Oszukana załoga PŹM?

Z dyrektorem naczelnym Polskiej Źeglugi Morskiej w latach 1998-2005 i prezesem Agencji Rozwoju Przemysłu (2006-2007), Pawłem Brzezickim, rozmawia Wiesława Mazur

– Rząd dąży do prywatyzacji Polskiej Źeglugi Morskiej, przedsiębiorstwa państwowego. Można powiedzieć, że kolejny raz mamy tzw. powtórkę z rozrywki. Firma należy do jednych z naszych ostatnich rodowych sreber, które jakoś się ostały. Chodzi o największego armatora nie tylko w Polsce, ale i jednego z największych w Europie. Dużo dyskutuje się o prywatyzacji tego przedsiębiorstwa. Załogi pływające na statkach Źeglugi Polskiej, należącej do PŹM, nie zawsze są w stanie dowiedzieć się, co ustalają w zaciszu gabinetów, tymczasem okazuje się, że spółka Polskie Przedsięwzięcie Źeglugowe działająca w formule otwartej dla pracowników PŹM zmienia charakter, mają być do niej dopuszczone również osoby prawne spoza Grupy PŹM. Jak Pan to ocenia?

– Oceniam tak, że Polskie Przedsięwzięcie Źeglugowe przestaje być spółką pracowniczą, którą było. Kto rozgłasza informacje, że nią nadal będzie, mówi bzdury. W świetle dokumentu „Umowa spółki Polskie Przedsięwzięcie Źeglugowe Sp. z o.o.” z dnia 30 czerwca do PPŹ może wejść każdy kapitał, byle został sformalizowany. Zmierzają do brutalnej prywatyzacji korporacyjnej. Spółka pracownicza to tylko szyld, maska! Co prawda, zgodnie z wprowadzonymi zmianami w spółce mogą uczestniczyć emeryci. Niech mi jednak ktoś znajdzie portfel takiego emeryta, który byłby w stanie konkurować z potężnym kapitałem korporacyjnym.

– Mówi Pan, że dopuszczenie do Polskiego Przedsięwzięcia Źeglugowego kogoś spoza PŹM wcześniej nie było to możliwe?

– Absolutnie. Pracownicy PŹM mogą być wyprowadzeni w pole. Zburzona została cała koncepcja, w myśl, której powołano w 2004 r. Polskie Przedsięwzięcie Źeglugowe. PPŹ powstało w 2004 r. – jest to podmiot forsowany do prywatyzacji przez polityków i dyrekcję firmy, który ma przejąć majątek PŹM. W powołaniu spółki PPŹ wzięło udział kilkunastu pracowników PŹM. Spółka funkcjonowała w otwartej formule dla zatrudnionych w PŹM, właścicielem jej udziałów mogli być tylko i wyłącznie pracownicy PŹM. Udział kosztował 500 zł, kto chciał, ten mógł go kupić. Teraz do przedsięwzięcia żeglugowego każdy może wejść, jeśli na przykład założy sobie spółkę, która niekoniecznie musi być zarejestrowana w naszym kraju. Minister skarbu lub inne osoby będą mogły umieścić w PPŹ takiego inwestora, jakiego tylko zechcą.

– Co może Pan powiedzieć o obecnej kondycji finansowej Polskiej Źeglugi Morskiej?

– Nie pracuję w tym przedsiębiorstwie od dawna, ale z tego co słyszę, nie jest tam najlepiej. Firma w momencie mojego odejścia reprezentowała wartość ok. 1,5 mld dolarów, a na jej kontach było grubo powyżej 100 mln dolarów wolnych środków. Rentowność PŹM wynosiła wtedy kilkadziesiąt procent. Śmiem twierdzić, że obecna sytuacja ma się nijak do tej sprzed lat.

– W 1998 r. cudem wyprowadził Pan PŹM z odmętu, wówczas prawdopodobieństwo upadku firmy – jak szacowali eksperci – wynosiło 98 proc.


– Rzeczywiście, wartość przedsiębiorstwa była wtedy bliska zeru. Jeżeli prawdopodobieństwo plajty okazuje się większe niż 50 proc., należy ogłosić upadłość, ponieważ koszty ratowania firmy są większe niż jej majątek. A o cudach proszę nie mówić. To była ciężka harówka po kilkanaście godzin na dobę, przez kilka lat moja i innych ludzi, dlatego boli mnie, że w PŹM jest dzisiaj podobnie, jak czternaście lat temu, a Polskie Przedsiębiorstwo Źeglugowe przestaje być spółka pracowniczą. To jest wobec tej załogi, która wzięła na siebie ciężar ratowania przedsiębiorstwa, po prostu nie fair. Dodam, że obecni PŹM zajmowali wówczas lukratywne, terminowo płatne stanowiska za granicą.

– Kierownictwo PŹM informuje o wprowadzaniu do floty coraz to nowych statków.

– Myślę, czego bez aktualnych dokumentów nie udowodnię, że przewozy przynoszą straty. Firma ma nowe statki kupione za bardzo wysokie ceny i na kredyt. Kredyty zostały zaciągnięte na wysokim rynku, a muszą być spłacane obecnie, kiedy rynek jest niski. Moim zdaniem może to spowodować trudności płatnicze. W czasie hossy kierownictwo PŹM sprzedało kilkanaście jednostek, które jeszcze mogły pływać i z pewnością wtedy znalazłyby zatrudnienie. A była to hossa niebywała, najwyższa w powojennej historii. Ceny statków poszły w górę kilkakrotnie, można było wstrzymać się z zakupami. Obecne kierownictwo PŹM zastało zapasy pieniędzy w kasie, jednak zapasy mają to do siebie, że się kończą.

– Jaki może być rozwój wydarzeń?

– W przedsiębiorstwie wytworzyła się sytuacja sprzyjająca prywatyzacji. Być może tak, że mogą być takie naciski w celu ratowania miejsc pracy W chińskie stocznie wpompowanych zostało ponad miliard państwowych pieniędzy, a polskie upadły. Ani stoczni w Szczecinie, ani w Gdyni nie zapytano, czy zbudowałyby statki dla PŹM. Odpowiedziałyby, że z chęcią. Wiem o tym, ponieważ byłem wtedy prezesem Agencji Rozwoju Przemysłu i pełniłem wobec tych stoczni obowiązki właściciela.

– W PŹM twierdzą, że pytali…

– Jeśli tak mówią, to kłamią. Dotarły do mnie sygnały, że za zagranicznymi zamówieniami mogą kryć się wysokie prowizje.

– Są dowody?

– Odpowiednie papiery zostały dostarczone właściwym organom. I nic. Jedna ze stoczni chińskich expressis verbis napisała, że negocjujący kontrakt na budowę statków dla PŹM, domagali się zwiększenia cen za zbudowane statki o kilka milionów dolarów.

– Dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się w najnowszym numerze tygodnika „Nasza Polska” Nr 35 (878) z 28 sierpnia 2012 r.

Za: Nasza Polska | http://www.naszapolska.pl/index.php/component/content/article/38-ekonomia/3282-oszukana-zaoga-pm

Skip to content