Walking on the Moon

Zanim podejmę się recenzji pracy FYM-a [bloger Free Your Mind  – autor najważniejszego dotychczas i najwszechstronniejszego opracowaina dotyczącego tzw. katastrofy smoleńskiej – przyp. Red. BIBUŁA], a w drugiej kolejności omówienia osiągnięć Zespołu Parlamentarnego ds Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej, wypadałoby kilka słów o metodzie, bo przy okazji metody najczęściej dochodzi do gorszących i wstydliwych nieporozumień. Można je usprawiedliwić jedynie tym, że są nienowe; pozostają smutnym spadkiem po epoce pozytywizmu (a później marksizmu), kiedy to starano się ujednolicić metodę nauki narzucając naukom humanistycznym metody nauk przyrodniczych. Innym szkodliwym postulatem narodzonym mniej więcej w tym samym czasie było wymaganie katalogowania materiału dowodowego bez dokonywania jego selekcji z punktu widzenia wagi, jako ze uznawano wszelkie przed-badawcze (aprioryczne) założenia za wadliwe z istoty. Skutkiem był gwałtowny wzrost zużycia papieru, ale nie przyrost wiedzy. Metody nauk się różnią, bo inny jest przedmiot ich badań; podanie liczby wszystkich liter „o” w poemacie w niczym nie wzbogaci wiedzy o literaturze, a wiersz o stali nie posunie w przód rozwoju metalurgii.

Casus katastrofy smoleńskiej, z czysto badawczego punktu widzenia, jest dzisiaj elementem historii najnowszej i przedmiotem śledztwa prokuratorskiego. Z punktu widzenia metodyki pracy obydwie procedury badawcze się nie różnią; różnią się ich dalsze skutki. Efekty prac prokuratorskich wywołują skutki prawne, krytyczna ocena źródeł i tezy stawiane w ramach historycznej rekonstrukcji wydarzeń nie wywołują takich skutków, chyba że opracowanie historyczne zostanie uznane za materiał dowodowy śledztwa prokuratorskiego.

Ocena wiarygodności badanych materiałów dokonuje się na podstawie ich spójności, niesprzeczności i zupełności, ale również na podstawie wiedzy ogólnej i doświadczenia życiowego. Selekcja materiałów dokonuje się pod kątem założonych hipotez badawczych, które nie tworzą jakiegoś nieskończonego katalogu, ale właśnie ograniczony katalog. W interesującym nas przypadku katalog hipotez jest następujący:

a) awaria statku powietrznego (wypadek) lub

b) awaria naziemnych urządzeń naprowadzających (wypadek) lub

c) błąd ludzki (wypadek) albo*

d) zamach

*z logicznego punktu widzenia można by włączyć hipotezę zamachu jako kolejny człon alternatywy łącznej, to znaczy założyć możliwość wystąpienia wszystkich czterech czynników jednocześnie, ale nie robimy tego z powodów prawnych. Jeśli Paweł strzelał do Jana i trafił w głowę, to nie jest istotne, czy przed egzekucją Jan był pijany, potknął się i spadł ze schodów.

Wszystkie z podanych hipotez roboczych są równie prawdopodobne, bo wszystkie wystąpiły wielokrotnie w przeszłości, biorąc pod uwagę każdy z członów alternatywy łącznej jak i obydwa człony alternatywy rozłącznej. Wydaje się, że opisany katalog jest wyczerpujący, to znaczy nie uda sie do niego dołączyć jakiegoś innego członu alternatyw.

Obok – nazwijmy to – głównego nurtu prac badawczych, w zależności od przedmiotu tak historyka jak i prokuratora mogą wspomagać nauki pomocnicze, jednak to nie one determinują skład i wzajemne logiczne związki elementów katalogu hipotez. Zdarza się i tak, że do odkrycia dochodzi w zasadzie bez udziału nauk pomocniczych, choć wydaje się, że mogłyby być przydatne. Jednym z najsłynniejszych odkryć archeologicznych było odkrycie ruin Troi przez amatora Schliemanna, który odnalazł legendarne miasto zanim je odkopał, bazując na hipotezie, że świadek Homer jakkolwiek nie konfabulowałby w swojej opowieści o herosach, bogach, cyklopach i nimfach, to konfabulacje swoje umieścił w rzeczywiście istniejącym otoczeniu geograficznym, a to ze względu na cel eposu, którym było podtrzymywanie przywiązania do tradycji, ale i miejsca. W grę wchodziła tu ocena wiarygodności elementów homeryckich zeznań ze względu na cel związany z powstaniem zeznania.

Po tych krótkich uwagach metodologicznych Można przejść do recenzji „Czerwonej Strony Księżyca”, pracy napisanej przez FYM-a, a zbierającej w jedna całość olbrzymia ilość analiz materiałów dokonywanych przez setki ludzi na przestrzeni dwóch lat. Tu jednak jeszcze jedna uwaga metodologiczna. Relacja recenzent – przedmiot recenzji jest ograniczona do recenzowanego przedmiotu i percepcji recenzenta, tak w nauce Zachodu, a w zasadzie w każdej, bo innej nie ma. Natomiast inaczej w tzw. nauce sowieckiej, czyli pseudo-nauce, gdzie nie istnieje ocena merytoryczna, a jedynie polityczna, a o ostatecznej ocenie decydują inne czynniki: pochodzenie klasowe autora, jego związki z recenzentem, pochlebna lub nie pochlebna ocena autora lub kolegów autora o recenzencie, emocje, a przede wszystkim skutki polityczne, jakie z takiej czy innej oceny przedmiotu wynikają dla ideologii, państwa, partii i przywódcy. Jeśli ktoś preferuje drugiego rodzaju podejście może spokojnie zrezygnować z dalszej lektury.

