Mijają niedługo dwa lata od tragedii narodowej 10 kwietnia 2010 r. i okazuje się, że im dalej w las tym więcej drzew. Mamy niby dwa śledztwa: prokuratury cywilnej i wojskowej, mamy parlamentarny zespół ds. wyjaśnienia „katastrofy smoleńskiej”, a bilans na dziś jest taki, że nadal wiemy, że nic nie wiemy. Dosłownie! Chyba, że za dogmat przyjmiemy narzucony przez Rosję scenariusz, a mianowicie kolizję z pancerną brzozą, która nota bene trafiła już na polskie monety okolicznościowe upamiętniające ofiary tragedii. Ładne upamiętnienie przez utrwalanie kłamstwa smoleńskiego. Jednak jaki pan taki kram, a prezesem Narodowego Banku Polskiego jest Marek Belka, właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Ale w tę bajkę, przy której trwa uparcie strona polska, mimo że MAK nawet już jej nie broni, że samolot mógł się rozbić o brzozę nie uwierzy nawet dziecko. Tym bardziej, że tupolewy wbrew temu co próbuje nam się wmówić nie są żadnymi latającymi trumnami. Te samoloty mają tak silną konstrukcję, że zdolne są wylądować w każdych warunkach terenowych. Nie bez powodu mówi się o nich „gniotsia nie łamiotsia”.
Wiedzy na temat jak, o której godzinie, gdzie konkretnie i dlaczego zginął polski prezydent i prawie sto znamienitych osób, w tym generalicja, z polskiej delegacji udającej się na obchody 70. rocznicy sowieckiego ludobójstwa w Katyniu, nie przybywa na lekarstwo. To czego przybywa to niewątpliwie makulatury produkowanej w tych pożal się Boże postępowaniach, oraz kłamstw i znaków zapytania, których zamiast ubywać pojawia się coraz więcej. Do tej pory nie wiemy na przykład dlaczego nie ma ani jednego, podkreślam, ani jednego zdjęcia z odlotu polskiej delegacji z Okęcia dnia 10 kwietnia.
Tak zwane polskie śledztwa są czystą fikcją przede wszystkim dlatego, że Warszawa nie dysponuje żadnymi dowodami w sprawie. Te, po oddaniu przez Donalda Tuska śledztwa Rosjanom, znajdują się w rękach strony rosyjskiej. Tak więc strona polska jest zdana na łaskę i niełaskę Kremla. Przekazywane przez Rosjan kopie z zapisów tzw. czarnych skrzynek nie stanowią materiału dowodowego. Opinia publiczna jest tylko karmiona rewelacjami, jak to Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie na podstawie kopii zapisów rozmów z pokładu tupolewa wykazał bezspornie, że gen. Błasika nie było w kokpicie. Czego by jednak IES nie wykazał, to jak długo nie bada oryginału, tak długo nie ma to żadnego znaczenia, bo nie stanowi dowodu.
Jak się można było spodziewać po krakowskiej ekspertyzie niektórzy tzw. eksperci reprezentujący punkt widzenia rządu RP nadal twierdzili, że obecność gen. Błasika w kabinie pilotów nie może zostać wykluczona. Pojawiły się owszem przeprosiny byłego ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego skierowane do wdowy po spotwarzanym pośmiertnie gen. Andrzeju Błasiku. Na kurtuazji jednak się skończyło. Od początku władze RP forsowały tezę o winie pilotów i ten kurs obowiązuje. Już 10 kwietnia minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, informując Jarosława Kaczyńskiego o tragedii obwinił za nią załogę tupolewa. Skąd Sikorski powziął taką wiedzę kilka chwil po katastrofie? Wątpliwości nie ma też prezydent Bronisław Komorowski, który w wypowiedzi dla TVP Info z 1 stycznia 2011 r. powiedział, że „prawda o katastrofie jest arcyboleśnie prosta” obarczając załogę pod dowództwem kpt. Protasiuka winą za podchodzenie do lądowania w skrajnie niekorzystnych warunkach. Potem był tak zwany raport komisji Millera, który w wielu punktach zbieżny był z raportem MAK, między innymi podtrzymując tezę o odpowiedzialności załogi, jak również o współodpowiedzialności generała Błasika za katastrofę. Nie ma co, Rosjanie bili brawo, aż im ruki puchły.
