Dla mnie Rada Etyki Mediów była – i jest – wyjątkowo nieetycznym gronem – rozmowa z Anną T. Pietraszek

Z Anną T. Pietraszek o Radzie Etyki Mediów rozmawia Błażej Torański.

Przez 3 lata zasiadała Pani w Radzie Etyki Mediów. Jakie popełnia ona nadal grzechy główne?

Zacznę od własnej historii. Kiedy zaproszono mnie do Rady Etyki Mediów byłam dumna, że zostałam dziennikarką zaufania publicznego. Bardzo mnie to nobilitowało i weszłam tam z ogromnym kredytem zaufania. Widziałam zacne nazwiska dziennikarzy o wieloletnim stażu, jak Magdalena Bajer, Maciej Iłowiecki czy Michał Bogusławski. To były dla mnie autorytety. Pan Iłowiecki wydawał się być dziennikarzem myślącym zdecydowanie prawicowo, pani Bajer lewicowo, ale oboje starali się być rzetelni i uczciwi w swoich wizjach świata.

Etyka nie ma barw politycznych.

Nie ma i, najkrócej mówiąc, jest to uczciwość i rzetelność. Zdolność szacunku dla osoby, która ma inny światopogląd. Ale ten szacunek winien obowiązywać obie strony. Nie może być tak, że jedna strona będzie szanować tylko wybrane osoby i jeden światopogląd.

Co Panią skłoniło do odejścia z REM?

Przede wszystkim fałszywe, obłudne postawy większości członków Rady. Dostawaliśmy stos korespondencji o naruszeniach zasad etycznych w mediach ogólnopolskich i regionalnych. Były to sprawy proste i skomplikowane. W przypadku małych mediów trzeba było dziennikarzy wspierać bardzo delikatnie, chronić przed wyrzuceniem z pracy. To były szczegóły. W sprawach istotnych, jak Radio Maryja czy TV Trwam, padło kiedyś stwierdzenie: „Nienawidzę Radia Maryja, ojca Rydzyka i kiedyś go wykończę!”.

Kto tak powiedział?

Nie mogę ujawnić, bo ta osoba podałaby mnie do sądu. Ale taka wypowiedź była! Myślałam, że to na fali emocji, że nie można tego brać na poważnie, że się komuś chlapnęło.

Potem miałam osobistą sprawę, której nie upubliczniałam, bo było to dla mnie żenujące i upokarzające. W intranecie Telewizji Polskiej, w której pracowałam na etacie, ukazał się paszkwil, szkalowano moje dobre imię. Poprosiłam o pomoc Radę Etyki Mediów, w której zasiadałam, ale usłyszałam, że nie warto stawać w mojej obronie, bo z tymi ludźmi się nie wygra. Mówiono mi, że przesadzam, że porozmawiają z kim trzeba. Ale nic takiego się nie stało.

Wpis był anonimowy?

Nie, autorami byli pułkownicy z mojej byłej redakcji wojskowej. Podpisali się z imienia i nazwiska. Mieli szerokie wpływy w TVP, a Rada im uległa, wystraszyła się, wolała z nimi nie zadzierać.

Jakie były jeszcze punkty zapalne? Według jakich standardów działała – i, jak przypuszczam – działa Rada Etyki Mediów?

Rada publikowała oświadczenia, jakby wszyscy jej członkowie podpisali się pod nimi jednogłośnie. Tymczasem wielokrotnie miałam odmienne zdanie, czegoś nie akceptowałam, a nikt mnie o tym nie informował, tylko upubliczniał. Do kresu doszliśmy w sprawie „listy Wildsteina”. Byłam przekonana o konieczności lustracji środowiska dziennikarskiego, ale Rada wolała zachować się delikatnie, enigmatycznie. Nie chcieli bronić Wildsteina. Pytali: skąd miał tę listę? Może ją ukradł?

Wyniósł z IPN. Takie jest prawo dziennikarza, a chronić dokumenty powinni urzędnicy.

Nikt go za to po sądach nie włóczył, więc może zdobył tę listę legalnie?

Dlaczego Rada nie chciała bronić dziennikarza? Byli w niej – a może nadal są – tacy, którzy Pani zdaniem winni być zlustrowani?

Ależ oczywiście. Prawdopodobnie chodziło im o to, aby chronić własne środowiska. W IPN jest wiele bulwersujących teczek dziennikarzy, którzy zwłaszcza ostatnio podnoszą głowy.

Wojciech Reszczyński powiedział mi, że nadal pracują w telewizji publicznej „tacy, którzy byli tajnymi współpracownikami komunistycznych służb i nigdy się nie zlustrowali”. Są wśród nich dawni delegaci na zjazdy partii, sekretarze POP, byli cenzorzy, a nawet ci, którzy pod marynarką nosili broń krótką. Czyżby przeniknęli również do Rady Etyki Mediów?

Bezpośrednio tacy ludzie może nie, ale na pewno członkowie REM mają bardzo silne związki z tymi środowiskami. To nie jest tak, że jakiegoś tajemniczego pana pomawia się o bieganie z bronią w ręku i w mundurze po telewizji w stanie wojennym. To jest konkretny człowiek, który do dziś publicznie wygraża prawicy, obraża katolików i czuje się bezkarny. Ten pan jest znany członkom Rady Etyki Mediów. Szkalował mnie w intranecie, ale Rada nie broniła mnie, tylko „Gazetę Wyborczą”. Nie chciałam z takimi ludźmi trzymać. Dla mnie Rada Etyki Mediów była – i jest -wyjątkowo nieetycznym gronem.