„Czerwona Strona Księżyca” traktuje o tragedii smoleńskiej i zajmuje się krytyczną analizą źródeł: zeznań świadków zdarzenia (wypowiadających się poza reżimem kpk bądź jego rosyjskim odpowiednikiem), analizą dostępnych publicznie materiałów audio i wideo, informacji medialnych, uporządkowaniem tych relacji i umieszczeniem ich na osi czasu, oraz próbą rekonstrukcji faktycznego przebiegu wypadków 10 kwietnia 2010 roku na tej podstawie.

Tej analizie oraz postawieniu hipotez poświęcone jest szesnaście rozdziałów i dwa aneksy. Jako rozdział siedemnasty dodany został wybór bibliografii.

Układ książki, sposób sporządzania przypisów spełnia wszelkie wymogi pracy naukowej i po zapoznaniu się z nią nie mam wątpliwości, że mamy do czynienia z akademikiem, choć mam prawie 100% pewność, że z akademikiem prowadzącym działalność naukową bądź dydaktyczną poza Polską. Pomimo tego, że struktura pracy jest akademicka – stanowi faktycznie fachową, krytyczną analizę źródeł – autor zadecydował się na użycie potocznego języka (jestem pewien, że świadomie) starając się poszerzyć krąg potencjalnych odbiorców. Jedyna porównywalna praca naukowa, jaka przychodzi mi do głowy to praca doktorska Karola Zbyszewskiego „Niemcewicz z przodu i z tyłu”. Zresztą obydwaj autorzy posługują się tutaj bardzo zbliżoną metodą krytycznego omówienia źródeł, przy czym Zbyszewski korzystał z archiwów Kukiela, FYM posługuje się źródłami dostępnymi w mediach.

Na jednym z blogów osoby nie mającej pojęcia o rygorach pracy naukowej, za to bezbronnej wobec medialnego przekazu (nie potrafiącej się mu krytycznie oprzeć) spotkałem zarzut, który wprawił mnie natychmiast w dobry humor, a mianowicie taki, że praca jest „zbyt drobiazgowa”. Tak to bywa w nauce, że się nie chadza na skróty :). Jak widać nawet pomimo potoczystości języka zawsze znajdzie się grupa osób, dla których długość tekstu i ilość zawartych danych stanowić będzie barierę nie do przebycia.

Szczegółowe omawianie wszystkich pojawiających się wątków nie jest zadaniem recenzenta; te znajdą Państwo w książce; myślę natomiast, że w tym miejscu można przedstawić uproszczony schemat opartego na krytycznej ocenia źródeł myślenia prowadzącego od wykluczenia hipotez a) b) c) i przyjęciu hipotezy d) ale w jego zmodyfikowanej wersji „innego miejsca”, i przejść do analizy jednego z wybranych wątków.

Według mojej oceny ów plan wyglądałby tak:

1.      Opis przebiegu zdarzenia według wersji oficjalnej.

2.      Niemożliwość wytłumaczenia elementów wersji oficjalnej w żaden racjonalny sposób, co prowadzi do wniosku, że wersja oficjalna jest fałszywa.

3.      Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jaka jest prawda.

4.      Wobec wewnętrznej niespójności i sprzeczności wersji oficjalnej jedynym logicznym rozwiązaniem jest hipoteza zamachu dokonanego na polskiej delegacji przez państwo rosyjskie, przy współudziale państwa polskiego.

5.      Aby udowodnić tezę zamachu należy dokonać drobiazgowej analizy wszystkich dostępnych materiałów z miejsca zdarzenia oraz wypowiedzi świadków.

6.       Analiza prowadzi do wniosku, że 10 kwietnia 2010 roku nie doszło do katastrofy lotniczej na lotnisku Smolensk-Siewierny.

7.      Logicznym następstwem tego wniosku jest hipoteza, że do ataku na polską delegację musiało dojść gdzie indziej, a relacje medialne przedstawiają scenografię pozornej katastrofy lotniczej, czego dowodzi analiza materiałów dokumentujących miejsce rzekomego zdarzenia i wypowiedzi świadków zdarzenia.

8.      Podjęcie próby odpowiedzi na pytanie, gdzie do tego ataku doszło.

W części krytycznej trudno się do analizy dokonanej przez FYM-a „doczepić”. Logicznie rzecz ujmując można przesłanki rozumowania sprowadzić do następujących:

1. Opinii publicznej nie są znane żadne materiały dokumentujące wylot, przebieg lotu, proces podchodzenia do lądowania, przebieg katastrofy. Zapisy rozmów z centrum kontroli lotów wskazują jednoznacznie, że polskie służby straciły możliwość monitorowania przelotu Tu-154 nr boczny 101. Brak możliwości kontroli lotu potwierdziły zeznania oficerów BOR złożone przed Sejmowym Zespołem ds Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej.

2. Nie istnieje dokument niezbędny, by polski statek powietrzny mógł przekroczyć granice RP. Prezentowany w mediach jest sporządzony wadliwie i nie mógł być podstawą do wykonania lotu. Nb ekspert, który jako pierwszy dokonał oceny tego dokumentu nie żyje; popełnił samobójstwo podczas podróży do Indii.

