Klasa próżniacza podjudza – Stanisław Michalkiewicz

Gdyby oceniać sytuację po aktywności zwolenników socjalizmu w Internecie, można by uznać, że w Polsce albo już jest sytuacja rewolucyjna, albo lada dzień się pojawi. Wzbudzać to musi wielkie nadzieje w rewolucjonistach, zwłaszcza tych zawodowych, którzy żyją z niewymownych cierpień proletariatu, jak na przykład pani Joanna Senyszyn. To nie jest żadna demagogia, tylko określenie ścisłe, ponieważ pani Joanna, jako posłanka do Parlamentu Europejskiego, dochody swoje czerpie z pieniędzy przemocą odebranych polskim podatnikom, wśród których proletariusze stanowią zdecydowaną większość. Każdy kęs bułki z szynką zjedzonej przez panią posłankę Joannę Senyszyn, każdy łyk wypitej przez nią kawy, musiał zatem zostać wcześniej odjęty od ust jakiemuś proletariuszowi lub proletariuszce, albo ich biednemu dziecku. Warto o tym pamiętać, kiedy widzimy panią Joannę na manifestacji pod hasłem „przecinamy pępowinę”, w której chodzi o to, by państwo przestało finansować Kościół.

Państwo rzeczywiście przeznacza pieniądze budżetowe w ilości – jak ustalił „Money” – 1 630 mln złotych – w postaci płac nauczycieli religii w szkołach, subwencji dla katolickich uczelni oraz uposażenia kapelanów w wojsku, policji i innych służbach mundurowych. Ale religii w szkołach uczą się dzieci katolickich podatników, którzy mają, a w każdym razie – powinni mieć takie same prawa, jak podatnicy bolszewiccy, którzy twierdzą, że nie mają duszy. Może to nawet i prawda, któż w końcu takie rzeczy może wiedzieć lepiej od nich samych – ale nie o to tu chodzi. W katolickich uczelniach kształcą się studenci – obywatele polscy, których nikt o wyznanie tam nie pyta. Weźmy takiego posła Palikota, prof. Jana Hartmana z żydowskiego Zakonu Synów Przymierza, czyli loży B’nai B’rith, czy panią prof. Marię Szyszkowską – że wymienię tylko tę trójkę katolikożerców. Każdy z nich ukończył studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i chociaż różnie możemy oceniać rezultaty tego wykształcenia, to jednak niepodobna zaprzeczyć, że katolickie uczelnie służą wszystkim obywatelom, podobnie jak uczelnie państwowe.

Źeby było jasne – ja w ogóle jestem przeciwny temu, by państwo utrzymywało jakiekolwiek szkoły, czy uczelnie z pieniędzy odbieranych podatnikom pod pretekstem, że kształci ich dzieci. Najlepiej, gdyby każdy płacił za szkołę lub uczelnię – a gdyby państwo nie zabierało mu w podatkach tyle pieniędzy, jak czyni to obecnie, to z pewnością miałby z czego. Jeśli komuś wydaje się, że byłoby inaczej, to niech przez chwilę pomyśli – kto obecnie utrzymuje szkoły i uczelnie? Państwo, czyli podatnicy. Skoro podatników dzisiaj stać na utrzymanie szkół i uczelni oraz urzędników, którzy te szkoły i uczelnie obsiedli pod pretekstem, że „zarządzają oświatą” i „szkolnictwem wyższym” – to gdyby rozpuścić do domów tylko tych urzędników, od razu byłoby taniej. Zatem nie ulega wątpliwości, że podatników byłoby TYM BARDZIEJ stać na utrzymanie szkół i uczelni. Co więcej; gdyby każdy z nich płacił za edukację dziecka, nauka byłaby bardziej ceniona, niż obecnie, a nauczyciele cieszyliby się znacznie większym prestiżem.

Skoro jednak państwo daje pieniądze na uczelnie państwowe, to byłoby niesprawiedliwe, gdyby proporcjonalnie nie subwencjonowało uczelni katolickich, gdzie studiują dzieci takich samych podatników, jak w uczelniach państwowych. Zatem nie można powiedzieć, by te 1,6 mld złotych, jakie państwo przeznacza „na Kościół”, było futrowaniem Kościoła, który oprócz nauki religii i prowadzenia uczelni, prowadzi również przedszkola i ochronki dla sierot. Ale gdyby nawet było inaczej, to warto kwotę wydatkowaną na te cele porównać z jakąś inną – na przykład – z wydatkami na naszych Umiłowanych Przywódców, pierdzących w fotele w Sejmie, Senacie i Parlamencie Europejskim.

