Smoleńsk: a jeśli FYM ma rację?

Czerwona strona księżyca FYM-a robi ogromne wrażenie. Zebranie tak obszernego materiału, uporządkowanie go, przemyślenie i w miarę składne (mimo powtórek) pozbieranie w całość, z której wyłania się wyrazista koncepcja musi budzić szacunek.

Jednocześnie książka wywołuje bardzo różne reakcje, które pod względem stosunku do Autora podzielić z grubsza można w sposób następujący:

  1. oszołom i paranoik – osoby podzielające wersję wypadkową;
  2. prowokator i obrazoburca – osoby podzielające wersję zamachową, jednak w wydaniu Zespołu Parlamentarnego, gdzie zamachu na delegację dokonano na miejscu, szczątki są autentyczne, pracownicy zaś Kancelarii Prezydenta są osobami godnymi najwyższego zaufania, traktowanymi niemal jak ofiary tej katastrofy;
  3. przewodnik dający do myślenia – osoby podzielające teorię maskirowki.

Nie ukrywam, że sam w sposób do tej pory dla mnie samego zaskakujący znalazłem się w 3. grupie. Dlaczego zaskakujący? Przeszedłem bowiem przez wszystkie wyżej nakreślone postawy, przy czym pragnę od razu uspokoić P.T. Czytelników, że przy pierwszej zatrzymałem się najwyżej na 2 doby, co pozwala mi zachować o sobie dobre zdanie.

Prace ZP posła Macierewicza odgrywają niebagatelną role w odkłamywaniu teorii wypadku. Gdyby nie ten trud pewnie ani prokuratura, ani komisje państwowe, ani dziennikarze nie kiwnęli by palcem, by poddać w wątpliwość choć jedno twierdzenie raportu MAK. Uparte dociekania zespołu, znajdowanie mimo dość powszechnej niechęci środowisk naukowych kompetentnych ekspertów, obalanie mitów to z pewnością wkład nie do przecenienia. Jednak komisja na skutek braku dostępu do materiałów z miejsca katastrofy (wrak, skrzynki, ciała) doszła już do ściany. Wszelkie możliwe obliczenia, jakich można było dokonać w oparciu o dostępną wiedzę, zostały już wykonane, teraz pozostają spekulacje. I o ile można przyjąć właśnie na podstawie stworzenia modelu matematycznego, że samolot nie zahaczył o brzozę i nie obrócił się, to teoria wybuchu, który część samolotu wywrócił na plecy, a część pozostawił w poziomie, nie wygląda poważnie. Są to jedynie spekulacje. A jeśli dołożymy do tego posiłkowanie się zdjęciem kokpitu, który z całą pewnością nie wygląda na kokpit tupolewa (choćby goleń), to ocieramy się o kompromitację.

Zespół Parlamentarny najbardziej ze wszystkiego boi się łatki oszołoma, próbuje więc zracjonalizować nieracjonalne. Mówi o zamachu, wdając się w karkołomne teorie, ale za nic nie wskaże na maskirowkę, by nie zostać wyśmianym. W ten sposób – paradoksalnie – chcąc przekonać do swej wiarygodności i pozostawania w kontakcie ze światem realnym, osuwa się w absurd.

Tymczasem to właśnie teoria maskirowki jako jedyna tłumaczy wszystkie wątpliwości i niespójności, na jakie natrafiamy podczas badania tej katastrofy. Tłumaczy też upór w przetrzymywaniu fragmentów samolotu i pozostających w Rosji przedmiotów związanych z pasażerami, choćby z oficerami BOR-u (kamizelki, broń), a także zakaz otwierania trumien.

Wygląd wraku i rozkład szczątków.

