Polska Rzeczpospolita Radarowa – Marcin Wolski

Spośród różnych skutecznych metod drenażu polskiej kieszeni na lidera wyrasta jedna z plag Tuska, która zapewne pozostanie jak pamiątka po jego rządach, chyba że zmiecie i ją jakaś ludowa rewolucja – plaga fotoradarów.

Wśród niewielu zalet tego przedsięwzięcia można wymienić stosunkowo proste (coraz bardziej udoskonalane) pozyskiwanie środków i wysoki stopień zwrotu zainwestowanych pieniędzy. Zastanawiam się, czy z równą gorliwością by je wznoszono, gdyby pieniądze z mandatów szły do centrali na fundusz pomocy ofiar wypadków drogowych?

Skądinąd, szybkość nie jest jedyną ich przyczyną – tylko najłatwiejszą do ograniczenia. Ludzie giną przecież również z powodu złego stanu nawierzchni, braku poboczy, jednopoziomowych skrzyżowań, chodzenia po jezdni nierzadko w stanie upojenia, wszechobecnego uprawiania cyclingu, inwentarza domowego – dodajmy tu jeszcze brak wyobraźni kierowców i niską kulturę jazdy, co w połączeni z poziomem ratownictwa i małą wiedzą o pierwszej pomocy złoży się na obraz całości.

W dodatku „bezpieczna szybkość” to pojęcie wysoce nieprecyzyjne – są kierowcy gnający 150 km/h przez centrum miasta, przy których czuję się bezpieczny jak dziecię w łonie matki, i tacy, dla których trzydziestka w terenie niezabudowanym stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo…

Ubocznym skutkiem powszechnej radaryzacji jest fakt, że kierowca zajęty wypatrywaniem elektronicznego szpiega nie ma szans skutecznego kontrolowania innych rzeczy dziejących się na drodze. W dodatku po minięciu kamery instynktownie przyspiesza, aby nadgonić stracony czas, i nieszczęście gotowe.

A to przecież tylko jeden z elementów życia w naszych czasach, które charakteryzuje paranoiczna wręcz wiara, że spowalniacze ruchu, ochrona danych osobowych, wszechstronna elektronika, całodobowy nadzór itd., itp. zapewnią życie w klimacie spokoju i bezpieczeństwa, które dawniej gwarantowały: kultura, dobre stosunki sąsiedzkie, wiara w Boga, szacunek dla praw i przepisów oraz odpowiednie wychowanie…

Tyle że dbanie o to wszystko jest o wiele trudniejsze niż zainstalowanie kamery, którą, skądinąd, można strącić jednym kamieniem.       

Marcin Wolski

Źródło: Gazeta Polska

KOMENTARZ BIBUŁY: W Stanach Zjednoczonych przez dekady obowiązywała zasada „55” – wprowadzona sztucznie, odgórnie, bez jakichkolwiek merytorycznych uzasadnień i badań – ograniczająca prędkość na autostradach do 55 mil na godzinę. Sloganowe „55” ładnie brzmiało, tym bardziej, że wprowadzono je w imieniu „bezpieczeństwa na drogach” oraz „oszczędności paliwa”, a upowszechniona retoryka iż „prędkośc zabija” wzmocniona propagandą, pozwoliły na społeczne zaakceptowanie tej mantry.

Gdy kilka lat temu pod wpływem pewnych przemian i nacisków rozluźniono te odgórne federalne ograniczenia (bowiem poszczególne stany w swojej „niezależności” od rządu federalnego nie mogły samodzielnie zmienić ograniczenia prędkości, gdyż straciłyby dotacje na utrzymanie autostrad), i zezwolono na podwyższenie limitów prędkości, do 60-, 65- czy więcej mil na godzinę, nagle okazało się, że na wielu z tych autostrad… spadł wskaźnik wypadków drogowych.

Teraz, również pod pretekstem „dbania o bezpieczeństwo na drogach”, upowszechnia się różnego rodzaju fotoradary (które np. na skrzyżowaniach zwiększają wypadkowość – co zostało zbadane i (niechętnie) potwierdzone nawet przez instytucje propagujące te represyjne instrumenty). Niektóre miejscowości sztucznie ograniczają prędkość na swoich drogach przelotowych, ustawiają serie fotoradarów i… zbierają w ten wygodny sposób opłaty, które dochodzą nawet do 80% wszystkich wpływów do miasteczkowego budżetu.

Oczywiście, wszystko to robi się oficjalnie dla „dobra wspólnego” i dla „bezpieczeństwa na drogach”. W Polsce nie jest inaczej, a raczej – po latach „zaniedbań” w tej dziedzinie, gonimy czołówkę światową.

 

 

Za: niezalezna.pl () | http://niezalezna.pl/31723-polska-rzeczpospolita-radarowa

Skip to content