Jak trafiłem na „listę Michnika” – Antoni Zambrowski

Gdy na początku 1965 r. aresztowano Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, pracowałem jako starszy asystent na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego. Pewnego słonecznego dnia przechodziłem koło wydziału historii. Dobiegł do mnie szczupły, jasnowłosy student. Zacinając się, powiedział: „Ppaanie Antku, jeestem Adam Michnik. Właaśnie wyszedłem z więęzienia i chciałem powiedzieć paanu, że duużo o ppana się wyppytywali”.

Adama zatrzymano w związku z aresztowaniem Kuronia i Modzelewskiego za kolportowanie maszynopisu ich „Listu otwartego”, ale po kilku tygodniach zwolniono. Słyszałem o nim wiele od pięknej żony Karola, Bogny Modzelewskiej, jako o nadziei polskiej opozycji, więc ucieszyłem się ze znajomości. Wkrótce zostaliśmy przyjaciółmi.

Historia naszej znajomości odzwierciedla stosunek Michnika do dawnych przyjaciół, współpracujących z nim działaczy opozycji z czasów PRL, których teraz zwalcza, bo inaczej oceniają III RP.

„Komandosi”, czyli naród jako byt urojony

Adam stanął na czele dość licznej grupy opozycyjnie nastawionych studentów, określonych przez ówczesnego I sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR Andrzeja Jezierskiego „komandosami”, robiącymi „desanty” na zebrania otwarte PZPR oraz ZMS na terenie uniwersytetu, by zadawać „prowokacyjne” pytania partyjnym prelegentom.

Na uniwersytecie było jeszcze w miarę liberalnie i Komitet Uczelniany PZPR postanowił udostępnić tekst „Listu otwartego” oraz poprzedzającego go manifestu (napisanego przez Kuronia) wszystkim członkom partii oraz ZMS, którzy chcieliby się z nimi zapoznać. Naraziłem się „komandosom” z powodu nader krytycznego stosunku do tez tego manifestu oraz „Listu otwartego”, przede wszystkim do rewolucji proletariackiej, która miała zaprowadzić w Polsce i na całym świecie prawdziwy socjalizm. Wolałem oszczędzić Polsce – i tak potwornie zniszczonej przez II wojnę światową – uroków wojny domowej z udziałem wojsk sowieckich.

W manifeście oraz „Liście otwartym” nie było w ogóle problematyki niepodległości PRL w ramach obozu socjalizmu ze Związkiem Sowieckim na czele. Nie przypadkiem. Jacek Kuroń negował znaczenie kwestii narodowej w Polsce. Sam mi oświadczył, że „naród polski to hipostaza”, czyli byt urojony. Tak mnie to oświadczenie zatkało, że nie zapytałem, czy bytem realnym jest język polski i polska literatura.

Następny rok przyniósł nowe problemy, związane z tysiącleciem chrztu Polski. Władysław Gomułka postanowił wytoczyć wojnę episkopatowi Kościoła katolickiego z prymasem Stefanem Wyszyńskim na czele. Przyczepił się więc do listu polskich biskupów do biskupów niemieckich, wysłanym z ław II Soboru Watykańskiego ze słowami w duchu Ewangelii: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, oskarżając kierownictwo episkopatu o zdradę narodową. Na zebraniu partyjnym Oddziałowej Organizacji Partyjnej przy wydziale ekonomii skrytykowałem antykościelną linię kierownictwa partii jako szkodliwą dla samej partii. Dowodziłem, że właśnie robotnicy i chłopi są ostoją Kościoła katolickiego i odbierają wojnę z prymasem jako Kulturkampf przeciwko Kościołowi. Zostałem za te słowa wydalony z PZPR decyzją Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej, a następnie z pracy na Uniwersytecie Warszawskim przez rektora Zygmunta Rybickiego.

Gdy przyszedłem na uniwersytet już jako bezpartyjny, pogratulowała mi nowego statusu śliczna Basia Toruńczykówna – narzeczona Adama Michnika. „Komandosi” nie podzielali naszego oburzenia polityką antykościelną, ale aprobowali postawy opozycyjne powodujące wydalenie z partii.

