Jak miliardy z Polski wypływają

Ile pieniędzy traci budżet państwa z tytułu przemytu towarów? Nikt tego nie wie, ale szacunki mówią o co najmniej kilku miliardach złotych rocznie i są to szacunki najbardziej optymistyczne. W rzeczywistości te kwoty mogą być znacznie wyższe. Towary trafiające nielegalnie do kraju i tu sprzedawane to nie tylko papierosy czy alkohol, ale również tak pospolite produkty jak odzież i obuwie. A jedno z centrów ich dystrybucji znajduje się pod nosem rządu, zaledwie 20 kilometrów od Warszawy – w Wólce Kosowskiej. Ogromne azjatyckie i tureckie centra handlowe znajdują się w idealnym miejscu, bo między drogami wylotowymi z Warszawy na Śląsk i do Krakowa. Łatwo tu trafić, bo kierowców zachęcają do przyjazdu ogromne, podświetlane w nocy reklamy. Gdy dojeżdżamy na miejsce, od razu widać, że Wólka Kosowska to miejsce ogromnego handlu. Świadczą o tym wielkie hale i zatłoczone parkingi. – Jest akurat poniedziałek, a chyba na początku tygodnia zawsze jest tu największy ruch, w inne dni jest już luźniej – mówi nam pan Zbyszek, który przyjechał na zakupy z Lublina. – Tu jest największy wybór towaru, jest tanio, a to dla mnie najważniejsze, bo przecież w sklepie mogę konkurować z innymi handlowcami tylko ceną – dodaje. Ja też podaję się za handlowca, ale początkującego, który jest tu pierwszy raz, bardziej, żeby się rozejrzeć, niż coś od razu kupować. – Tylko nie daj tego po sobie poznać, bo Chińczycy i Wietnamczycy wepchną ci najgorszy towar, a będą kazali za niego płacić, jak za najlepszy. Liczą, że nowy kupiec jest jeszcze naiwny i wszystko weźmie – ostrzega na pożegnanie. A w hali rzeczywiście można nabyć wszystko, czy prawie wszystko, co dotyczy butów i odzieży, ale oczywiście w ilościach hurtowych, w paczkach, w których znajduje się kilkanaście sztuk spodni, swetrów czy koszul. Można też kupić coś w detalu, jeśli akurat nie jesteśmy handlowcami szukającymi dostawców. Przybysze z Dalekiego Wschodu są mili, grzeczni, jeden przez drugiego przekonują, że mają towar najlepszej jakości, a do tego w najlepszej cenie. Można się jednak potargować. To ta pierwsza, oficjalna, strona medalu. Gdy jednak rozmawiamy z niektórymi kupcami, pokazują pewne „drobne” niuanse tutejszego handlu. Nikt specjalnie nie ukrywa, że zdaje sobie sprawę z tego, iż znaczna część towaru w Wólce Kosowskiej, może nawet zdecydowana większość, to towar nieewidencjonowany, za który nie zapłacono ani cła, ani podatku VAT, ale dzięki temu sprowadzany jest po zaniżonych cenach. Dlatego też można tu kupić swetry, które kosztują mniej niż wełna, z której są wykonane, czy buty tańsze niż skóra zużyta do ich produkcji. – Jak pan sobie życzy, może być faktura, ale doliczę oczywiście 23 proc. ceny – mówi Grzegorz (imię zmienione), zatrudniony w jednym z boksów. Potem dowiaduję się, że można dogadać się z właścicielami co do wielkości kwoty wpisanej na fakturę, czyli można nawet dostać dokument, że kupiło się towar za więcej, niż on kosztował w rzeczywistości. A taka faktura to już otwarta droga np. do wyłudzenia zwrotu VAT z urzędu skarbowego. Oczywiście trzeba wystawcy takiej faktury odpalić część jej wartości jako „wynagrodzenie”. Zasadniczo jednak ewidencja sprzedaży to tutaj pojęcie umowne. Dlatego nikt nie wie, ile produktów co roku przepływa przez Wólkę Kosowską. Ale ponieważ są to rzeczy tanie, wypierają z rynku krajowe produkty, za które przedsiębiorcy muszą odprowadzać wszystkie podatki, bo akurat krajowy biznes jest skutecznie kontrolowany przez urzędy skarbowe i ZUS. I choć wielu kupców narzeka też na kiepską jakość produktów z Dalekiego Wschodu, to jednak ich niska cena odgrywa kluczową rolę, bo i konsumenci chcą kupować tanio, godząc się na gorszą jakość. Często zresztą nie mają wyjścia, bo wiele polskich rodzin ma tak niskie dochody, że z trudem wiąże koniec z końcem i musi kupować tam, gdzie jest najtaniej. – To takie zamknięte koło. Chińczycy i Wietnamczycy są tani, więc niszczą polską konkurencję. Nasze firmy są zamykane, przerywają produkcję i handlowcy nie mają wyjścia, tylko muszą kupować azjatycką odzież i obuwie – tłumaczy ekonomista Jarosław Kłos, który przez kilka lat był dyrektorem finansowym w jednej z krajowych firm odzieżowych. Spółka splajtowała, bo nie miała szans z nieuczciwą konkurencją z Chin czy ogólnie z Azji. – Przy drastycznym ograniczeniu kosztów, zwolnieniu części załogi i tak nie byliśmy w stanie zaoferować takich cen, po jakich teraz widzę ubrania w Wólce – dodaje. A inni przedsiębiorcy mówią wręcz, że Wólka Kosowska to jedna wielka centrala paserska, gdzie handluje się w szarej strefie, gdzie kontrole instytucji państwowych są sporadyczne i niewiele dają. – Chińczycy i Wietnamczycy w czasie „nalotów” nagle zapominają polskiego języka, dla Europejczyka wszyscy oni wyglądają tak samo, więc nie wiemy tak naprawdę, z kim rozmawiamy, czy ta osoba przebywa w Polsce legalnie, czy nie, czy paszport, jaki pokazuje, należy do niej, czy kogoś innego – mówi nam funkcjonariusz Straży Granicznej, który brał udział w jednej z takich kontroli.