Sam poseł Macierewicz przedstawił prezentację, z której wynika, że elementy samolotu leżą odwrotnie niż powinny. Tego nie można wyjaśnić teorią wybuchu, bo szczątki musiałyby spadać dość bezładnie, jeden element zgodnie z lotem, inny przeciwnie, jeden w normalnej pozycji, inny w położeniu „plecowym”. Tymczasem jak słusznie zauważył przewodniczący wszystkie są odwrócone tyłem do kierunku jazdy i zamienione lewe na prawe. A jeśli ktoś przedobrzył? Dostał polecenie, by szczątki ułożyć odwrotnie, bo samolot leciał odwrócony wokół osi kadłuba, tak więc lewy silnik powinien znaleźć się po prawej stronie; tymczasem kładąc fragmenty maszyny odwrócił je dodatkowo również w osi poprzecznej, stąd rufa skierowana w stronę dziobu.

Brak dużej części samoloty, w tym kokpitu, samo poszycie bez wypełniających go materiałów, widoczne na zdjęciach zawiesia, wreszcie – sztuczny horyzont nie od tego typu samolotu, na co również zwracał uwagę sam Macierewicz! – wszystko to da się wytłumaczyć jedynie teorią maskirowki.

W niedawnej notatce w jednej z gazet czytamy:

Zdaniem polskich śledczych Rosjanie prostowali mocno wgniecioną pokrywę silnika. Robili to w pierwszych dniach po katastrofie 10 kwietnia 2010 roku, choć w oficjalnych dokumentach zapewniają, że badanie wraku rozpoczęli dopiero 16 kwietnia. Nasi prokuratorzy mają na dowód zdjęcia! 

– Są zdjęcia z tego czasu, na których obudowa silnika maszyny jest mocno uszkodzona. Potem, po 16 kwietnia, po badaniach wraku obudowa ta jest już w lepszym stanie – mówi nam osoba znająca kulisy śledztwa.

No właśnie, prokuratura ma zdjęcia, ale czy tego samego elementu, czy z wcześniejszej inscenizacji, jak sugeruje w jednym z rozdziałów FYM?

Początkowo był dość jasno formułowany zamiar przetopienia w Rosji tego samolotu. No bo co, jeśli spod białej farby nagle wychynąłby napis Aerofłot?

Ciała ofiar.

Niewiele jest relacji z miejsca zdarzenia, na których pojawiają się ciała. Generalnie krótko po katastrofie ambasador Bahr „nie widzi oznak życia”, ale też nie dostrzega zwłok, prezydenccy ministrowie nie widzą żadnych ciał przypominających znane im osoby, odnotowują niemożliwe do identyfikacji szczątki (np. tułów bez głowy), również słynny moonwalker Wiśniewski nie dostrzega i nie rejestruje ani jednej nieżyjącej osoby. A przecież praktycznie wszyscy powinni być zapięci pasami i siedzieć w fotelach. W cyklu Katastrofy w przestworzach można obejrzeć odcinek, gdzie kilka kilometrów od upadku z ogromnej wysokości samolotu znaleziona rząd siedzeń z pozostającymi w fotelach ofiarami. Tu mieliśmy podobno 20 m!

Także polska prokuratura nie ma wiarygodnej dokumentacji fotograficznej z etapu znajdowania i rozpoznawania ofiar. Ma jakieś czarno-białe lub niewyraźne kopie. A wystarczy przejrzeć relacje telewizyjne z wypadku kolejowego pod Szczekocinami, by dojrzeć grupę policyjnych techników, dokumentujących kamerami i aparatami fotograficznymi miejsce zdarzenia.

Nic tak nie tłumaczy braku ciał jak teoria maskirowki. Również zakaz otwierania trumien jakoś łatwiej zrozumieć, jak również stan zwłok ofiar, które do tej pory zostały ekshumowane (za każdym razem w relacjach pojawia się stwierdzenie bardzo dobrego stanu ciał).

Również sposób transportu (w trumnach, nie w specjalnych workach) z miejsca katastrofy dla wielu jest niezrozumiały, tłumaczony nierzadko odmienną ruską kulturą, brakiem przygotowania na takie zdarzenie. A przecież u nich takie sytuacje zdarzają się dość często, mają nawet specjalne ministerstwo na takie okazje.