„Bogoojczyźniane” kółko dyskusyjne

Mówię „nasze oburzenie”, gdyż w owym czasie nastąpił rozłam wśród opozycjonistów na UW na „komandosów” wywodzących się z dawnych „walterowców” Kuronia, czyli czerwonych harcerzy z hufca im. gen. Waltera (gen. Karola Świerczewskiego), oraz członków „bogoojczyźnianego” kółka dyskusyjnego grupującego studentów i pracowników naukowych Warszawy i Łodzi, krytycznych wobec „komandosów”. Oczywiście nazwę „bogoojczyźniani” nadali nam „komandosi”, wywodzący się z ateistycznych rodzin. Nasze kółko dyskusyjne powstało podczas moich rozmów z uczestnikami dyskusji nad manifestem Kuronia – Staszkiem Gomułką i jego żoną Joanną Majerczyk, jego przyjacielem z Uniwersytetu Łódzkiego socjologiem Andrzejem Mazurem oraz Bernardem Tejkowskim, asystentem doc. Zygmunta Baumana na socjologii na UW. W skład kółka wchodzili również socjolog Marek Kęsy, historyk Jerzy Robert Nowak, fizyk Józef Stefan Kossecki oraz ekonomista Waldemar Kuczyński. Początkowo zbieraliśmy się w mieszkaniu Gomułków na Kole, ale wkrótce przenieśliśmy się do znacznie bliższej garsoniery Benia Tejkowskiego na Hożej. Tam dołączył do nas przyjaciel Andrzeja Mazura z Łodzi, mec. Karol Głogowski. Oprócz pracowników naukowych w dyskusjach brali udział liczni studenci uniwersytetów warszawskiego i łódzkiego.

Mimo różnicy zdań przyjaźniliśmy się z nimi nadal, z „komandosami” wspólnie braliśmy udział w organizowanych na uniwersytecie zebraniach dyskusyjnych i towarzyskich imprezach. Prowadziłem przy pomocy trzech maszynistek coś na kształt samizdatu, czyli przepisywałem teksty odrzucone przez cenzurę i rozprowadzałem je po cenach kosztu wśród uczestników naszego kółka oraz wśród „komandosów”. Zbierałem też pieniądze na pomoc dla Gajki Kuroniowej i Bogny Modzelewskiej, których mężowie siedzieli, w czym pomagali mi ludzie z obydwu środowisk. Po powrocie Jacka i Karola z więzienia w lecie 1967 r. zapraszano też nas na ich „salony polityczne”, gdzie zabieraliśmy głos, czasem ku niezadowoleniu organizatorów.

Wydarzenia marcowe, czyli Gross załamuje się w śledztwie

8 marca 1968 r. miałem udać się na Uniwersytet Warszawski na dyżur promotora mojej pracy doktorskiej. Ale mój szef w Instytucie Organizacji Przemysłu Maszynowego, gdzie byłem adiunktem naukowo-badawczym, już wiedział o wiecu protestacyjnym studentów w obronie Adama Michnika i Henryka Szlajfera, usuniętych bezprawnie z uczelni decyzją ministra. Kazał mi pozostać w instytucie.

Mimo to SB oskarżyła mnie o udział w wiecu. Ponieważ miałem naocznych świadków, że cały dzień przesiedziałem w pracy, oskarżono mnie o cięższe przestępstwo – o udział w tajnym kierowaniu wiecem na UW. 12 marca trafiłem do więzienia mokotowskiego jako… jeden z przywódców Ruchu 8 Marca. Co więcej, dowiedziałem się z gazet, że cały zamęt był po to, by przywrócić do władz partyjnych mojego ojca – Romana Zambrowskiego, który w kwietniu 1963 r. sam dobrowolnie złożył dymisję Gomułce.

