Rozsadnik nowej lewicy – dr Paweł Skibiński

Ameryka Łacińska stosunkowo rzadko gości na łamach polskich mediów i wydaje się, że do wydarzeń, jakie mają miejsce w tym regionie, nie przywiązujemy zbyt wielkiej wagi. Warto jednak baczniej przyglądać się fali nowej lewicy, jaka od kilkunastu lat wzbiera w Ameryce Południowej.

Przetrwaniu nadziei związanych z populizmem i kolektywizmem rodem z komunizmu sprzyjają gigantyczne dysproporcje ekonomiczne, ubóstwo dotyka dużej większości społeczeństw na tym kontynencie. W wielu krajach szaleje bezrobocie i utrzymuje się analfabetyzm. Jeśli spojrzymy na mapę kontynentu, to większość krajów latynoamerykańskich rządzona jest przez przedstawicieli mniej lub bardziej radykalnych lewicowców. W Ameryce Łacińskiej wybrzmiewają hasła rewolucji, postępu, zwalczania imperializmu, a także – przynajmniej w niektórych częściach – antyklerykalizmu i antychrześcijaństwa.

Dwie twarze południowo-amerykańskiej lewicy

Lewicowość ta ma dwie twarze – Hugo Chaveza, 58-letniego prezydenta Wenezueli, lansującego hasła tzw. rewolucji boliwaryjskiej (od nazwiska Simona Bolivara, legendarnego bojownika o wyzwolenie państw południowoamerykańskich spod hiszpańskiego jarzma), oraz Luiza Inacio Luli da Silvy, prezydenta Brazylii w latach 2003–2011, którego władza jest kontynuowana teraz przez dawną szefową gabinetu Luli – Dilmę Rousseff, pierwszą kobietę wybraną w Brazylii na to stanowisko, co spotkało się z entuzjazmem środowisk feministycznych.

Chavez reprezentował bliskie związki z Fidelem Castro, politykę jawnie agresywną wobec USA, spektakularne nacjonalizacje, zwłaszcza surowców, wielkie publiczne przedsięwzięcia edukacyjne i medyczne, które miały ugruntować zdobycze „rewolucji boliwaryjskiej”, a także podjazdową wojnę z Kościołem katolickim…

Wieloletni lider związkowy Lula natomiast był twarzą polityki wprawdzie krytycznej wobec USA, ale umiarkowanej, starań o zrównoważony rozwój kraju, prowadzenia długofalowych działań edukacyjnych i walki z ograniczeniami dla państw rozwijających się stworzonymi przez protekcjonizm Europy i Ameryki Północnej. Lula był symbolem wprowadzenia Brazylii na dyplomatyczne salony świata, stałego awansu gospodarczego, który dziś przyciąga pracowników z dotkniętej kryzysem Europy (np. setki tysięcy ludzi wyemigrowało za pracą do tego kraju). Odbywa się to jednak kosztem wysokiego opodatkowania.

Brazylia skręca na lewo

Nie zmienia to faktu, że Lula publicznie popierał wprowadzenie aborcji, a jego następczyni Rousseff zapowiadała zmianę prawa aborcyjnego w trakcie kampanii wyborczej, co prawdopodobnie nie pozwoliło jej zdobyć prezydentury w pierwszej turze wyborów, gdyż odwrócili się od niej wyborcy nastawieni religijnie, ale nie katolicy, lecz przede wszystkim ewangelikalni protestanci z licznych rozwijających się w tym kraju sekt. Co ciekawe, w kampanię na rzecz wprowadzenia aborcji w Brazylii zaangażowały się też USA – w 2010 roku, roku wyborczym, podczas swej wizyty w Brazylii Hillary Clinton twierdziła, że aborcja rozwiąże problem ubóstwa w tym kraju.

Do tej pory w Brazylii aborcja była możliwa tylko w przypadku gwałtu oraz zagrożenia dla życia i zdrowia matki. Tymczasem od 80 do 90 proc. Brazylijczyków opowiada się przeciw liberalizacji aborcji. Rousseff stopniowo stara się jednak zliberalizować przepisy aborcyjne w swoim kraju. W kwietniu tego roku brazylijski Sąd Najwyższy doprowadził do zezwolenia na aborcję w przypadku stwierdzenia u płodu defektu mózgu. W brazylijskim ministerstwie zdrowia trwają natomiast prace nad programem edukacyjnym popularyzującym dokonywanie aborcji samodzielnie przez kobiety w warunkach domowych. Odbywa się to pod pretekstem zapobiegania skutkom pokątnych aborcji. Minister edukacji w rządzie Rousseff – Eleonora Menicucci, była w młodości towarzyszką walki Rousseff, miała z nią siedzieć w jednej celi, sama przyznaje się do dokonania dwu aborcji, a także do biseksualizmu. Znana jest z zaangażowania na rzecz walki z przemocą domową oraz seksizmem. Episkopat Brazylii oficjalnie zaprotestował przeciwko takim praktykom administracji rządowej.

