Seremet obciążył odpowiedzialnością za zamianę ciał ofiar katastrofy smoleńskiej – pani Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej i Anny Walentynowicz – rodziny. „Przyczyną pierwotnej nieprawidłowej identyfikacji wspomnianych dwóch ciał ofiar katastrofy było nietrafne ich rozpoznanie przez członków rodzin” – mówił w Sejmie prokurator generalny.

– Na pewno nie może być mowy o pomyłce z naszej strony, ani ze strony panów Walentynowiczów. Nie godzę się na to, żeby mówiono, że to rodziny popełniły błąd podczas identyfikacji. Ja, jako tzw. niewierny Tomasz, zawsze mam wątpliwości. I zawsze patrzę na to, czy przypadkiem nie popełniłem jakiegoś, nawet najdrobniejszego błędu. Dlatego zawsze wszystko dokładnie sprawdzam. I dlatego, choć byliśmy – bo na identyfikację poleciałem razem z kuzynką Agnieszką Surmacką i jej bratem Jerzym Wojtczakiem – na 99 proc. pewni podczas identyfikowania Teresy, to jeszcze poprosiliśmy panią Ewę Kopacz o przeprowadzenie dodatkowego badania DNA.

Dlaczego?

– Bo rozpoznawaliśmy Teresę Walewską-Przyjałkowską po znakach szczególnych, w tym m.in. po włosach i zniekształceniach palców stóp, gdyż zostało nam pokazane ciało kobiety bez twarzy. Halluksy, czyli owe zniekształcenia palców stóp, o których wspomniałem, jednak nie są stuprocentowym wyznacznikiem i powiedzieliśmy, że jesteśmy w 99 proc. pewni, że to Teresa. Stwierdziliśmy, że na wszelki wypadek trzeba przeprowadzić badania genetyczne, żeby być pewnym na 100 procent. Więc zgłosiliśmy taką wątpliwość i prośbę pani minister Ewie Kopacz.

Kiedy to było?

– W nocy z wtorku na środę, czyli z 13 na 14 kwietnia. Mówiąc precyzyjniej, była to już środa, bo było po północy.

Jak na to zareagowała ówczesna minister zdrowia?

– Przyjęła to do wiadomości, zapisała sobie i na tym skończyła się nasza rozmowa z panią Kopacz.

Byli Państwo pewni, że to badanie będzie wykonane?

– Tak. Nasza ewentualna wątpliwość została rozwiana kilka godzin później, tuż przed naszym powrotem do Polski.

To znaczy?

– Rano, gdy byłem jeszcze w pokoju hotelowym, otrzymałem telefon od jednego z polskich urzędników, że wszystko jest w porządku. I że dokumenty są już gotowe.

Jak długo szukali Państwo swojej krewnej?