Jako domniemany przywódca spisku czytałem już po zamknięciu wielomiesięcznego śledztwa akta sprawy Karola Modzelewskiego i innych. Dowiedziałem się z nich m.in., że faktyczni przywódcy Ruchu 8 Marca na ogół odmawiali zeznań, natomiast w śledztwie załamał się Jan Tomasz Gross, który opowiadał ku uciesze śledczych okropne rzeczy o życiu prywatnym Basi Toruńczykówny. (Gdy po wyjściu z więzienia usiłowałem w osobistej rozmowie wyjaśnić te bzdurne zarzuty, obrażona Basia z mety oziębiła dotychczas serdeczne stosunki pomiędzy nami. Bardzo mnie to zabolało, dlatego dobrze zapamiętałem przyczynę zadrażnienia, czyli zeznania J.T. Grossa).

Więzienie za pieśń Kochanowskiego

Ostatecznie oskarżono mnie nie o udział w konspiracyjnej organizacji, lecz o publiczne szkalowanie państwa i narodu polskiego. W zarzucie pierwszym użyto przeciwko mnie prawdziwych faktów o mej krytyce polityki wobec Kościoła, m.in. przytoczono termin Kulturkampf, w drugim – przede wszystkim – zarzucono mi ułożenie wiersza, w rzeczywistości stanowiącego fragment znanej pieśni Jana Kochanowskiego z Czarnolasu o spustoszonym przez Tatarów Podolu. Osobą, która podpowiedziała SB zbawienny dla niej zarzut o szkalowanie narodu polskiego, był mój dawny przyjaciel z „bogoojczyźnianego” kółka dyskusyjnego, Bernard Tejkowski, który z kilku pracowników Instytutu Organizacji Przemysłu Maszynowego, gdzie trafił dzięki mojej protekcji, uczynił zgrane koło fałszywych świadków. W mojej obronie – niestety z miernym skutkiem – stanęło kilkanaście osób zarówno z naszego kółka, jak i „komandosów”. Sąd PRL ponad prawdę stawiał partyjne instrukcje.

Po przyklepaniu przez Sąd Najwyższy naszych wyroków, łącznie z tym obciążającym mnie za autorstwo pieśni Jana z Czarnolasu, postanowiono wysłać nas z Warszawy do zakładów karnych na terenie kraju. Pewnego pięknego dnia kazano mi się spakować i załadowano do więziennej suki. Dołączył do nas Adam Michnik. Jego wieziono do Sztumu, mnie do Barczewa. Przegadaliśmy całą drogę w największej komitywie z wielkim pożytkiem dla mnie, gdyż jak się okazało, Adam był znacznie lepiej poinformowany o sytuacji w kraju niż ja. Częstował też mnie znakomitymi kanapkami.

W lipcu 1969 r. ogłoszono amnestię, dzięki czemu zostałem zwolniony. Adam, który miał większy wyrok niż ja, wyszedł na wolność dopiero we wrześniu. Amnestia nie objęła Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, uznanych przez władze za recydywistów. Wyciągnął ich z więzienia prof. Edward Lipiński już po wydarzeniach grudniowych na Wybrzeżu, dzięki którym obalono Gomułkę. Prof. Lipiński apelował w ich sprawie u Gierka i uzyskał zwolnienie.

Jak Michnik został Zagozdą

Brak tu miejsca na opisywanie szczegółów wieloletniej przyjaźni z Michnikiem. Była w niej i owocna współpraca, i nieprzyjemne zgrzyty. Raz podpowiedziałem Adamowi akcję w obronie Polaków mieszkających w Związku Sowieckim, z czego powstał tzw. list 14. Zbierający pod nim podpisy Adam został obity przez łapsów z SB jak ulęgałka. Było mi głupio, że go w to wrobiłem.

Innym razem Adam przeczytał mój artykuł odrzucony przez oficjalne środki przekazu, a podpisany Andrzej Zagozda, i po jakimś czasie sam przejął mój pseudonim. Nie robiłem z tego jednak wielkiej sprawy. W tym czasie zorientowałem się, że Jan Wacław Machajski – przyjaciel Stefana Źeromskiego, uwieczniony przez niego jako Andrzej Radek oraz Zagozda – był działaczem robotniczym wrogo nastawionym do walki o niepodległość Polski. To nie był zatem mój bohater. Dziwiło mnie natomiast, jak Adam godzi swój nowy pseudonim z udziałem w konkursie „Kultury” paryskiej, w której zamieścił pean na cześć Józefa Piłsudskiego pod tytułem „Cienie zapomnianych przodków”.