Warto zwrócić uwagę, że sama pani prezydent, urodzona w 1957 roku, ma ciekawą lewicową przeszłość. Pochodzi z rodziny o sympatiach rewolucyjnych, jej ojcem był bułgarski komunista, który jeszcze przed drugą wojną światową emigrował za ocean, a sama prezydent jest byłą działaczką Socjalistycznej Partii Brazylii i Oddziałów Wyzwolenia Narodowego, które prowadziły partyzantkę miejską pod koniec lat 60. W otoczeniu Luli nie była jedyną osobą o przeszłości lewackiej – np. minister skarbu także był byłym trockistą. W ramach koalicji popierającej jej wybór w 2010 roku poczesne miejsce zajmowała – obok założonej przez Lulę Partii Pracujących – także maoistowska Komunistyczna Partia Brazylii. Sama partia rządząca – wspomniana już Partia Pracujących – oficjalnie zajmuje stanowisko socjaldemokratyczne, ale wywodzi się z trockizmu i zachowała skrzydła trockistowskie i komunistyczne.

Rewolucja boliwaryjska

Brazylia reprezentuje łagodniejszą twarz współczesnej lewicowości latynoamerykańskiej. Bardziej radykalny wizerunek towarzyszy byłemu wojskowemu, wenezuelskiemu prezydentowi Hugo Chavezowi. Jego rewolucja boliwaryjska, rozpoczęta w 1999 roku, gdy po raz pierwszy objął władzę, deklaratywnie ma być pokojową formą głębokiej transformacji społecznej kraju, która ma na celu poprawę losu warstw najbardziej upośledzonych.

Chavez znany jest przede wszystkim z nacjonalizacji surowców energetycznych (Wenezuela jest jednym z liczących się producentów ropy naftowej i gazu ziemnego). Pieniądze z handlu surowcami energetycznymi posłużyły realizacji „rewolucyjnej” polityki wenezuelskiego przywódcy, obejmującej sferę edukacji (głównie alfabetyzacji), walki z nędzą i bezrobociem etc. Tylko werbalnie prezydent Wenezueli jest zwolennikiem działań wyłącznie pokojowych. Znany jest z finansowego popierania komunistycznej dyktatury Fidela Castro na Kubie, która głównie dzięki wenezuelskiej ropie była w stanie przetrwać najtrudniejszy okres na przełomie wieków. Chavez nie stroni też od wspierania lewackiej partyzantki FARC w Kolumbii, z której pomocy też korzystał przed zdobyciem stanowiska prezydenta. FARC jest zaś znana przede wszystkim z produkcji narkotyków i handlu nimi oraz z porwań dla okupu i przetrzymywania uprowadzonych całymi latami w nieludzkich warunkach.

Chavez nie stronił też od możliwie kontrowersyjnych wypowiedzi dotyczących stosunków międzynarodowych. Ostatnio zasłynął otwartym poparciem, jakiego udzielił obalonemu niedawno dyktatorowi libijskiemu Muammarowi Kaddafiemu. Prezydenta Iranu nazywa zaś „towarzyszem rewolucjonistą”, zapewne nie z uwagi na jego religijne zaangażowanie, ale z powodu walki z USA.

Chavezowi, który publicznie deklaruje się jako czytelnik Trockiego i sympatyk Lenina, nieobce też są hasła nowej lewicy. Ostro krytykuje Kościół katolicki w swoim kraju i nazywa biskupów „bandytami” i „hipokrytami”, a ostatnio „zacofańcami” i „troglodytami”. Wielokrotnie próbował szantażować zerwaniem istniejącego modus vivendi ze Stolicą Apostolską i zerwaniem stosunków dyplomatycznych. Biskupi protestowali przeciwko projektom instalowania w Wenezueli marksizmu, porównywali też prezydenta do Hitlera. Episkopat Wenezueli już w 2009 roku protestował przeciwko planom Chaveza wprowadzenia ustawy legalizującej aborcję i tzw. małżeństwa homoseksualne. Jednak w ciągu ostatnich miesięcy cierpiący na nowotwór Chavez, być może w perspektywie zbliżających się wyborów prezydenckich, zdaje się poszukiwać jakiejś formy normalizacji wzajemnych relacji.

Naśladowcy Chaveza

Sukcesy Hugo Chaveza, a także poważne środki finansowe, którymi dysponował, spowodowały, że znalazł wielu naśladowców, którzy jeden po drugim zaczęli obejmować fotele prezydenckie w kolejnych krajach latynoamerykańskich.

