Sanatorium pod esbekiem

Za komuny ośrodek wczasowy Radiokomitetu. W czasie stanu wojennego zmilitaryzowany obóz internowania dla blisko 400 działaczek Solidarności i opozycji. Po „transformacji” sanatorium, którego właścicielem jest były oficer SB. Gołdap – metafora III RP jak na dłoni.

Plac Zwycięstwa, centrum Gołdapi. Słoneczny dzień. Sporo ludzi siedzi na ławkach wokół imponującej fontanny. – O widzi pan, przed chwilą przechodził były współpracownik tego ubeka. Tam też widzę kogoś z jego zaufanych, więc lepiej poszukajmy jakiegoś ustronnego miejsca na rozmowę – mężczyzna wciąż rozgląda się nerwowo.

W wolnej Polsce, 23 lata od chwili, gdy podobno mieliśmy znaleźć się „we własnym domu”, jedni mają tej własności w nadmiarze. Innym zostają ławki w parkach na rozmowę przeprowadzaną niemal w konspiracyjnym tonie. Bo w kilkunastotysięcznej Gołdapi Ryszard Tymofiejewicz, dawny oficer SB, to dzisiaj człowiek-instytucja. Ma świetnie prosperującą firmę „Wital”, która prowadzi sanatorium i szpital uzdrowiskowy. Zakład produkcji profili okiennych w specjalnej strefie ekonomicznej. Pieniądze, możliwości zatrudniania ludzi na terenie, gdzie pracy nie ma w nadmiarze. Wreszcie – wpływy w mieście i regionie, o których ludzie mówią tylko półgębkiem i niechętnie. Bo „Ruski”, jak niektórzy go z przekąsem nazywają, wciąż woli pozostawać postacią z cienia.

Ludzie wciąż się go boją

Trudno w miasteczku spotkać kogoś, kto chciałby mówić o nim otwarcie. Do tego pod własnym nazwiskiem. Wiadomo: pan Ryszard może zaszkodzić. Monika Kolankiewicz przeżyła rewizję, którą w jej domu przeprowadzał Tymofiejewicz. Niechętnie jednak mówi o tamtych czasach. W jej głosie słychać wciąż silne emocje na wspomnienie przeszłości. – Zapamiętałam, że był nieprzyjemny, taki gorliwy. Chciał mieć wyniki. Potem słyszałam, że jego nazwisko łączono z Jerzym Urbanem. Może dlatego tak gładko mu poszło z kupieniem byłego ośrodka telewizji – zastanawia się pani Monika. O uwłaszczonym w III RP esbeku chce mówić pan Jacek. Ale incognito i zastrzegając, że nie wie zbyt wiele. Spotykamy się w sercu miasta, na placu Zwycięstwa. – O widzi pan, przed chwilą przechodził były współpracownik tego ubeka. Tam też widzę kogoś z jego zaufanych, więc lepiej poszukajmy jakiegoś ustronnego miejsca – mężczyzna wciąż rozgląda się nerwowo. Wie, że na początku Tymofiejewicz dobrał miejscowego wspólnika, potem interes z sanatorium przejął samodzielnie. – Na turnusie mają tam nawet po 600 osób. Umowy z NFZ, ZUS i KRUS. Świetny zarobek, wystarczy policzyć. Ale ludzie narzekają na warunki, jest ciasno, pokoje zagęszczone. Część kuracjuszy dowożą tylko z hoteli w mieście na zabiegi – opowiada. Wie, że ostatni gołdapski esbek pochodzi z Białegostoku. Słyszał, że jego syn podobno pracuje w Biurze Ochrony Rządu. – Ten pan Ryszard kiedyś miał skromne mieszkanie w mieście, na ulicy Jaćwieskiej. Teraz mieszka „na bogato” w domu obok sanatorium. Coś w końcu trzeba robić z pieniędzmi, nie? Ma firmę w specjalnej strefie ekonomicznej. Ludzie opowiadają o nim, że jest najbogatszy w Gołdapi. Podobno ma nawet własny samolot, ale czy to prawda? – zastanawia się mężczyzna. O Tymofiejewiczu mówi trochę z niechęcią, trochę z podziwem, nazywając go „Ruskim”. – To raczej nieprzyjemny facet, ogólnie bardzo nielubiany. Ale w oczy nikt tego mu nie powie, bo ludzie się go boją – przyznaje pan Jacek.