Okazuje się, że wydatki na Sejm i Senat w roku 2011 wyniosły 606 mln złotych, do czego trzeba dodać 114,21 mln zł subwencji dla partii politycznych, przyznawanej pod pretekstem by się nie korumpowały. Oczywiście nie ma to najmniejszego znaczenia, bo korupcja w Polsce, jak wiadomo kwitnie w najlepsze, zgodnie z zasadą, że najciemniej pod latarnią – ale mniejsza już z tym, bo z tego wynika, że nasza – pożal się Boże – „demokracja” kosztuje ponad 720 mln zł rocznie – a wszystko to przepuszczane jest przez przewody pokarmowe naszych jamochłonów, to znaczy pardon – oczywiście naszych Umiłowanych Przywódców – ale poza rosnącym zanieczyszczeniem powietrza i wód płynących oraz biegunką legislacyjną, nad którą nikt już nie panuje, żadnego pożytku z tego nie ma. To zresztą nie wszystko – bo do tych wydatków trzeba doliczyć też uposażenie 54 posłów do Parlamentu Europejskiego. Ci rzeczywiście doją Rzeczpospolitą bez opamiętania: poseł do PE dostaje 7 700 euro miesięcznie tytułem uposażenia. Do tego – 298 euro dziennie za udział w posiedzeniach PE. Do tego – 304 euro za udział w pracach komisji. Do tego – 4243 euro rocznie na podróże niesłużbowe – bo za służbowe – swoją drogą. Oprócz tego 4299 euro rocznie na biuro i 17 590 euro rocznie na „asystentów”, czyli służbę podręczną. Wynika z tego, że – nie licząc pieniędzy jakie europoseł dostaje za każdy dzień uczestnictwa w posiedzeniach PE i komisji – na każdego europosła przypada ponad 118 tys. euro wydatków rocznie, a zatem na wszystkich 54 – ponad 25,6 mln zł.

Wynika z tego, że zaledwie 614 Umiłowanych Przywódców z Sejmu, Senatu i Parlamentu Europejskiego potrafi wydoić z Rzeczypospolitej, to znaczy – z podatników – co najmniej 750 mln złotych rocznie – a przecież nie wzięliśmy w ogóle pod uwagę tych wszystkich prezydentów, premierów, ministrów i ich przydupasów. Tutaj w grę wchodzą już nie dziesiątki, a setki milionów, albo nawet i miliardy – zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę nie tylko koszty utrzymania tych wszystkich dygnitarzy, ale przede wszystkim – ich pomysły, jakby tu przychylić nam nieba. To jest prawdziwa czarna dziura, w której zniknęłoby bogactwo daleko większe, niż można wytworzyć w naszym nieszczęśliwym kraju. Ale wystarczy tylko te 750 mln złotych, jakie każdego roku doją z Rzeczpospolitej Umiłowani Przywódcy – bez jakiegokolwiek ekwiwalentu dla podatników. Zaledwie 614 aroganckich cwaniaków wydziera podatnikom połowę tego, co państwo przeznacza na opłacanie katechetów w szkołach, subwencje dla katolickich uczelni i uposażenie kapelanów wojskowych i innych służb mundurowych.

I dopiero na tym tle możemy ocenić perfidię zawodowych rewolucjonistów i żydowskiego lobby w Polsce, próbujących przy pomocy rozwydrzonych, bądź niezrównoważonych panienek szczuć opinię publiczną na Kościół katolicki. Być może jakimś szóstym zmysłem czują pismo nosem, czują, że sytuacja rewolucyjna rzeczywiście nadchodzi i rzutem na taśmę próbują skierować irytację ludzi w inną stronę. Miejmy jednak nadzieję, że to się nie uda i że kiedy pani posłanka Joanna Senyszyn pojawi się po raz kolejny na tego rodzaju manifestacji, ktoś ściągnie jej majtki na oczach całej Polski – bo chyba media głównego nurtu skwapliwie pokazałyby te wstydliwe zakątki?

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)    21 marca 2012

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2437

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content