3. Większość zeznań naocznych świadków podkreśla brak jakichkolwiek elementów zazwyczaj związanych z katastrofą lotniczą: brak odgłosu zderzenia się 90 tonowej maszyny z ziemią, brak ognia, brak dymu, brak bądź obecność kilku niezidentyfikowanych ciał, brak śladów przemieszczania się kilku- i kilkunastotonowych elementów na ziemi. Zniszczeniom koron drzew nie odpowiadają zniszczenia niższych partii, które musiałyby się pojawić na torze całkowitej dekompozycji kadłuba samolotu i koziołkujących, wielotonowych części poruszających się z olbrzymią prędkością. Pojawiające się później wersje zeznań zbieżne z wersją oficjalną mają strukturę „puchatkową”, to znaczy im bardziej świadek jest lub był związany z aparatem rosyjskiego bądź sowieckiego państwa, tym jego wersja jest bliższa oficjalnej.

4. Zarejestrowane materiały audio i wideo pokazują brak akcji ratowniczej i nieobecność członków jakichkolwiek służb ratowniczych na miejscu. Ubrani w strażackie uniformy ludzie poruszający się na pobojowisku tuż po katastrofie pojawiają się na jej rzekomym miejscu przed pojawieniem się jednostek straży pożarnej, i polewają wodą zimne elementy wraku. Jeden ze strażaków pali w miejscu, gdzie zgodnie z oficjalną wersją ma znajdować się kilkanaście ton paliwa lotniczego. Wniosek: na miejscu rzekomego zdarzenia nie ma paliwa lotniczego.

5. Analiza zdjęć rzekomych elementów wraku pozwala na wykazanie, że nie pochodzą z Tu-154 nr boczny 101 (ślady niedbałego malowania wyraźnie widoczne na elementach, niezgodność wzoru malowania z oryginałem).

6. Analiza materiałów (fotografii i materiałów video) pochodzących z miejsca rzekomego zdarzenia wskazuje wyraźnie na „modelowanie” miejsca zdarzenia już po katastrofie. Za udowodnione należy przyjąć przenoszenie elementów wraku i rozmieszczanie ich w taki sposób, żeby sugerowały późniejsze ustalenia zawarte w wersji oficjalnej (analiza zdjęć satelitarnych z dnia 11 i 12 kwietnia dokonana przez KaNo, analiza innych zdjęć wykonanych na miejscu zdarzenia). Zachowała się fotografia pokazująca dwie ścięte brzozy na miejscu rzekomego zderzenia Tu-154 (wychwycone przez MMarylę) z jedną z nich, stojące w odległości wykluczającej ich jednoczesne uszkodzenia przez przelatujący samolot. Drugie z uszkodzonych drzew „znika” w ciągu kilku godzin po katastrofie. Podobnie jest wykluczone, żeby samolot uszkodził jednocześnie linię wysokiego napięcia i spowodował szkody skatalogowane przez Amielina, rzekomo 13 kwietnia 2010 roku. Wniosek: uszkodzenia drzew, linii energetycznych nie zostały dokonane przez polski Tu-154 nr. boczny 101. Katalog Amielina, który stał się później kamieniem węgielnym wersji oficjalnej oraz sprzeczną z jakąkolwiek metodyką podstawą do wytyczenia fragmentu trajektorii lotu Tu-154 nr. boczny 101 przez Polską Komisję ds Badania Wypadków Lotniczych, wskazuje wyraźnie, że nie jest możliwe jej odtworzenie bez przeskalowywania modelu samolotu.

7. Na miejscu zdarzenia doszło do rozpoznania tylko jednej z ofiar tragedii. Rozpoznania ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego dokonał Jarosław Kaczyński, po zapadnięciu zmroku, w dniu 10 kwietnia 2010 roku. Po kolejnym rozpoznaniu, już w Polsce, świadek zeznał, że odniósł wrażenie, jakby oglądał dwie różne, zmarłe osoby. Świadkowie, którzy przebywali na miejscu zdarzenia 10 kwietnia 2010 roku mówili bądź o kilku ciałach bądź o ich braku, żaden z nich nie rozpoznał w widzianych ciałach żadnego z członków polskiej delegacji. Wszystkie pozostałe okazania zostały dokonane w Moskwie. Wniosek: na miejscu zdarzenia z pewnym prawdopodobieństwem znajdowało się w późnych godzinach popołudniowych ciało śp Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

8. Władze rosyjskie „wyprodukowały” masę wzajemnie sprzecznych ze sobą materiałów. Relacje rzekomych ratowniczek z Siewiernego okazały się być przedstawieniem wyreżyserowanym na potrzeby dezinformowania opinii publicznej, gdyż jak wiemy akcja ratownicza nie została przeprowadzona. Wysiłek włożony w manipulacje strony rosyjskiej i jej polskich rezonatorów pozwala na stwierdzenie, że na lotnisku Siewierny nie doszło do katastrofy lotniczej według wersji oficjalnej podawanej w mediach.

9. Z analiz zawartych w „Czerwonej Stronie Księżyca” wynika fakt selektywnego dopuszczania osób postronnych na miejsce zdarzenia w pierwszych godzinach po katastrofie. Bez przeszkód dostają się na jej teren późniejsi świadkowie, w stosunku do mediów wyposażonych w profesjonalny sprzęt rejestrujący blokada jest skuteczna i szczelna.

10. 10 kwietnia 2010 roku „zawiesza się” działanie wszystkich służb, które powinny w odpowiedni sposób zareagować na informację o tragedii. Brak bądź niewłaściwe działanie jednej służby można tłumaczyć przypadkiem, brak reakcji lub niewłaściwe postępowanie wszystkich można tłumaczyć tylko zaplanowanym i skoordynowanym działaniem centrum decyzyjnego. Efektem tego planu i jego wykonania jest brak na mniejscu zdarzenia jakiejkolwiek osoby, która mogłaby ocenić, co faktycznie wydarzyło się na miejscu zdarzenia. Wiele miesięcy po katastrofie na miejsce zdarzenia udali się archeolodzy – jedyni specjaliści tam obecni.