Bliskim sojusznikiem Chaveza jest prezydent Boliwii Evo Morales, który rządząc od 2005 roku, na wzór Wenezueli znacjonalizował złoża gazu i ropy naftowej. Morales jest liderem ruchu cocaleros, to jest drobnych rolników uprawiających kokę, surowiec do produkcji kokainy. Współpracuje blisko z castrystowską Kubą i promuje wartości związane z rdzenną kulturą indiańską. Sam wywodzi się z ubogiej rodziny Indian Aymara.

Morales Kościół nazywa „narzędziem imperializmu” i choć oficjalnie pozostaje katolikiem, wielokrotnie deklarował się także jako wyznawca Pachamamy, Matki Ziemi, który to indiański kult wzbudza wiele sympatii u europejskich zwolenników ruchu Zielonych. Dwa lata po Moralesie w Ekwadorze prezydentem został inny z akolitów Chaveza – Rafael Correa. On także odwołuje się do dziedzictwa Che Guevary i do boliwaryzmu. Wszedł w otwarty konflikt z Kościołem katolickim w Ekwadorze w związku z nominacjami biskupimi, które starał się blokować jako zbyt konserwatywne, korzystając z tradycyjnego prawa weta, od dawna nieużywanego przez władze ekwadorskie, co nie przeszkadzało mu jednocześnie opowiadać się za ściśle laicką formą państwa. W Paragwaju przez kilka lat – od 2008 do 2012 roku – funkcję prezydenta sprawował Fernando Lugo, były biskup katolicki, który związał się z pokrewnym boliwaryzmowi ruchem politycznym i był popierany przez szeroką koalicję lewicową. Na tle niepokojów społecznych i starć biednej ludności rolniczej z policją został jednak konstytucyjnie usunięty ze stanowiska i od kilku miesięcy funkcję prezydenta pełni Federico Franco – były zastępca Lugo wywodzący się ze środowisk radykalnych.

Na czele Peru od zeszłego roku stoi lider lewicowej Peruwiańskiej Partii Nacjonalistycznej Ollanta Humala. Podobnie jak w innych krajach regionu opowiedział się za nacjonalizacjami, redystrybucją dochodu narodowego i wzrostem płacy minimalnej. Dawniej korzystał z poparcia Chaveza, obecnie jednak woli porównywać się do Luli.

Bliżej do Luli niż do Chaveza jest ewidentnie dwu innym rządzącym w ważnych krajach Ameryki Łacińskiej – prezydentowi Urugwaju José Mugice, zaprzysiężonemu w 2010 roku, i drugiej obok Rousseff kobiecie rządzącej w Ameryce Południowej – prezydent Argentyny Cristinie Fernandez de Kirchner. Fernandez de Kirchner złośliwie nazywana jest przez przeciwników „Lady Botox” (ze względu na liczne operacje plastyczne) oraz „Imeldą” (gdyż chwali się posiadaniem kolekcji eleganckich butów, podobnie jak żona byłego dyktatora Filipin Imelda Marcos). Kontynuuje rządy swego męża Nestora Kirchnera. Oboje wywodzą się z lewicy ruchu peronistowskiego, łączącego radykalizm społeczny z nacjonalizmem argentyńskim. Małżonkowie Kirchner nie wchodzili w otwarte starcia z Kościołem, jednocześnie wyraźnie dystansując się od katolicyzmu. Nic dziwnego, że obecnie administracja argentyńska dokonuje kolejnych „liberalizacji” w sferze obyczajowej i obrony życia. W 2010 roku pani prezydent podpisała ustawę nadającą status małżeństwa związkom homoseksualnym, zaś w kwietniu tego roku Sąd Najwyższy opowiedział się za liberalizacją interpretacji gwałtu przy dokonywaniu legalnej aborcji. Od 2004 roku Kirchnerowie konsekwentnie dążyli do zmian w składzie Sądu Najwyższego, promując osoby deklarujące ateizm i walkę z restrykcyjnym prawem aborcyjnym, jakie obowiązuje w Argentynie.
Na morzu rozpanoszonego lewicowego radykalizmu wyróżniają się jedynie dwie wyspy, które przeczą nieuchronności dominacji lewicy. W Chile w 2011 roku został wybrany kandydat prawicy Sebastian Pinera, zaś w 2010 roku w Kolumbii prezydentem został Juan Manuel Santos. Obaj politycy utrzymują dobre kontakty z USA i poprawne z Kościołem katolickim, nie starają się eksperymentować w sferze obrony życia i ochrony rodziny. Pozostaje pytanie, czy ich wybór pozwoli odwrócić trendy w skali całego regionu. Wydaje się to bardzo trudne…

Dr Paweł Skibiński

historyk, Uniwersytet Warszawski

Za: Nasz Dziennik, Środa, 22 sierpnia 2012, Nr 195 (4430) | http://www.naszdziennik.pl/wp/7868,rozsadnik-nowej-lewicy.html

Skip to content