Zjedz tę Księgę, czyli „Kościół, lewica, dialog”

Pewnego razu wpadłem do Adama i dał mi do przeczytania świeżo przepisany przez maszynistkę tekst pt. „Kościół, lewica, dialog” o błędach lewicy laickiej popełnionych w czasach rządów Gomułki wobec Kościoła. Tym tekstem Adam spowodował radykalny zwrot w stosunku opozycyjnej lewicy laickiej wobec Kościoła i hierarchii kościelnej, doceniony przez samego prymasa Stefana Wyszyńskiego. Ks. prymas spotkał się osobiście z Adamem i nawet ofiarował mu egzemplarz Pisma Świętego z własnoręczną dedykacją „Zjedz tę Księgę”. Zazdrościłem Adamowi takiej komitywy z ks. prymasem, ale zabolało mnie to, że w jego rozważaniach o błędach lewicy laickiej zabrakło informacji, iż w czasie obchodów milenium chrześcijaństwa w Polsce byli w gronie przyjaciół Adama ludzie, którzy – jak ja (uczestnicząc w manifestacji młodzieży katolickiej na Krakowskim Przedmieściu rozpędzonej przez ZOMO) – tego błędu nie popełnili i wystąpili w obronie Kościoła, ponosząc tego konsekwencje. A tak wypadło, że to Adam dopiero teraz odkrył Amerykę.

Dalej przyjaźniłem się z Adamem. Po proteście robotniczym w czerwcu 1976 r. powstał z inicjatywy Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego Komitet Obrony Robotników, do którego dokooptowano Adama.

To wtedy zacząłem odczuwać pierwsze objawy niechęci ze strony Adama i Jacka Kuronia. Próbowałem współpracować z redagowanymi przez ich ludzi Biuletynem Informacyjnym KOR oraz „Krytyką”, ale napotkałem opór dawnych „komandosów” i ostatecznie trafiłem do zespołu „Głosu” redagowanego przez Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to kindersztuba, jaka cechowała harcerzy z „Czarnej Jedynki”, w odróżnieniu od Kuronia i Michnika.

Antek, ja ci tego nigdy nie zapomnę!

Po powstaniu Solidarności zostałem członkiem Komisji Zakładowej „S” w swoim Biurze Projektów i współpracowałem z Ośrodkiem Badań Społecznych prowadzonym przez Antoniego Macierewicza. Gdy gen. Wojciech Jaruzelski ogłosił wojnę przeciwko Polakom, trafiłem pierwszej nocy do obozu dla internowanych w więzieniu w Białołęce. Tam spotkałem Adama. W obozie przez jakiś czas prowadziłem modlitwę uwięzionych przez okratowane okno, dzięki czemu podczas pielgrzymki Ojca św. Jana Pawła II trafiłem do delegacji internowanych na spotkanie z Ojcem Świętym w kościele o.o. Kapucynów.

Z Białołęki Adam trafił do więzienia mokotowskiego. Nie chciał go opuścić, gdy proponowano mu emigrację na Zachód. Spotkaliśmy się po długim czasie, gdy został dowieziony na pogrzeb jego przybranego ojca Ozjasza Szechtera. Kiedy ks. prałat Jan Sikorski, nasz kapelan z Białołęki, odprawił katolickie egzekwie nad trumną pana Ozjasza i nadszedł czas złożenia jej w grobie, wraz z internowaną ze Szczecina Marylą Matjanowską oraz redaktorem „Krytyki” Stefanem Starczewskim zaintonowaliśmy „Boże, coś Polskę” oraz Mazurka Dąbrowskiego. Wzruszony Adam, którego ubole właśnie zakuwali w kajdanki przed powrotem do więzienia, wołał do mnie: „Antek, ja ci tego nigdy nie zapomnę!”.