– Wszystko zajęło nam w sumie prawie trzy dni. Do Rosji przyjechaliśmy w poniedziałek wieczorem, bo choć mieliśmy wylecieć z Warszawy około godziny 8.00 rano, to wystartowaliśmy dopiero koło godziny 15.00. Do hotelu też dotarliśmy bardzo późno, bo z lotniska Moskwa-Domodiedowo też był kawał drogi. I ponieważ była już grupa ludzi, którzy przylecieli dzień wcześniej na rozpoznanie swoich bliskich, najpierw z nimi była odprawa, a dopiero później z nami. I podczas odprawy powiedziano nam, co będzie się działo następnego dnia, o której zbiórka itd. We wtorek rano pojechaliśmy do tego instytutu, gdzie odbywały się rozpoznania. Rozpoznawanie ciał w naszym wypadku trwało około 8 godzin. Na początek zostaliśmy przepytani na okoliczność tego, kim jesteśmy i jaki stosunek łączył nas z ofiarą, jak nasza krewna wyglądała, w co była ubrana i jakie znaki szczególne posiadała itp. Kiedy już to wszystko dopełniliśmy, koło południa pokazano nam pierwsze ciało. Od razu, w ciągu nie więcej niż pięciu sekund, rozpoznaliśmy panią Annę Walentynowicz. Zarówno ja, jak też Agnieszka i Jerzy nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że to nie jest Teresa, tylko pani Walentynowicz. I na tym się skończyło rozpoznawanie tego ciała. Przy czym akurat tutaj powiedzieliśmy więcej niż przy kolejnych rozpoznaniach, bo dwóch osób, które nam następnie pokazywano, nie znaliśmy. Wtedy nastąpiła dłuższa przerwa, podczas której nic się nie działo. W pewnym momencie postanowiliśmy jeszcze raz przejrzeć leżące na jakimś stole wydrukowane z komputera zdjęcia przedmiotów znalezionych na miejscu katastrofy. Zaczęliśmy je przeglądać i żadnych charakterystycznych przedmiotów, które należały do Teresy, nie było na zdjęciach (na marginesie dodam, że te rzeczy znalazły się dopiero później i rozpoznaliśmy je już w Mińsku Mazowieckim, po czym po kilku dniach zostały mi przekazane wraz z protokołem). Zwróciliśmy jednak uwagę na zdjęcie obrączki, gdyż Teresa nosiła dwie – jedną po rodzicach, a drugą po swoim małżeństwie. A ponieważ w tamtym czasie obrączki były raczej znormalizowane i wszystkie wyglądały tak samo, istniało prawdopodobieństwo, że mogła należeć do Teresy. Obrączka była oznaczona numerem N95.

To był numer przypisany do danej osoby, przy której znaleziono przedmiot?

– Dokładnie. Dlatego poprosiliśmy o okazanie nam ciała N95.

I to była pani Teresa?

– Przywieziono nam ciało, które było bez twarzy. I jak już mówiłem, włosy nam się zgadzały, podobnie bardzo charakterystyczne halluksy. Całe ciało było jednak przykryte czymś ciemnym i nie żądaliśmy jego obnażenia, dlatego powiedzieliśmy, że na 99 proc. to jest Teresa.

I co się wówczas działo?

– Nasze rozpoznanie zostało opisane. Później przyszedł kapelan – a to było już dosyć późno, gdyż byliśmy już chyba ostatnimi, którzy przeprowadzali identyfikację tego dnia – odmówiliśmy więc krótką modlitwę nad ciałem. Następnie udałem się na pobranie krwi celem porównania genetycznego – ostatecznie jednak od tego odstąpiono. W tym samym czasie Agnieszka i Jurek wybrali przyodzianie dla Teresy, po czym jej ciało zostało przewiezione do innego pomieszczenia, gdzie mieli ją włożyć do trumny. I na tym się ta identyfikacja skończyła, i więcej nam nie pokazano ciała. Nie byliśmy przy wkładaniu Teresy do trumny.

Później ktoś z prokuratorów spotkał się z Państwem?

– Tak. Po jakimś czasie odbyło się spotkanie z panią prokurator z Rosji, podczas którego chciała m.in. rozdać rzeczy, które zostały znalezione przy zmarłych. Mnie została wręczona ta obrączka ze zdjęcia, na co zaprotestował pan Walentynowicz, mówiąc, że to jest obrączka jego mamy. Ta obrączka była bardzo zniszczona i nie dało się za bardzo odczytać wyrytej na niej daty ślubu. Pomęczyliśmy się trochę z tym, porobiliśmy zdjęcia aparatami i następnie powiększaliśmy miejsce graweru. Wspólnymi wysiłkami udało nam się jakoś odczytać datę i okazało się, że była tam data ślubu pani Anny Walentynowicz. Stwierdziliśmy więc, że trzeba tę obrączkę oficjalnie przekazać panu Walentynowiczowi, na co pani prokurator stwierdziła, że nie ma takiej potrzeby i że to już jest nasza sprawa. Uparłem się jednak i powiedziałem, że trzeba to jakoś oficjalnie odnotować, więc w końcu gdzieś to zostało odnotowane i podpisane. Chcę jeszcze dla wyjaśnienia podkreślić, że ta obrączka nie była dla nas elementem identyfikującym Teresę. Był to tylko przedmiot i nie mógł być podstawą ewentualnego wycofania się z naszych rozpoznań.