Prof. Baden dziwił się, że do Polski przyleciały niedające się zidentyfikować szczątki ludzkie, podczas gdy badanie DNA pozwala na bardzo dokładną identyfikację nawet niewielkich fragmentów ciał ofiar. I znowu tłumaczy to maskirowka. Bo jeśli były to ciała tych „ofiar”, które mieli zobaczyć – posługując się FYM-owską retoryką – polscy akustycy?

Konieczne wydaje się ekshumowanie wszystkich, zwłaszcza oficerów BOR-u i załogi.

Bilingi, telefony, karty pamięci.

Co takiego jest w bilingach, że nie są dostępne? Wspomina się o logowaniu kilkunastu komórek w Rosji. Jeśli tak, to gdzie. Gdyby to były okolice Smoleńska, łatwo by można to wytłumaczyć w oficjalnej propagandzie, co więcej – wykorzystać przeciwko ofiarom (telefon Kaczyńskiego zakłócił działanie systemów samolotu, ależ by był news!). Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Może one logowały się z dala od Smoleńska?

Plan lotu, godzina katastrofy.

NIK potwierdziło bezsprzecznie to, co już wcześniej sygnalizował ś.p. Dariusz Szpineta (czy dlatego popełnił samobójstwo?) – na podstawie tamtych dokumentów nie sposób było lecieć do Rosji i zrealizować tam lądowanie. I znowu – tylko teoria maskirowki tłumaczy tę zagadkę.

Podobnie jak długotrwałe kłamstwo co do godziny katastrofy.

Niedawno oglądałem na Discovery Historia dokument nt morderstwa na ks. Niedzielaku. Film z wielu względów przygnębiający, ale bardzo a propos. Raz że ks. Niedzielakm określany nieraz ostatnią ofiarą Katynia, był przez całe dojrzałe życie związany ze sprawą ujawnienia prawdy o Katyniu; dwa że sprawa jego śmierci też była przez prokuraturę zamknięta jako wypadek, mimo obrażen jasno wskazujących na śmiertelne pobicie; trzy że śledztwo było mistyfikowane, nic nie wyglądało tak, jak było w rzeczywistości; cztery że w filmie wystąpiła Bożena Mamontowicz, bliska przyjaciółka księdza, demistyfikująca całe zdarzenie, ofiara tragedii smoleńskiej …

Książka FYM-a ma swoje słabości. Wbrew Rolexowi, niezmiennie mojemu ulubionemu blogerowi, nie jest to język. Język jest żywy, przez swą potoczność, wyrazistość i ironię dodatkowo wskazujący i podkreślający stosunek Autora do opowiadanej historii i jej bohaterów, uwypuklający to, co w ich narracji najważniejsze, a zarazem przez kpinę i wyśmianie potęgujący wrażenie tragizmu tego zdarzenia.

Słabością tej książki są natrętne powtórzenia tych samych myśli, jakie już wcześniej jednoznacznie prezentowano, pewna niekonsekwencja czy brak zdecydowania w opisie dziejów moonwalkera (raz niemal już wierzymy, że słynny film nakręcił dzień wcześniej, by jednak za chwilę nie mieć tej pewności, gdy opowieść wędruje w kierunku manipulacji z 10.04.), a także wątek 2 jaków. Wydaje się, że nie po to dobudowano salonkę, by utrudnić sobie sprawę umieszczania generałów w 2 samolocie, który też trzeba było jakoś przejąć, sprowadzić i wykonać resztę planu. Warto najpierw utrwalić pozornie nieprawdopodobną historię maskirowki i potem ewentualnie ją rozwijać, niż wystawiać się na prosty strzał z kolejnymi tajemniczymi wylotami. A tak omijając sedno bardzo łatwo rzecz całą po prostu wykpić jako fantazję.

Generalnie zachęcam do uważnej lektury, takiej bez uprzedzeń, bo wiele wskazuje jednak na to, że FYM jest jednym z nas, a nie przeciwko nam.

michal1000

Za: michal1000 blog (02.04.2012) | http://michal1000.salon24.pl/405080,smolensk-a-jesli-fym-ma-racje

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content