Ostatni rok PRL spędziłem jako stróż na budowie metra w al. Niepodległości (tak, tak, usiłowano wtedy budować metro). SB nie dawała mi żadnej innej szansy zatrudnienia. W czasie wyborów kontraktowych zgłosiłem się do pracy w Biurze Wyborczym Solidarności przy ul. Fredry.

To tam w czerwcu 1989 r. spotkałem Adama ponownie. Byłem asystentem wyborczym braci Kaczyńskich, którzy kandydowali na senatorów. Gdy powstała „Gazeta Wyborcza”, usiłowałem znaleźć tam pracę, ale zaraz przekonałem się, że nic z tego nie będzie. Opowiadał mi nieco później Jerzy Robert Nowak, że rozmawiał osobiście z Adamem w mojej sprawie, podkreślając, iż mam perspektywę powrotu na budowę metra w roli całodobowego stróża. Nic nie wskórał.

Starałem się o przyjęcie do „Tygodnika Solidarność”, ale jego redaktor naczelny Tadeusz Mazowiecki także z jakichś powodów nie chciał mnie przyjąć na dziennikarza. Uległ jednak perswazjom Jana Dworaka – mojego kolegi z internowania – i przyjął mnie na bibliotekarza.

Gdy po awansie Tadeusza Mazowieckiego na premiera Lech Wałęsa powołał Jarosława Kaczyńskiego na stanowisko naczelnego „TS”, dotychczasowy zespół zaprotestował przeciwko tej decyzji i odszedł. Wówczas Adam Michnik zaprosił wszystkich protestujących do „Gazety Wyborczej”. Znałem Jarka od wielu lat, byłem jego asystentem wyborczym, ale zapytałem Ludkę Wujcową, czy zaproszenie Adama dotyczy również mnie. Odpowiedziała, że nie. Nigdy się nie dowiedziałem, czym zasłużyłem na taką niełaskę. Przez jakiś czas różni moi znajomi opowiadali mi o krytycznych opiniach rozpowiadanych za moimi plecami przez przyjaciół Adama. Na przykład ojciec Jacek Salij przyznał, że słyszał wiele złego o mnie od dawnych kolegów „komandosów”. Rzecz pewnie w tym, że mamy różne poglądy na tolerancję. Ja mam przyjaciół w różnych stronnictwach politycznych i różnice zdań w sprawach politycznych i społecznych mi nie przeszkadzają. Miłuję wszystkich bliźnich. Adam jako przywódca obozu tolerancji toleruje tylko tych, którzy podzielają jego obecne poglądy.

Lista Michnika

W „Tygodniku” zostałem awansowany na dziennikarza. Nasze drogi z Adamem rozeszły się ostatecznie, gdy w wyborach prezydenckich 1990 r. on stanął po stronie Tadeusza Mazowieckiego i grubej kreski, ja po stronie Lecha Wałęsy i przyspieszenia przemian. Utrzymywaliśmy jeszcze poprawne stosunki mimo wielu publicznych afrontów czynionych mi przez niego, m.in. podczas dyskusji w TVP.

Aż wreszcie przeszedłem do „Gazety Polskiej”. To zapewne ostatecznie zadecydowało, że zostałem w „Gazecie Wyborczej” wymieniony przez Adama wśród licznego grona jego przeciwników ideowych. Chodzi o tekst „Lista Michnika”, napisany na wzór „Listy Kisiela”. Przyjąłem to jako cenne wyróżnienie.

Jakiś czas potem podczas publicznej dyskusji na tematy polsko-rosyjskie w Audytorium Maksimum Uniwersytetu Warszawskiego mijał mnie siedzącego koło przejścia. Na wezwanie Aleksandra hr. Pruszyńskiego: „Oto spotkanie dwóch starych przyjaciół. Podajcie sobie, panowie, ręce!”, Michnik odparł „Dobra, dobra” i poszedł sobie w kierunku prezydium, nie patrząc nawet w moją stronę.

Od tego czasu nigdy go już nie widziałem.

Antoni Zambrowski

Za: Publikacje "Gazety Polskiej" (05.08.2012) | http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/438715,jak-trafilem-na-liste-michnika

Skip to content