Puste kontenery
W jaki sposób miliony ton ubrań i butów oraz innych towarów trafiają do Polski w nielegalny sposób? Jak wygląda proceder oszustw podatkowych? Eksperci wyjaśniają, że metoda jest wbrew pozorom niezbyt skomplikowana. Zazwyczaj towary z Azji trafiają do Europy drogą morską, a portami docelowymi są najczęściej Hamburg i Rotterdam – stąd jest już blisko do Polski. Źeby jednak zaoszczędzić na cle i podatku, trzeba przedstawić odpowiednie papiery wwozowe, na których zaniżona jest wartość produktów. I od tej niższej wartości odprowadza się cło. A gdy już kontenery są na lądzie, mogą bez problemu wjechać do Polski, wszak jesteśmy w strefie Schengen i nie mamy posterunków granicznych na zachodzie. Samochody z towarem jadą więc do Wólki Kosowskiej i innych miejsc bez sprawdzania i tam odbywa się dalszy handel, w większości nieopodatkowany. – Kontrole są sporadyczne, bo przy takiej masie towarowej nie ma fizycznej możliwości, aby wszystko sprawdzić – tłumaczy nam jeden z celników. – Ale gdy już taką kontrolę przeprowadzamy, to bardzo często się okazuje, że mamy do czynienia z szarą strefą i oszustwami podatkowymi – dodaje. Eksperci podkreślają, że jedynym wyjściem jest nałożenie na importerów obowiązku składania deklaracji wwozowych, w których musieliby zapisać, jaki towar, w jakiej ilości i cenie sprowadzili, wówczas umożliwiałoby to jakieś narzędzia kontroli. W tej chwili bowiem nie wiemy nawet, jak duży jest import tekstyliów. Z uwagi na to, że tylko część tego obrotu jest rejestrowana i płacone są od tego podatki, po Polsce jeżdżą w większości puste kontenery, gdyż oficjalnie nie przewożą ani ubrań, ani butów. Zresztą Wólka Kosowska jest tylko przykładem, bo wiele firm ma kontakty w Azji, tam kupują towar, przywożą go do Polski i sprzedają za pośrednictwem własnych „sieci handlowych” np. na bazarach i targowiskach, gdzie praktycznie nikt nie pyta o rachunek, zaś kasa fiskalna nawet jak stoi, to jest nieużywana. Ile na tym traci Skarb Państwa? Trzeba dodać, że akurat ci sprzedający to ostatnie ogniwo handlu, mają tu najmniejszy zarobek, krociowe dochody są udziałem wąskiej grupy organizatorów tego całego systemu.