11. Z nieobecnością służb ratowniczych kontrastuje obecność sił milicyjnych i oddziałów wojskowych (na przykład tych z okręgu moskiewskiego, które zajmowały się rzekomym okradaniem zwłok), w tym Specnazu (w jakim charakterze?).

12. Wiele elementów „akcji” przeprowadzanej na Siewiernym wskazuje na inny rodzaj operacji niż deklarowany. Ponurą groteską było dostarczenie na miejsce zdarzenia trumien. Po co? Źeby złożyć w nie ciała, przewieźć śmigłowcem do Moskwy, i tam je wyjmować? Nie widziałem żadnej relacji z akcji wydobywania ciał z miejsca katastrofy lotniczej, której towarzyszyłyby trumny. Trumny na smoleńskim lotnisku Siewierny da się wytłumaczyć logicznie tylko w jeden, jedyny sposób. Nie służyły do wywożenia, ale do wwożenia.

13. Sprzeczności i niespójności relacji świadków. Wiele zeznań świadków wzajemnie się wyklucza i sobie przeczy. Zachowania świadków są momentami niezrozumiałe i irracjonalne.

Muszę podkreślić, że moja rekonstrukcja nie jest pełna, to znaczy w „Czerwonej Stronie Księżyca” niektóre z argumentów zostały potraktowane skrótowo, w porównaniu do materiału zaprezentowanego na blogach (wielu osób).

Teraz wypada sobie zadać pytanie, na ile hipoteza o zamachu na polską delegację w miejscu innym niż Siewierny jest prawdopodobna?

Otóż, najuczciwiej intelektualnie jak umiem muszę odpowiedzieć, że jest prawdopodobna. Tylko taka hipoteza w sposób całościowy tłumaczy, co stało się na Siewiernym, bez konieczności czynienia jakiś szczególnych dodatkowych założeń. Źeby to wykazać posłużę się polemiką z zarzutami, które tej hipotezie są stawiane. Pierwszy zarzut jest taki, że nie da się zmienić trasy przelotu państwowego statku powietrznego bez zarejestrowania tego faktu przez wyspecjalizowane służby polskie i zagraniczne. Owszem, nie da się, a więc w przypadku zmiany trasy przelotu służby różnych państw zarejestrowały taką zmianę. Jak dotąd jednak żadna z tych służb nie ujawniła zapisu takiego monitoringu, więc sprawa pozostaje otwarta. Otwarte pozostaje również pytanie: dlaczego żadna ze służb tego nie uczyniła, i dlaczego zdjęcia satelitarne z 10 kwietnia 2010 roku zostały utajnione do dzisiaj? Ich publikacja rozwiałaby wszelkie wątpliwości. W przypadku katastrofy lotniczej fakt ich ukrycia jest absolutnie niewytłumaczalny, podobnie jak niewytłumaczalny jest fakt polskiej odmowy na amerykańską propozycję przekazania posiadanych materiałów, oraz odsunięcie od sprawy jedynego prokuratora, który takie materiały usiłował (ponownie) pozyskać na potrzeby śledztwa prokuratorskiego.

Drugi zarzut, postawiony autorowi opracowania przez p.Aleksandra Ściosa – a więc człowieka posiadającego głęboką wiedzę i zmysł analityczny – jest taki, że atak na polską delegację wykonany w w dwóch miejscach; faktyczny, fizyczny atak i atrapa wypadku, jest trudniejszy do wykonania niż atak na Siewiernym. Absolutnie nie wątpię w dobre intencje p. Aleksandra Ściosa dlatego wiem, że on ten zarzut stawia pro publico bono. Rozumiem intencje, ale pozwalam sobie się z nimi nie zgadzać, co uzasadnię szerzej w trzeciej z cyklu notek podsumowujących dwa najważniejsze lata w polskiej powojennej historii.

Otóż jest dokładnie odwrotnie. Zamach wykonany w dwóch miejscach ułatwia, a nie utrudnia jego przeprowadzenie. Istota powodzenia akcji eliminacji przywództwa państwa, z którym nie pozostaje się w stanie wojny, i które należy do wrogiego paktu wojskowego, polega na zapewnieniu całkowitej kontroli nad każdym elementem zbrodni, tak w czasie jego wykonania, jak i po jego dokonaniu. Inaczej niż w klasycznych zamachach terrorystycznych, w tym przypadku terroryści nie chcą, aby pojawiły się dowody wskazujące sprawstwo.

Gdyby Rosjanie chcieli dokonać ataku terrorystycznego na polską delegację na lotnisku Siewierny, to jako państwo dotknięte plagą zamachów terrorystycznych mogli tego dokonać otwarcie obciążając którąś z działających w Rosji organizacji terrorystycznych. Proszę zauważyć, że sprzyjała by im cała towarzysząca zdarzeniu późniejsza narracja: o bałaganie w służbach polskich i rosyjskich, o nieobecności BOR-u, o braku zabezpieczenia, o miejscu położonym obok lotniska, na które każdy mógł wchodzić, o mgle, która utrudniała widoczność. Zamach terrorystyczny wykonany obcą ręką dawałby masę możliwości interpretacyjnych korzystnych dla Rosjan. Obok bezpośrednich korzyści płynących z likwidacji polskiej delegacji. Usprawiedliwiałby potężną czystkę na Kaukazie, wprowadzenie akcji policyjnych wymierzonych w opozycję przy pełnym zrozumieniu cywilizowanego świata, wzmocniłby pozycję siłowników i samego Putina, dałby Putinowi możliwość propagandowego rozegrania „zamachu” w postaci przykładnego wykrycia i ukarania sprawców, czym zaskarbiłby sobie wdzięczność Polaków, oraz przeprowadzenia w pełni otwartego śledztwa z udziałem międzynarodowym. Nie istniałby problem wraku, czarnych skrzynek, kamizelek kuloodpornych i broni BOR-owców. Środki łączności Rosjanie i tak by sobie przywłaszczyli, a przy biernej postawie rządu polskiego spotkałoby ich i tak to, co ich spotkało, to znaczy połajanki polskich blogerów i Zespołu Parlamentarnego.