Kiedy dowiedzieli się Państwo, że odbędzie się ekshumacja Pani Teresy?

– Pismo z prokuratury otrzymałem 28 sierpnia. Wcześniej, chyba 22 sierpnia, zostałem powiadomiony telefonicznie, że ekshumacja się odbędzie. Samo zaś pismo „o zarządzeniu wyjęcia zwłok z grobu” było podpisane 8 sierpnia 2012 r. przez prokuratora ppłk. Roberta Pyrę.

Wiedział Pan, że równocześnie odbędzie się ekshumacja Anny Walentynowicz?

– Nie. O ekshumacji pani Walentynowicz dowiedziałem się dopiero 29 sierpnia w prokuraturze.

Jak więc Pan zareagował na informację o możliwości zamiany ciał obu pań?

– Mówiąc szczerze, to kiedy dowiedziałem się o podejrzeniu zamiany ciała Teresy z panią Walentynowicz, to pomyślałem sobie, że to trochę bez sensu. Źe wszystkiego bym się spodziewał, ale nie czegoś takiego. Przecież pani Walentynowicz była łatwo rozpoznawalna. Co innego jakieś ciało X (mocno uszkodzone) i ciało Teresy, czyli mojej siostry ciotecznej.

Co, Pana zdaniem, mogło doprowadzić do tej makabrycznej pomyłki?

– Naprawdę nie wiem. Przedstawione ciało N95 rozpoznaliśmy jako Teresę Walewską-Przyjałkowską. Kontakt z ciałem zakończył się przy modlitwie z kapelanem, po czy nie mieliśmy z nim więcej kontaktu. Nie wiemy też, co działo się z ciałem pani Walentynowicz po jej rozpoznaniu przez naszą trójkę na początku. Podkreślam, że po rozpoznaniu nie mieliśmy kontaktu z ciałem. I naprawdę nie wiem, w którym momencie nastąpiła fizyczna zamiana ciał. Jedyne, co mogę stwierdzić, to to, że my z tym nie mogliśmy mieć nic wspólnego.

Jak dziś ocenia Pan współpracę z panią Kopacz?

– Trudno oceniać pracę kogoś, jeżeli ma się z tą osobą tylko kontakt incydentalny.

Jakich błędów dopatrzył się Pan po stronie Rosji, a jakich po stronie Polski?

– Co do służb rosyjskich nie mogę raczej nic konkretnego powiedzieć. Moja ocena oparta jest jedynie na podstawie bezpośredniego kontaktu z rosyjskimi prokuratorem, psychologiem i obsługą hotelową. Przez nich byłem traktowany dobrze. Z innymi służbami nie mieliśmy kontaktu.

Co do błędów po stronie polskiej mogę zaś powiedzieć, że w owym czasie nie istniała żadna służba kryzysowa. Wszystko było jedną wielką improwizacją. I dlatego moje zaufanie do służb państwowych znacznie spadło. Porażające było też tempo działania prokuratury. Pierwszy raz przesłuchano mnie w tej sprawie dopiero 14 miesięcy po katastrofie. Brakuje mi m.in. rozmowy z naszymi prokuratorami po ekshumacji nad zgromadzoną dokumentacją, tak aby można było jeszcze raz na to wszystko spojrzeć z dystansem i wyjaśnić, co, kiedy i dlaczego się stało. Stwierdzenia pana Seremeta bolą, szczególnie bez takiej rozmowy.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Ziarnik

Za: Nasz Dziennik, Czwartek, 11 października 2012, Nr 238 (4473) | http://www.naszdziennik.pl/wp/12119,czy-prokuratura-zna-notes-kopacz.html

Skip to content