Miliardy uciekają
Jak poważnym problemem jest zjawisko przez nas opisywane, świadczy jedno ze śledztw, którego szczegóły ujawniły w tamtym roku prokuratura warszawska i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Organy ścigania rozbiły, przy współpracy z policjami i służbami specjalnymi z innych państw, międzynarodową grupę przestępczą, która trudniła się m.in. sprowadzaniem na wielką skalę wyrobów z Dalekiego Wschodu na podstawie fikcyjnych dokumentów wwozowych, dzięki czemu płaciła zaniżone cło i podatki. Grupa zajmowała się też nielegalnym transferem pieniędzy poza granice Polski i UE oraz legalizowaniem tych funduszy na kontach w bankach w „rajach podatkowych”. W Polsce i innych państwach zatrzymano kilkadziesiąt osób, a mózgiem całej operacji był Wietnamczyk mieszkający na Ukrainie. ABW twierdzi, że w ten sposób „został przerwany kanał transferu środków pieniężnych, którym wyprowadzono z Polski środki rzędu miliardów złotych”. Ale przecież ta grupa nie była jedyna, działa ich znacznie więcej i mogą czerpać podobne, a nawet większe dochody z nielegalnego importu. Państwo nie ma wyjścia, musi wreszcie podjąć walkę z nielegalnym importem z kilku powodów. Po pierwsze, chodzi o uczciwość w biznesie i równą konkurencję. – Jeśli ktoś nie płaci podatków, może sprzedawać swój towar taniej od tego, kto uczciwie rozlicza się z fiskusem. Tylko że ten uczciwy szybko wypadnie z rynku – mówi Łukasz Sitarski, doradca podatkowy. – Zresztą to właśnie ta nieuczciwa konkurencja jest jednym z głównych powodów zamykania polskich firm i przez to odpowiada też częściowo za bezrobocie – dodaje. Po drugie, jeśli ktoś zaniża wartość importowanego towaru lub jego ilość, to płaci tylko część należnych podatków, co oznacza, że Skarb Państwa traci co roku ogromne pieniądze, można je śmiało liczyć w miliardach złotych. Czy nasze państwo jest aż tak bogate, aby stać je było na taką rozrzutność? Gdyby ściąganie podatków funkcjonowało tak, jak należy, budżet miałby wyższe dochody i nie trzeba by było np. podnosić podatku VAT, jak zrobił to rząd premiera Donalda Tuska, a i dziura budżetowa byłaby niższa. Jak wynika z danych skarbowych i policyjnych, większość azjatyckich firm handlujących we wspomnianej Wólce Kosowskiej nie składa żadnych deklaracji podatkowych i nie płaci ani złotówki podatku (!). I taka sytuacja trwa od lat. Po trzecie, tolerowanie przez państwo tej sytuacji powoduje, że stwarzamy sami warunki do rozwoju przestępczości, struktur mafijnych. Skoro bowiem na prowadzeniu handlu w szarej strefie można zarobić miliardy złotych, to można być pewnym, że zainteresowały się już tym dawno różne grupy przestępcze. One takimi zyskami nie pogardzą, a mają też możliwości usprawnienia takiego systemu, aby zarabiać jeszcze więcej, kosztem oczywiście państwa i społeczeństwa. Ponadto w razie wpadki ewentualne kary sądowe i grzywny za nieopodatkowany handel są o wiele niższe niż w przypadku przyłapania przestępców np. na obrocie narkotykami czy fałszowaniu pieniędzy. A jeden z warszawskich policjantów mówił nam, że będziemy coraz częściej stykać się z nieznanym dotąd u nas zjawiskiem – działalnością mafii azjatyckiej. Bo skoro mieszka u nas coraz większa grupa imigrantów z Azji, to i przestępcy za nimi podążają. I wydaje się, że na razie Polska nie jest przygotowana na walkę z nimi.

Krzysztof Losz

Za: Nasz Dziennik, Piątek, 27 lipca 2012, Nr 174 (4409) | http://www.naszdziennik.pl/wp/5681,jak-miliardy-z-polski-wyplywaja.html

Skip to content