Ewentualne użycie broni (konwencjonalnej lub nie) groziłoby ponadto szybkim wykryciem tego faktu. Jak pamiętamy miejsce zdarzenia było chronione przez kilka godzin po katastrofie, a dostęp do niego miały jedynie starannie wyselekcjonowane osoby. Później jednak miejsce to nie było chronione wcale. Jak wiemy fragmenty wraku znalazły się w rękach osób prywatnych. Zdobycie takich fantów przez obcy wywiad działający w Rosji byłoby dziecinnie proste, a wykrycie śladów użycia substancji wybuchowej byłoby naturalną (i technicznie banalną) konsekwencją wejścia w ich posiadanie. Zauważmy, że wszelkie działania służb rosyjskich po zdarzeniu były nakierowane nie na zabezpieczenie możliwie wszystkich pozostałości wraku (ich istnienie uwiarygadniało wersję oficjalną), ale na likwidację całej towarzyszącej zdarzeniu scenografii. Pozostawiono jedynie te elementy, które później miały posłużyć w propagandowej akcji „brzoza”. Ta właśnie brzoza (ta z dwóch, która wygrała casting na bycie przyczyną katastrofy i przeżyła konkurentkę o długie miesiące), stała się głównym rekwizytem polsko-rosyjskiego przedstawienia, i doczekała się czułych uścisków fotoreporterów, dziennikarzy, dwóch prezydentów; została nawet uwidoczniona na monetach bitych przez NBP. Tego ostatniego już nie doczekała, bo wcześniej podzieliła los innych elementów krajobrazu natychmiast po tym, kiedy przestała być potrzebna, a podkreślmy w tym miejscu, że ta smutna bohaterka mogła się stać kluczowym, materialnym dowodem wersji oficjalnej. Prowadzone przy otwartej kurtynie badania rzekomo wbitych w nią elementów skrzydła samolotu mogłyby poważnie zachwiać argumentami strony niechętnej tej wersji.

Zamach dokonany na Siewiernym, czy to rękami „terrorystów”, czy to przy założeniu późniejszego upozorowania wypadku, byłby kłopotliwy ze względu na niemożliwość kontrolowania jego przebiegu. Można byłoby być może precyzyjnie doprowadzić do detonacji, ale nie sposób przewidzieć, jakie będą jej skutki, to znaczy gdzie spadną szczątki, bo niekontrolowalnym elementem byłoby zachowanie się załogi i innych osób mogących mieć wpływ na decyzje podejmowane na pokładzie zanim nastąpi manewr podejścia do lądowania, ale również w jego trakcie, a mam na myśli rzekomo znajdującego się w Tu-154 w momencie zdarzenia dowodzącego zabezpieczeniem wizyty majora Florczaka, który miał obowiązek (i nic nie wskazuje na to, by go zlekceważył) wydać polecenie odejścia (bądź nie podchodzenia do lądowania) w sytuacji braku kolumny prezydenckiej w bezpośredniej bliskości pasa, i braku meldunku o przeprowadzonych czynnościach zabezpieczenia pirotechnicznego. Takiego meldunku, jak wiemy, otrzymać nie mógł, ergo – nie mogło dojść nawet do procedury podejścia do lądowania, bo i po co? Źeby wykonać ryzykowną procedurę ćwiczebnie?

Dopiero przejęcie polskiej delegacji i skierowanie jej na inne lotnisko, bądź dokonanie zniszczenia statku w innym miejscu pozwala na uniknięcie wymienionych zagrożeń i całkowitą kontrolę nad przebiegiem wydarzeń. Podkreślmy tutaj: zamach musiał być wykonany w 100% skutecznie; nie można było pozwolić na to, by ktokolwiek z polskiej delegacji przeżył, i żeby jakikolwiek z etapów jego przeprowadzania został dostrzeżony bądź utrwalony przez osoby postronne. Lotnisko w Smoleńsku w dniu wizyty głowy obcego państwa, przy obecności dużej liczby zagranicznych gości w Katyniu i ekip telewizyjnych nie dawało takiej gwarancji. Smoleńska mgła (fantastycznie wychwycone ujęcie z „hoboczkami” produkującymi mgłę) mogła przykryć operację ustawiania inscenizacji, ale nie zamach i rozpad 90 tonowej maszyny.

W tym miejscu warto przypomnieć szeroko omawianą przez autora amatorską  dokumentację wykonaną przez S. Wiśniewskiego, który sfilmował wszystko – mgłę poprzedzającą zdarzenie, miejsce zdarzenia, szczątki samolotu, szachownice, czarne skrzynki, ale nie nadlatujący samolot (nawet przy słabej widoczności przy odległości 400 metrów zarejestrowałby się huk silników). Powstaje pytanie, czy brak tej jednej minuty w nagraniu jest skutkiem zaskakującego zbiegu okoliczności, czy też jest następstwem braku takiego zdarzenia jak zbliżanie się Tu-154 do płyty lotniska Siewierny?