Głodówki w „złotej klatce”

Wśród wielu byłych internowanych w obozie w Gołdapi panuje przekonanie, że obecny pan i władca ośrodka był w stanie wojennym jego komendantem. To jednak błędna opinia, którą tłumaczy pewnie upływ czasu. – Nigdy komendantem nie był. Zresztą już parę razy wcześniej publicznie prostowałem tę informację – mówi dr Marcin Zwolski z białostockiego IPN. Jest współautorem publikacji na temat obozu internowanych w Gołdapi. Ośrodek powstał w zmilitaryzowanym obiekcie wczasowym reżimowych związków zawodowych ówczesnego Radiokomitetu. Położony w pięknym lesie z mikroklimatem, tuż nad malowniczym jeziorem Gołdap. Po 13 grudnia 1981 r. komuniści postanowili uwięzić tutaj działaczki Solidarności i opozycjonistki z całej Polski. Siedziały tu m.in. Anna Walentynowicz, Joanna Duda-Gwiazda, Halina Mikołajska, Ewa Tomaszewska, Alina Pieńkowska i Grażyna Kuroń. Początkowo planowano, że w obozie przebywać będzie dwieście pań, skończyło się na blisko czterystu, przywiezionych w 50 transportach. Pierwsze internowane trafiły do Gołdapi 6 stycznia 1982 r. Ostatnie uwięzione opuściły obóz 24 lipca tego samego roku. Funkcję komendantów pełnili oficerowie Służby Więziennej z Olsztyna. Kolejno: kpt. Kazimierz Rolka, kpt. Juliusz Pobłocki i por. Kazimierz Paluszewski. – Na początku starali się narzucić prawdziwie więzienny reżim. Wszystkie pokoje były zamknięte, a na każdym piętrze dyżurowała strażniczka. Nie wolno nam było poruszać się poza pokojami, okna zostały zabite deskami. Próbowano nawet wprowadzić poranne apele, jak w więzieniu. Ostatecznie jednak trochę zelżało i potem warunki były nawet znośne – opowiada Barbara Napieralska, internowana 14 grudnia 1981 r., która w Gołdapi uczestniczyła w strajku głodowym przeciwko więziennym represjom.

Napieralska pamięta, że do obozu przyjeżdżali esbecy z poszczególnych województw, by przesłuchiwać swoje „podopieczne”. Jak napisał w swojej pracy Marcin Zwolski, kobiety z Gołdapi były „inwigilowane, represjonowane i poddawane stałej presji ze strony funkcjonariuszy SB. Dążyli oni do »złamania« przetrzymywanych i do wymuszenia na nich podpisania oświadczenia o lojalności wobec państwa, tzw. lojalki, lub też zwerbowania do współpracy. W działaniach tych uczestniczyli zarówno funkcjonariusze rezydujący w ośrodku, jak i przyjeżdżający doń czasowo z całego kraju. Dramatyczny przykład takich działań SB to wydarzenia z 12 lutego 1982 r., gdy jedną z kobiet poinformowano o śmierci syna, a udzielenie przepustki na pogrzeb uzależniono od podpisania lojalki. Internowana odmówiła, a pozostałe kobiety podjęły protest głodowy, dzięki któremu uzyskała ona przepustkę”.

Mimo starań esbeków – tych z głębi kraju i tych nadzorujących uwięzione pod okiem komendy wojewódzkiej w Suwałkach – ducha kobiet internowanych w Gołdapi nie udało się złamać. Wydawały kilka własnych gazetek, przepisywanych ręcznie na kalkach. Słuchały Wolnej Europy za pomocą ukrytych w pokojach odbiorników radiowych. Urządzały akcje protestacyjne na 3 maja i w 13. dniu każdego miesiąca, gdy przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego protestowali ludzie w całej Polsce. Nie oszukujmy się też, że dobre warunki pobytu w Gołdapi wynikały z troski komunistów. Chodziło o propagandę w iście stalinowskim stylu – na pokazowe wycieczki do obozu przywożono delegacje Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i reżimowych dziennikarzy. Jak napisał Zwolski, tworzono mit „złotej klatki”. Aby pokazać społeczeństwu, że wrogowie ludu żyją w komforcie, kosztem robotniczej krwawicy.

