Rząd zaniedbał szkolnictwo niższe i wyższe

Aktualizacja: 2012-05-7 2:23 pm

Gospodarka w przyszłym roku będzie potrzebowała 69 tys. inżynierów. Uczelnie za pieniądze państwowe i prywatne produkują przede wszystkim humanistów, dla których nie będzie pracy

Tak, jak każdego roku i w tym, kiedy kwitną kasztany – matura. Jaką pracę można znaleźć po maturze? Jaką po studiach? Jeżeli nie mieszka się w dużym mieście, gdzie ewentualnie ze „średnim” może przyjmą do supermarketu, czy na sekretarkę do szkoły, albo gdzieś do biura, o zajęcie bardzo trudno. Maturzyści gremialnie wybierają się na studia. W Polsce mamy ok. 460 szkół wyższych wszystkich typów. W ub. roku kształciło się w nich ponad 1841 tys. studentów. Od roku 1990 odsetek studiujących wzrósł z 13 proc. osób w wieku od 19 – 24 lat do blisko 50 proc., ale ten wzrost nie przełożył się na jakość. Dziesięć procent bezrobotnych w Polsce to są dziś ludzie z wyższym wykształceniem. W niektórych regionach Polski niemal 60 proc. osób pozostających bez zatrudnienia nie ukończyło jeszcze 34 roku życia. To prawda, że bezrobocie szaleje, ale również widzimy, że absolwenci szkół wyższych nie posiadają umiejętności cenionych na rynku pracy. Zaniedbania są wieloletnie. W ub. roku na kierunki inżynieryjno techniczne, takie, jak m. in. informatyka, automatyka i robotyka, biotechnologia, mechanika i budowa maszyn zdecydowało się tylko 7 proc. aspirujących do otrzymania indeksów.
Prezes Klesyk: uczelnie produkują bezrobotnych

Polskie uczelnie przez wiele lat były nastawione na kształcenie kadry naukowej, dlatego magistrowie mają dużo wiedzy, ale niemal żadnych umiejętności praktycznych – uważają rektorzy. Jeśli nawet mają rację, że mamy tak świetnych teoretyków, w jakichś dziedzinach, ale bez potrzebnej praktyki, nie kiwnęli palcem, żeby to zmienić. W prywatnych uczelniach wyjaśniają na dodatek, że posiadają nadmiar tzw. kadry humanistycznej, a niedostatek z umysłami ścisłymi i co mają robić? Uczelnie muszą przecież funkcjonować, a kadra humanistyczna z czegoś żyć.

Tym bardziej szkolnictwo polskie potrzebuje nie kiedyś, ale już dziś, radykalnej reformy. Po wielu kierunkach studiów pracę znaleźć jeszcze trudniej, niż po maturze, bo pracodawca nie chce mieć na przykład „na kasie” nadąsanego pracownika, któremu wszystko się nie podoba, zwłaszcza tak niska pensja, wypłacana człowiekowi, bądź, co bądź, z dyplomem magistra. Ale często ten magister, mówiąc między nami, prawie niczego nie potrafi, pracodawca bywa zadowolony, gdy przynajmniej chętnie się uczy tego, co ma u niego robić. Zdarza się, że bystry magister filozofii dostaje pracę w banku, od czasu do czasu z zainteresowanym klientem pogadać może o Heglu, ale musi oczywiście nauczyć się liczyć pieniądze. Andrzej Klesyk prezes Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń oskarżył polskie uczelnie, w których trwają właśnie wybory nowych władz, że zajmują się produkcją bezrobotnych. Absolwentów polskich szkół wszystkiego trzeba uczyć od nowa, ze świecą szukać ludzi z umiejętnościami praktycznymi i zdolnościami zapewniającymi właściwą pracę w zespole. Uczą tego najlepsze szkoły na świecie, polskie wcale – mówi.

Kudrycka 17 maja zwołuje „okrągły stół”

Prezes PZU wbił kij w mrowisko. Problem, przed którym stanęła Polska, jak przed ścianą  świadczy o indolencji rządu, podważa potrzebę istnienia w tej formie, jak obecnie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, na którego czele od dobrych kilku lat stoi Barbara Kudrycka. Cóż Profesor robiła przez ten czas, kiedy przekonała się, że nie wypalił pomysł tzw. kierunków zamawianych, mimo obiecywanych niewielkich preferencji dla uczelni i studentów, którzy wybrali kierunki techniczne?

Nic Kudryckiej nie pozostało, poza uderzeniem się w piersi, że jednak szef PZU (firma zatrudnia ok. 12 tys. osób) powiedział prawdę, – co dziesiąty polski bezrobotny ma wyższe wykształcenie, ale niewiele ono znaczy, jeżeli absolwenci uczelni, mając dostęp do informacji, nie potrafią ich analizować, nie umieją odrzucać tych, które w konkretnym przypadku są zbędne, albo należy je zakwalifikować, jako śmieci. Minister przyznała więc, że uczelnie nie dają przygotowania praktycznego i kompetencji społecznych. Niestety, tego w programach szkół nie ma – zgodziła się.