Parę lat temu na lotnisku w bazie wojskowej Manas w Kirgistanie, tupolew z prezydentem tego kraju na pokładzie zahaczył skrzydłem o tankowiec, i zahaczył tak nieszczęśliwie, że urwał sobie cztery i pół metra skrzydła czyli dokładnie tyle, ile podobno miało się urwać w Smoleńsku. Samolot jednak wystartował z tym odpadniętym skrzydłem, zrobił kółko nad lotniskiem, a następnie oczywiście zawrócił, ponieważ był niezdolny do dalszego lotu. Ale wylądował bezpiecznie i nikomu się nic nie stało. Natomiast ten zawadzony tankowiec pełen paliwa zaczął się palić i potężny pożar był gaszony przez kilkanaście godzin przez kilkadziesiąt jednostek straży pożarnej. Wszystko dokładnie odwrotnie niż w Smoleńsku. Tam od razu „wsie pogibli”, samolot w wyniku oderwania kawałka skrzydła miał zrobić półbeczkę i się rozpaść na kawałki, a paliwo się zdematerializowało. Jak to w ogóle możliwe, że po kilkunastu tonach paliwa na smoleńskim lotnisku Siewiernyj nie ma śladu, jak to możliwe, że po tym jak samolot runął nie było trudnego do ugaszenia pożaru? Jak to wreszcie możliwe, że nie było żadnego huku, że nie wyleciały szyby w oknach pobliskich budynków, mimo że wbrew temu co się mówi lotnisko nie jest położone z daleka od miasta? Jak to poza tym możliwe, że części z rozbitego samolotu zmieściły się na działce o wielkości około pół hektara, czyli na obszarze dwóch przeciętnych działek przydomowych. Takich, zdawałoby się dziecinnie prostych pytań nie stawia ani prokuratura, ani zespół parlamentarny p. Antoniego Macierewicza, ani nie stawiają ich dziennikarze.
A przecież aż ciśnie się na usta pytanie, czy na Siewiernym 10 kwietnia 2010 r. w ogóle miała miejsce jakakolwiek katastrofa? Wątpliwości ma przecież m.in. znakomity sowietolog, inicjator akcji powołania międzynarodowej komisji mającej zbadać tragedię smoleńską, prof. Jacek Trznadel. Coraz liczniejsze przesłanki, w tym te, które wymieniłam wyżej, wskazują, że tej katastrofy po prostu nie było, a polanka na lotnisku Siewiernyj była miejscem jedynie makabrycznej inscenizacji.
Ostatnio w Internecie została opublikowana analiza termoskopijna wraku tupolewa wykonana na podstawie filmu operatora Wiśniewskiego. A film ten, to przypomnę jedyny dostępny i autoryzowany materiał z Siewiernego, co w obecnej dobie, gdy prawie każdy telefon jest wyposażony w kamerę, stanowi kolejną zagadkę. Obróbka kadrów tego filmu w podczerwieni wykazała, że silniki tupolewa, które tuż po katastrofie powinny być gorące mają temperaturę otoczenia, pomiędzy 1 a 3 stopnie Celsjusza.
Ale zimne silniki to nie jedyna ciekawostka. Gdzie na przykład zniknął kokpit? Samolot przecież spadł z niedużej wysokości na miękkie podłoże, a przecież nawet podczas katastrofy nad Lockerbie, gdy Boeing747 runął po wybuchu bomby z wysokości ponad dziewięciu tysięcy metrów duży fragment kokpitu ocalał. Kokpitu tupolewa na Siewiernym w ogóle nie było, nie mówiąc już o torze w ziemi, który musiałby pozostawić sunący po niej kadłub. To, co przedstawia się nam jako kokpit m.in. w raporcie MAK jest przednią golenią podwozia. Kabiny pilotów być nie mogło, gdyż jest on czymś w rodzaju odcisku palca samolotu, czymś unikatowym z uwagi na wyposażenie elektroniczne. Przypomnę, że tupolew z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie był wyposażony w oprzyrządowanie elektroniczne inne, niż chociażby w bliźniaczym tupolewie o numerze bocznym 102. Nie można więc było umieścić na Siewiernym innego kokpitu, z tych samych przyczyn zniknął również wraz z fotelami ponad czterdziestometrowej długości przedział pasażerski. Fotele też były unikatowe, inne niż w maszynach seryjnych.
Słowem – im dalej od 10 kwietnia 2010, tym więcej wątpliwości wokół tamtej bezprecedensowej w historii Polski tragedii. Tym bardziej niezrozumiały jest opór wobec postulatów części rodzin ofiar przeprowadzenia ekshumacji ich bliskich. Skąd się bierze ten strach? Przecież w związku z wydanym w Rosji zakazem otwierania trumien także w Polsce nie jest do dziś znana ich zawartość.
Zgodnie z oficjalną wykładnią na Siewiernym doszło do zwykłej katastrofy lotniczej. Coraz więcej jednak wskazuje na to, że mamy do czynienia z jakimś drugim Gibraltarem.
W jednym i drugim przypadku jest całe mnóstwo niekonsekwencji w oficjalnych wybrakowanych, nie składających się w całość ani logiczną, ani chronologiczną wersjach, podobnie zarówno w przypadku Gibraltaru, jak i Smoleńska sprzeczne są relacje świadków. Jedni, jak na przykład Jacek Sasin, widzieli ciała ofiar na Siewiernym, inni, jak dajmy na to operator Sławomir Wiśniewski, nie widzieli szczątków poległych na sugerowanym miejscu zdarzenia. Podobnie było z relacjami dotyczącymi obrażeń, jakie miał odnieść gen. Władysław Sikorski – od jedynie „małej dziurki w oku” po zmasakrowaną twarz „z mózgiem na wierzchu”. W obu przypadkach jest też podawany do publicznej wiadomości zupełnie niejasny i nieprawdopodobny przebieg „katastrof”. Katastrofy takie się po prostu nie zdarzają.
Julia M. Jaskólska
Felieton wygłoszony 5 marca 2012 r. w Radiu Polonii 2000 w Chicago