Szczególne miejsce zajmuje w „Czerwonej Stronie Księżyca” krytyczna analiza zeznań świadków. Jest ona oczywista, w kontekście przyjętych założeń metodologicznych. Ta analiza, stawiane pytania, wzbudziły wśród publiczności falę krytyki podpartej emocjonalnym argumentem, że „nie można krytykować i zarzucać nieścisłości świadkom bliskim ofiarom, a przy tym świadkom stojącym <<po naszej stronie politycznej barykady>>”. To nieporozumienie wynika po raz kolejny z niezrozumienia istoty metody krytycznej oceny źródeł. Ani stosunki świadków z ofiarami, ani ich osobiste przymioty, ani poparcie jakim się świadkowie ewentualnie cieszą w tych lub innych kręgach, nie ma żadnego znaczenia. Znaczenie ma spójność ich relacji oraz racjonalność podejmowanych przez nich działań. Czy (czytelne) poddanie w wątpliwość spójności zeznań ministra Sasina jest atakiem na niego samego? Źadnym, jeśli one rzeczywiście są niespójne, a przyznać trzeba, że są zastanawiające. Ludzie mijają się z prawdą w swoich wypowiedziach publicznych z rożnych powodów, nie tylko z hipotetycznej chęci ukrycia swoich niecnych czynów, ale również powodowani chęcią działania dla dobra publicznego, ze strachu, z powodów taktycznych…

Minister Sasin jest jednym z nielicznych ludzi, którzy przeżyli przygotowanie prasowych nekrologów i to pomimo, że już od godzin przedpołudniowych czasu smoleńskiego wiadomo było, że nie znajdował się na pokładzie feralnego Tu-154. Śmierć ministra Sasina wydawała się tak szczególnie pewna, że jej dementi wzbudziło żywe zainteresowanie najważniejszej, po śmierci L.Kaczyńskiego, osoby w państwie. Jak poinformował Zespół Parlamentarny Witold Waszczykowski, marszałek Komorowski, którego Waszczykowski spotkał w prezydenckiej kancelarii zachowywał się w kwestii Sasina dość specyficznie: „z tego co pamiętam, marszałek był zaskoczony tą informacją. Pytał jak to możliwe, że tam nie znalazł się Jacek Sasin. Powtarzam, był zaskoczony tym, że minister Sasin żyje”.

Pamiętajmy, że podana jako pewna liczba 97 ofiar Smoleńskiej katastrofy utrzymywała się w mediach dość długo.

Minister Sasin był ponadto jedyną osoba, która stanęła samotnie przed obliczem rosyjskich „pograniczników” w odgradzającym od widoku osób postronnych namiocie, by uzyskać łaskawą zgodę na opuszczenie „gościnnej ziemi rosyjskiej”. I minister Sasin znając rzeczywisty przebieg wypadków (przy założeniu hipotezy 2M) musiał sobie doskonale zdawać sprawę, że jego wrogowie są nie tylko w Moskwie, ale – przede wszystkim – w Warszawie.

Minister Sasin był najwyższym członkiem polskiej delegacji i najwyższym przedstawicielem państwa polskiego, który zniknął z miejsca zdarzenia, i to w czasie najbardziej gorączkowych przygotowań, na jakiś bliżej nieokreślony czas, który – w zależności od wersji zeznań – trwał do 30 minut do pół godziny, a według ministra Sasina miał być spędzony na oglądaniu historycznych pozostałości dawnej polskiej potęgi. W mgle gęstej jak mleko, jak twierdzą inni świadkowie – mieszkańcy Smoleńska (o ile nimi są).  

To czego mi w książce FYM-a zabrakło to postawienia „kropki nad i” w tej sprawie, i podjęcia próby odpowiedzi na pytanie: dlaczego Sasinowi miano by darować życie? Zamachowcy musieli sobie zdawać sprawę, że nawet jeśli nie ujawni prawdy publicznie, to w prywatnej rozmowie opisze rzeczywisty przebieg wypadków bliskim i zaufanym osobom. Owszem, Sasin jako osoba wiarygodna i bliska prezydentowi byłby cennym nabytkiem dla akcji dezinformacji. Ale tutaj i tak zyski nie dorównują ewentualnym stratom. Jedyne, co potrafię teoretycznie założyć, aby „sprawa Sasina”, w kontekście w jakim stawią ja FYM była logicznie spójna, to teza, że Rosjanie nie mieli lepszego wyjścia niż skreślić Sasina z listy poległych, żeby zgadzała się liczba 96 ofiar.

To znaczy – proszę pamiętać, że ja nie piszę o tym, w co sam wierzę, ale spekuluję w celu uzupełnienia hipotez zawartych w książce „Czerwona Strona Księżyca” – w czasie inscenizacji smoleńskiej doszło do zdarzenia, którego następstwem była śmierć któregoś z członków prezydenckiej ochrony. To by tłumaczyło „kłopoty” z wydaniem kamizelek kuloodpornych i broni BOR-owców, to by również tłumaczyło zarejestrowane strzały z broni palnej, które miały mieć miejsce w okolicach zdarzenia, a których autentyczność została potwierdzona. To by tłumaczyło cały słynny „film Koli”. Jest oczywiste, że teza o „dobijaniu rannych” z broni nie wyposażonej w tłumiki jest bzdurna, ale hipoteza strzałów oddawanych przez funkcjonariusza BOR-u już nie. Pojawienie się takiego funkcjonariusza na miejscu zdarzenia byłoby oczywiste i wynikało z wypełnienia obowiązku ciążącego na funkcjonariuszach BOR-u z mocy ustawy.