To wynik bałaganu czy świadomej manipulacji?

Nazwałabym to inaczej. To charakterystyczny rodzaj postkomunistycznej mentalności. Polega na tym, że Oni mogą być niesprawiedliwi, nierzetelni,  mogą kłamać, bo im wolno, bo mają przyzwolenie. Od pół wieku są bezkarni i nie ma jak się przed nimi obronić. Bo to Oni decydują w mediach, Oni mają przełożenie na tych panów, co latali z pistoletami po redakcjach. Oni mentalnie się wspierają. Kiedy Janusz Kurtyka obejmował urząd prezesa IPN powiedział, że najważniejszą sprawą dla bezpieczeństwa Polski, dla rozwoju jej demokracji i wolności jest odbudowa mentalności narodowej. Prawdziwie polskiej, rzetelnej, uczciwej, kierującej się wartościami podstawowymi, wyrosłymi z naszej wiary i tysiącletniej tradycji. Dekalog nie dotyczy tylko katolików. To jest podstawowy zbiór praw, którymi ludzie kierowali się od setek lat w Polsce i w Europie. Nigdy nie będziemy krajem ludzi normalnych, żyjących w poczuciu bezpieczeństwa, dopóki nie zyskamy spójnej mentalności narodowej. W swoim życiu spotykałam się z naruszaniem mojej godności, jako człowieka, a czasem nawet z brutalnymi uwagami o mojej religijności, z którą się nigdy nie obnosiłam. Wystarczyło, że ktoś zauważył u mnie medalik albo różaniec na palcu.

Także w Radzie Etyki Mediów?

Wyśmiewano mnie. Słyszałam kąśliwe uwagi, dostrzegałam dwuznaczne spojrzenia. To w  kontekście moich prób równego traktowania mediów typu „GW” jak i „Naszego Dziennika”, czy ewentualnego podjęcia obrony osoby dyrektora Radia Maryja…

Rada Etyki Mediów kruszy się od lat. Odchodzący z niej używają podobnych argumentów: że gigantom medialnym Rada wytyka drobne błędy, a atakuje media opozycyjne, niszowe. Źe toleruje chamstwo, jak w przypadku Nergala.

REM zwykle milczy albo czyni uniki, odpowiada dyplomatycznie, enigmatycznie. Cały czas, bez względu na skład, popełnia te same grzechy główne. Wypowiada się rzadko, w sprawach jednostkowych, nie spełnia swojej roli. Rada nie jest na równi lojalna wobec wszystkich mediów.

Środowiska prawicowych dziennikarzy, w tym Pani, powołały w styczniu Obywatelski Komitet Etyki Mediów. Czym się będzie różnić od Rady Etyki Mediów?

Jesteśmy krótko, ale szykujemy kolejne dwa twarde oświadczenia w sprawach dziennikarskich naruszeń rzetelności i prawdy.

Jan Pospieszalski, prowadzący w telewizji publicznej program „Bliżej”, poparł w manifestacji konkurencyjną TV Trwam. Według medioznawcy prof. Wiesława Godzica „przekroczył granicę”. TVP SA nie widzi problemu, bo Pospieszalski nie jest jej pracownikiem. Pani widzi?

Z pewnością nie będąc pracownikiem telewizji publicznej nie podpisał lojalki, jakie się tam podsuwa. Jako osoba prywatna nie przestał być dziennikarzem, ale ma prawo pracować dla wszystkich mediów i pokazywać się publicznie.

Dziennikarz ma prawo do deklarowania własnych poglądów i systemu wartości?

W Polsce nie ma publicznej kultury słowa ani poszanowania godności drugiego człowieka. Ten, kto silniejszy uważa, że ma prawo robić z drugim człowiekiem, co mu się tylko podoba. Ten, kto ma układy, przełożenia na władzę czy na sądownictwo, zawsze będzie chroniony. Na hucpę jest przyzwolenie i dobrze się ją opłaca. Świetnie mają się dziennikarze pozbawieni sumienia i nie kierujący się żadnym szacunkiem wobec interlokutora, którzy krytykują i upokarzają ludzi o innych światopoglądach. Dziennikarze, jak wszyscy, składają się z jakichś przekonań i światopoglądów. Dlatego mają prawo budować i rozwijać swoją świadomość, ale mają także obowiązek szanować  odmienne światopoglądy. Można drugiego człowieka publicznie „odkrywać”, ale nie poniżać. Polscy dziennikarze obecnie w większości nie są profesjonalni. Najłatwiej im zrobić szokujący materiał, zmanipulować wypowiedź wybitnej osoby, dowalić komuś i za to wziąć premię.  A poznanie dogłębne osoby, jej dorobku, wartości, dokonań albo odsłonięcie prawdy o niej – dla przeprowadzenia doskonałego dziennikarsko wywiadu to po prostu sztuka już nieznana, a przede wszystkim – niechciana przez decydentów, nieopłacalna !

Anna T. Pietraszek – wieloletnia dziennikarka telewizyjna, autorka filmów dokumentalnych, taterniczka, absolwentka Akademii Obrony Narodowej. Jest wiceprezesem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. W latach 2004-2007 zasiadała w Radzie Etyki Mediów. Teraz jest w składzie Obywatelskiej Komisji Etyki Mediów.

 

Za: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (8 marca 2012) | http://www.sdp.pl/rozmowa-dnia-anna-t-pietraszek | Rozmowa dnia - 8 marca 2012 roku

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content