Nagrodą jest… sanatorium

Przed dawnym ośrodkiem Radiokomitetu i obozem internowania w stanie wojennym, obecnym Niepublicznym Zakładem Opieki Zdrowotnej Sanatorium Uzdrowiskowe „Wital”, stoi pamiątkowy głaz. Informuje o kobietach przetrzymywanych tu od stycznia do lipca 1982 r. „Nagrodą jest wolna Polska!” – głosi patetyczne hasło wieńczące tablicę. Głaz odsłonięto w 2007 r. Monika Kolankiewicz nie kryje oburzenia, że w uroczystości brali udział ludzie służący w przeszłości komunistycznej władzy. – Nie można było poczekać z tym do naprawdę wolnej Polski? Przecież wiadomo, kto dzisiaj urzęduje w dawnym ośrodku internowanych. To niesamowity chichot historii – mówi z goryczą.

Ryszard Tymofiejewicz rzadko pojawia się publicznie. Dwukrotne próby rozmowy z nim spełzają na niczym. Pani w recepcji sanatorium nie zgadza się wpuścić do szefa ani połączyć z nim telefonicznie bez dokładnego określenia, czego dotyczyć ma rozmowa. Gdy słyszy, że czasów, w których był funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa, prosi, by chwilę poczekać. „Niestety, szef nie jest zainteresowany takim tematem” – pada po krótkiej chwili sucha odpowiedź. – Ziemię wydzierżawił i do dzisiaj dzierżawi tanio od Lasów Państwowych. Obiekty też od telewizji, potem kolejno je wykupywał i rozbudowywał. Dzisiaj jako kapitalista pełną gębą chce mieć spokój i na pewno niewygodnie się czuje, gdy ktoś chce wracać do komunistycznej przeszłości – twierdzi pan Jacek. – Tacy ludzie najczęściej nie mają sobie nic do zarzucenia. Pewnie by pan usłyszał, że przecież niczego złego nie robił. Po rzekomym zwycięstwie 1989 r. po prostu pozwoliliśmy, by ludzie zaawansowani w reżim funkcjonowali na uprzywilejowanych warunkach. A za to, co robili, często nie zapłacili żadnej ceny. To, co się stało z ośrodkiem w Gołdapi, możemy dzisiaj tylko uważać za moralnie naganne. I tyle, bo na początku przemian wszystko zostało, mówiąc wprost, zaklepane. Nieprzypadkowo rosły fortuny takich ludzi, jak były esbek Gawronik – mówi Barbara Napieralska, więziona w gołdapskim obozie. – Tak właśnie zamyka się koło historii, a pozycja pana Tymofiejewicza to świetna ilustracja stosunku obecnej władzy do ludzi ze służb specjalnych. Nie mówi się przecież, że oni swoje przywileje nabyli często za działania, z których wiele ma charakter zbrodniczy przeciwko własnemu narodowi. I za to spotkała ich nagroda. Po 1989 r. dysponowali pieniędzmi i układami. Mieli ogromną przewagę nad internowanymi i aresztowanymi za komuny, którym łamano kariery zawodowe i blokowano rozwój – ocenia Ewa Tomaszewska, kiedyś europosłanka PiS, więziona w Gołdapi przez cały okres funkcjonowania obozu.

Robię biznes, a wy?

Sława Masłowska-Jabłońska organizuje cykliczne zjazdy „gołdapianek”, na których spotykają się dawne internowane działaczki. Z Tymofiejewiczem zetknęła się tylko raz, przypadkowo podczas kręcenia dokumentu o obozie. Nie podała mu ręki. Zresztą same spotkania kobiet odbywają się w innym miejscu. Tam, gdzie były więzione, składają tylko kwiaty pod pamiątkowym kamieniem, odśpiewują Mazurka Dąbrowskiego. Ewa Tomaszewska przyznaje, że to nawet lepiej, że Tymofiejewicz trzyma się z boku. – Nie widziałam go ani kiedy chodzimy pod obelisk, ani na przedstawieniu „13.12.81”, które w ośrodku wystawił teatr z Płocka. To nie byłyby miłe spotkania – dodaje. Osobisty kontakt z dawnym oficerem SB miała za to inna z internowanych, Małgorzata Bartyzel. Doszło do niego w niecodziennych okolicznościach. – Okazało się, że razem z koleżanką jadę autokarem należącym do tego pana na pogrzeb Jana Pawła II. Miał ochotę robić za przewodnika i w pewnym momencie postanowił zachwalać swoje sanatorium w Gołdapi. Gdy się okazało, że byłam tam w stanie wojennym, zaczął ironizować w stylu: „byliśmy po przeciwnych stronach, dzisiaj ja na was robię biznes, a wy ze swoich cierpień nic nie macie”. Zachowywał się w sposób cyniczny – wspomina Bartyzel, która będąc posłanką, wspomniała o tym spotkaniu nawet w jednym z sejmowych wystąpień.