Oddawanie przez niego strzałów (ostrzegawczych) i próba odnalezienia i zabezpieczenia ciała prezydenta Kaczyńskiego również (a prezydent Kaczyński MUSIAŁ posiadać urządzenie pozwalające na jego lokalizację) nie może zostać uznane za założenie zbytnio na wyrost. Przy założeniu hipotezy 2M taki funkcjonariusz nie mógł przeżyć, bo jako fachowiec zorientowałby się, że ma do czynienia z inscenizacją (choćby nie mogąc zlokalizować ciała prezydenta i nie mogąc doliczyć się ciał w ogóle). Takie zdarzenie byłoby dla strony rosyjskiej mocno kłopotliwe, bo łatwiej lansuje się tezę o jednym nieprawdopodobnym wydarzeniu, gorzej lansuje się tezę o dwóch, chociaż próbowano, bo przypomnijmy, co o tajemniczej śmierci na ziemi smoleńskiej pisał „Fakt” w maju 2010:

„Czy w kwietniu ubiegłego roku w Smoleńsku zginęło 97, a nie jak na początku podawano 96 osób?

Takie informacje podaje TVP Info. 97 ofiarą Smoleńska miał być jeden z ratowników naszych wschodnich sąsiadów. Miał zostać przygnieciony przez wrak tupolewa w trakcie podnoszenia go. W dźwigu miała urwać się lina.

Tych informacji na konferencji prasowej nie chciał potwierdzić jednak prokurator generalny Federacji Rosyjskiej Jurij Czajka.

Jak widać więc w sprawie Smoleńska wciąż jest więcej niedopowiedzeń niż odpowiedzi.”

Dodajmy, że sama wiadomość TVP info brzmiała jednak trochę inaczej:

„Trzy dni po katastrofie Tu-154M nr 101 na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj zginął funkcjonariusz Ministerstwa ds. Nadzwyczajnych Federacji Rosyjskiej”.

Nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby na obleganym przez dziennikarzy 13 Kwietnia 2010 miejscu zdarzenia fakt wypadku, przyjazd karetki na sygnale, mógł przejść niezauważony. No chyba, że jak lina pękła, to znów „wsie pogibli”.

Jak wiemy, stanęło na 96 ofiarach, ale być może było ich 97 lub… 98? Informacji o śmierci funkcjonariusza Ministerstwa ds. Nadzwyczajnych Federacji Rosyjskiej” prokurator Czajka mógł sobie nie potwierdzać, bo nie ma papieru nie ma człowieka, ale ewentualną śmierć członka oficjalnej delegacji na miejscu zdarzenia trudno byłoby wyjaśnić, i cała narracja o „wypadku”, w którym „wsie pogibli” miałaby mocno pechowy start.

Jak można było rozwiązać ten palący problem? W jedyny możliwy sposób: poprzez „wsadzenie” funkcjonariusza do Tupolewa i pójście w zaparte w sprawie kamizelek i broni. Ale żeby zgadzało sie 96 ofiar, którąś z ofiar z listy trzeba było skreślić.

To oczywiście tylko supozycja, być może są jeszcze inne racjonalne wytłumaczenia w ramach hipotezy 2M zaproponowanej przez FYM-a, chociaż ja nie widzę innego motywu ewentualnego skrócenia listy poległych niż paląca konieczność.

Występujący przed Zespołem Parlamentarnym funkcjonariusz BOR-u poddał w wątpliwość obecność na pokładzie TU-154 dowódcy zabezpieczenia wizyty w Smoleńsku. Wprost. Podał również informację, że według jego wiedzy obecny w Katyniu funkcjonariusz BOR-u miał podjąć decyzję o ewakuacji członków polskiej delegacji. Byłaby to decyzja irracjonalna w przypadku wypadku bądź braku wiedzy o zamachu. Byłaby całkowicie zrozumiała, gdyby do śmierci uczestnika obchodów doszło na miejscu zdarzenia, po tym jak zdarzenie miało miejsce.

Występująca przed tym samym gremium córka śp. Zbigniewa Wassermana wypowiedziała – relacjonując czynności prokuratury w sprawie badań wykonanych przy okazji ekshumacji – inną kwestię, która do dzisiaj, niepokojąco dźwięczy mi w uszach: „Państwo nie wiecie jak długo oni żyli po tej tragedii. I nigdy się nie dowiecie”.

Pora przejść do mankamentów książki FYM-a, bo taka rola recenzenta. Mam wątpliwości, co do przyjętego stylu. Jak wspomniałem na początku, rozumiem świadomy wybór sposobu pisania tej książki, by czytała się łatwo i była dostępna dla każdego Czytelnika. Zgadzam się, że napisanie jej manierą naukową byłoby poważnym błędem. Natomiast specyficzna (bardzo trafiona z drugiej strony) terminologia nadająca książce ładunek emocjonalny, który dobrze, że się w niej znalazł, czyni z niej pozycję w zasadzie hermetyczną i przyswajalną jedynie przez polskiego czytelnika, bo powiedzcie mi, jak przetłumaczylibyście na obcy język „leśnego dziadka” w sposób, który oddaje znaczenie tego określenia? „Forest’s dwarf”? Nierealna postać rodem z baśni opowiadająca nieprawdopodobne historie? A co począć z nieszczęśliwymi „ruskimi”? „Ruskies”? Nie przejdzie, jeśli miałoby to się odnosić do całego narodu, a mało kto na świecie rozumie naturalne dla nas rozróżnienie pomiędzy „Rosjanami”, a „Ruskimi”. „Rosjan” szanujemy i lubimy, „Ruskich” nienawidzimy i pogardzamy nimi.