Kolejny minister rządu Donalda Tuska zalicza i przyznaje się do zaniechań, a przecież o minister Kudryckiej długo było tak cicho, że aż musiała czuć błogość. Ponieważ dobrostan się skończył, minister od nauki zwołuje gwałtownie na 17 maja okrągły stół pracodawców i rektorów uczelni, ogłosi też konkurs na najlepsze dostosowanie nauczania w uczelniach do nowych warunków rynkowych i ofiaruje najlepszym z nich po 1 mln zł. Pieniądze (podatników) mają otrzymać wydziały, „które wymyślą sposób na zbliżenie się do biznesu i zmianę postaw studentów”.

„Bul” jest prawdziwym bólem

Cztery, pięć lat nauki, to jest kawał czasu, także mnóstwo utopionych prywatnych i budżetowych pieniędzy, a tutaj efekt gorzej, niż żaden. Czy Polskę na to stać? Jaki był narybek ze szkół średnich, taka okazała się ryba z dyplomem. Mówiąc między nami szkoła średnia powinna przynajmniej nauczyć młodzież podstawowego poruszania się w kapitalistycznym świecie, który ją otacza, a uczy tak, jakby młodzi żyli w Peerelu.

W szkołach brakuje utalentowanych i doświadczonych nauczycieli przedmiotów ścisłych. Większość maturzystów posiada blade pojęcie o inwestowaniu na giełdzie, funduszach inwestycyjnych, o tym jak założyć własną firmę. Nie ma pojęcia, jak się nie dać wywieść w pole, mając zgromadzone jakieś oszczędności otrzymane w prezencie od rodziny tzw. doradcom finansowym czyhającym i na małe sumki. Od takich spryciarzy, będących w istocie akwizytorami, aż się roi się w internecie, w związku z deregulacją zawodów będzie ich coraz więcej. Akwizytorzy, jako doradcy są też podsuwani klientom banków.

Narybek uczelnie dostają przede wszystkim z predyspozycjami humanistycznymi, jak się o uczniach nie dających sobie rady z matematyką, a niezłych w polskim zwykło mówić. Można się zastanowić, kto to jest ów „humanista”? Czy prezydenta Bronisława Komorowskiego historyka z wykształcenia, który słowo ból, pisze „bul” i w ogóle soli straszne błędy ortograficzne, a w historii mu się miesza, można uważać za „humanistę” tylko dlatego, że miał w szkole trudności z przedmiotami ścisłymi? Takie kryterium jest nieporozumieniem.

Powróćmy do korzeni tęgich polskich głów

Przypomnijmy, że człowieka renesansu (humanistę) interesowała również geometria, arytmetyka, astronomia, logika, rozwijał kreatywność we wszystkich dziedzinach. Coś się u nas pokręciło, uważamy, że humanistę wyróżnia niechęć do matematyki, fizyka też nie dla nich. Politycy – humaniści – dołączyli do tego nieznajomość języków obcych. To już zupełnie niepojęte, a jeszcze bardziej, że się tego za grosz nie wstydzą, pchając bezjęzykowo do Parlamentu Europejskiego.

Po raz drugi po 25 – letniej przerwie, na maturze obowiązkowa w tym roku jest matematyka. W końcu dostosowujemy swoje mózgi do mózgów reszty Europejczyków, powracając do korzeni, bo Polacy wcale nie byli matematycznymi tumanami. Niestety, ćwierćwiecze zrobiło swoje. Rok temu matematykę na maturze zdało 87 proc. uczniów, ze średnim wynikiem na poziomie podstawowym 48 punktów na 100 możliwych. Potem, chyba ci, którzy nie zdali, rzucali gromy na forach internetowych, że wprowadzenie na powrót matematyki na maturę w Polsce to skandal i katastrofa. Po co ona komu – chyba tylko żeby dręczyć młodych ludzi?

Jako nacja uważamy się jednak za wyjątkowo mądrych i wykształconych. Nawet pracując na zmywakach w Anglii, czy w Niemczech czujemy się lepsi od innych zmywających. Czy aby mamy rację, bo z patentami u nas ubogo, a „naukowego” Nobla” otrzymała bardzo dawno temu tylko Maria Skłodowska – Curie… Nie zawsze tak było, po pierwszej wojnie świat poznał tęgie polskie głowy. Nastąpił wtedy rozkwit ośrodków związanych z naukami ścisłymi we Lwowie i Warszawie. Do nauk matematycznych wprowadzone zostały takie pojęcia, jak „przestrzeń Banacha”, „paradoks Banacha – Tarskiego”, czy „dywan Sierpińskiego”*. Te geny nie zginęły zupełnie, jednostki odnoszą sukcesy, ale to za mało.

Wiesława Mazur

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze “Naszej Polski” Nr 18 (861) z 2 maja 2012 r.

 

* Poprawiono na “dywan Sierpińskiego” – red. BIBUŁA

Tags:

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=56404 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]