Nie jestem od tego

W latach 90. w Gołdapi było ponad 50-proc. bezrobocie, dzisiaj jest o wiele mniejsze, ale i tak sięga 20 proc. Tymofiejewicz w swoim sanatorium zatrudnia ok. 200 osób. – Muszę przyznać, że zarządza tym bardzo sprawnie. Trudno nie dostrzec faktu, że stworzył sporo miejsc pracy dla gołdapian. Ani ja, ani żaden z mieszkańców nie mieliśmy wpływu na to, komu dostało się dzisiejsze sanatorium. Ale cieszę się, że ktokolwiek dobrze to zagospodarował – przyznaje burmistrz Gołdapi Marek Miros. Samorząd stawia na naturę i przyciąga egzotyką północnych kresów. „Kraina łowców przygód” – tak brzmi oficjalne hasło promocyjne miasta. Właśnie powstaje park zdrojowy i pijalnia wód mineralnych, a gmina ma do wydania kilkadziesiąt mln złotych na zrobienie z Gołdapi uzdrowiska pełną gębą. Burmistrz Miros sam w latach 80. współtworzył Solidarność w swoim zakładzie pracy. Jak mówi, chodził na każdą antykomunistyczną demonstrację w stolicy, gdzie wówczas mieszkał. Układał krzyż z „nielegalnych kwiatów” na ówczesnym pl. Zwycięstwa. Ryszarda Tymofiejewicza nie zamierza jednak oceniać od strony moralnej. – Bo nie jestem od tego, ale w żadnym wypadku nie identyfikuję się z ideologią, której kiedyś pan Tymofiejewicz służył. Za głęboką niesprawiedliwość uważam natomiast fakt, że niektóre z osób walczących o wolność i biorących udział w naszej bezkrwawej rewolucji wciąż czekają na godne potraktowanie przez państwo polskie. To niemoralne, że dawni funkcjonariusze systemu opływają w dostatki, a ci, którzy się narażali, muszą czasem przeżyć miesiąc za 600 zł – uważa Miros, z którego inicjatywy sześciokrotnie już zorganizowano w Gołdapi zjazd dawnych internowanych. – Doceniam to, że pan Ryszard zawsze usuwał się w cień i bez problemu udostępniał nam ośrodek. Chociaż w kwestii stosunku do ideologii zła, jaką był komunizm, zawsze będziemy się zapewne różnić – dodaje.

* * *
Reportaż powinien być możliwie wnikliwym zapisem rzeczywistości. I ją beznamiętnie opisywać. Komentarze wydają się zbyteczne, bo obraz – jeśli obserwator okazuje się wystarczająco bystry – z reguły broni się sam. A jednak tego tekstu bez komentarza pozostawić nie potrafię. Bo sytuacja z Gołdapi to naprawdę Polska w pigułce. Przecież każde chyba miasto ma takiego swojego uwłaszczonego esbeka, przedsiębiorczego sekretarza partii itd. Takim państwem stała się Polska po 1989 r. Nie powinniśmy o tym zapominać, choć wiadomo, że historia zna wiele przykładów, gdy ludzie dawnego reżimu świetnie odnajdywali się w nowych realiach. W dużych ośrodkach – Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu – to „polskie uwłaszczenie” widać chyba mniej wyraźnie. W małych – aż krzyczy. W wielkopolskim Lesznie, gdzie się urodziłem, były oficer SB dorobił się wielkiego majątku na prywatnej szkole wyższej. Pułkownik MO od ideologii był przewodniczącym rady miejskiej i posłem. A ostatni pierwszy sekretarz komitetu miejskiego PZPR od 1998 r. nieprzerwanie zajmuje fotel prezydenta miasta. Kto da więcej?

Rafał Kotomski

Masz ciekawy temat? Wiesz o niezwykłej sprawie, która zainteresuje innych? Napisz: rafalkotomski63@op.pl


Za: Publikacje "Gazety Polskiej" (10.09.2012) | http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/446490,sanatorium-pod-esbekiem

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content