Drugi mankament jest poważniejszej natury. Otóż jak każdy człowiek, który zanim zaczął pisać miał etap „wchłonięcia” całej dostępnej wiedzy za sobą, a potem musiał dokonać wyboru, by uniknąć napisania tysiąca stron, FYM – moim zdaniem – nie uniknął zastosowania pewnego rodzaju skrótów myślowych, czytelnych dla każdego, kto Smoleńskiem się interesuje, zastanawiam się jednak, na ile czytelnych dla kogoś, kto (hipotetycznie) ze sprawą Smoleńska styka się po raz pierwszy. Gdybyśmy podjęli próbę tłumaczenia książki konieczne byłoby jej uzupełnienie o poszerzające wiedzę Czytelnika obszerne didaskalia.

Tyle widocznych mankamentów. W podsumowaniu złożyć trzeba ogromne podziękowania za tytaniczny wkład włożonej pracy, za koordynowanie zespołu kilkudziesięciu osób poświęcających swój czas w przeszukiwanie dostępnych materiałów, i za odwagę. Głoszenie wyników własnych, niezależnych analiz w czasie, gdy sprawa (co zrozumiałe) rozpala serca i umysły, a ponadto pozostaje wciąż elementem bieżącej polityki (a nawet geopolityki) wymaga odwagi. Czy hipoteza FYM-a okaże się prawdą, nie wiem. Jest mocno przekonywująca, co starałem się wykazać, ale miałaby znikome szanse na sali sądowej, w której o winie i karze miałby decydować rzeczywiście niezawisły sąd. Mamy tu do czynienia z klasycznym procesem poszlakowym. Nie taka jest zresztą jej rola. Jej rolą jest wskazywanie możliwego przebiegu wydarzeń, a przez to jednoczesne wskazanie miejsc, gdzie należy szukać dowodów. Większa z nich część znajduje się w Polsce, w Polsce mieszka wielu kluczowych świadków w tej sprawie. Być może doczekamy dnia, kiedy na stawiane przez FYM-a pytania będą musieli odpowiedzieć pod rygorem odpowiedzialności karnej.

I na koniec uwaga ogólniejszej natury. Nawet jeśli przyjęlibyśmy tezę stawianą przez Przewodniczącego Zespołu Parlamentarnego ds Wjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej, że 10 kwietnia 2010 roku Rosja wypowiedziała Polsce wojnę (a z prawnego punktu widzenia taka teza jest uzasadniona), to nie sądze, żeby wyprowdzanie z tej tezy wniosków o konieczności wprowadzenia cenzury w badaniach nad katastrofą też uzasadnione było. Po pierwsze dlatego, że nie da się jej wprowadzić skutecznie, i jeżeli w obiegu publicznym nie będą się pojawiały pozycje demaskujące, to pozostaną w nim tylko te propagandowe.

Po drugie dlatego, że pomimo katastrofy smoleńskiej obowiązuje nas zasada „business as usual”, bo ona świadczy o odporności narodu na zadawane ciosy. Jednym z obszarów życia narodu jest swoboda prowadzenia dociekań naukowych i wolność słowa. Jeśli ją z najbardziej nawet szlachetnych pobudek zawiesimy na kołku, będzie to częściowe zwycięstwo naszych wrogów, bo oni są wrogami naszej wolności.

Po trzecie, choćby z powodów taktycznych warto mieć obok hipotez podważających oficjalne wersje, również te dalej idące, a więc pociągające za sobą hipotetycznie o wiele poważniejsze skutki dla sprawców, gdyby okazały się prawdą. To poprawia, a nie osłabia naszą pozycję negocjacyjną. Gdziekolwiek i z kimkolwiek prowadzimy negocjacje, a nie mam watpliwości, że w tej sprawie należy rozmawiać na świecie i tak się właśnie dzieje.

W drugiej części „tryptyku” zajmę się osiągnięciami Zespołu Parlamentarnego ds Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej, w trzeciej podejmę próbę opisania ewentualnych konsekwencji, które uprawdopodobnienie obydwu wersji może przynieść. Pamiętajmy, że świat polityki nie jest światem prawdy, ale strategii i taktyki. Jak zauważył Clausewitz wojna jest przedłużeniem polityki (a więc i polityką i wojną rządzą te same podstawowe prawa – Clausewitza tłumaczył Rolex :). Na wojnie w polityce nie zdradza się wrogowi swoich planów, ukrywa arsenały, i zwodzi, bo zaskoczenie jest najistotniejszym i polityki i wojny elementem. Ja to rozumiem, ale ja nie jestem politykiem, więc czuję się nie związany tego typu ograniczeniami.

Rolex

P.S. Według moich szacunków książkę przeczytało 30,000 osób w ciągu niecałego miesiąca.

* sam nie jestem wielkim miłośnikiem anglosaskich wtrętów, ale tytuł pracy, którą recenzuję, i jego odniesienie do pop kultury niejako to wymusił. Urażonych przepraszam, niechętnym pop kulturze i językowi angielskiemu tłumaczę: „Spacerując po księżycu”.

 

Za: 'Carthago delenda est, a wy bekniecie za Smoleńsk' - Rolex blog (29.02.2012) | http://hekatonchejres.salon24.pl/395324,walking-on-the-moon | WALKING ON THE MOON*

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content